Reklama

Wigilia zawsze była dla mnie dniem, w którym próbowałam wierzyć, że wszystko da się jeszcze poukładać. Nawet jeśli przez cały rok coś się sypało — jeśli rozmowy kończyły się ciszą, jeśli spojrzenia przestały być czułe, jeśli dotyk stał się przypadkiem — tego jednego wieczoru chciałam udawać, że jesteśmy normalnym małżeństwem. Tyle razy w życiu ratowałam siebie tą iluzją: że są święta, że jest opłatek, że jest choinka, że może dziś, na przekór wszystkim kłótniom i przemilczeniom, coś się odmieni.

Dom pachniał potrawami, choinka świeciła jak co roku, a ja miałam w sobie cichą nadzieję, że ten wieczór coś zmieni. Że usiądziemy przy stole, weźmie mnie za rękę, powie, że mnie kocha. Że w końcu poczuję, że jestem dla niego najważniejsza.

Ale wtedy dostałam ten prezent. Przyjęłam pudełko bez pytań, bo w tamtym momencie bałam się prawdy. Bałam się, że jeśli zapytam, usłyszę coś, czego nie udźwignę podczas świąt. Następnego ranka zniknął. Dopiero gdy otworzyłam paczkę, zrozumiałam, że ta cisza była zapowiedzią końca.

Wciąż miałam nadzieję

Przygotowania do Wigilii zaczęłam wcześnie, choć wiedziałam, że będziemy tylko we dwoje. Mimo to gotowałam więcej, niż było trzeba, jakbym próbowała zapełnić pustkę, która rosła między nami od miesięcy. Zrobiłam barszcz z uszkami, karpia i pierogi. Co chwilę spoglądałam w stronę salonu. Tomek krążył po mieszkaniu bez celu, jak gość w hotelu, który nie wie, co zrobić z czasem. Co chwilę zerkał w telefon, szybko go odkładał i udawał, że nic się nie stało.

– Pomóc ci? – zapytał bez przekonania, stojąc w progu kuchni.

– Już prawie wszystko gotowe – odpowiedziałam, choć w środku miałam ochotę krzyknąć. Krzyknąć, że to nie o pomoc w kuchni chodzi. Że chodzi o to, żebym chociaż raz nie była sama, gdy próbuję ratować coś, co umiera.

Kiedyś w Wigilię śmialiśmy się razem. Pamiętam Wigilię sprzed ośmiu lat, gdy w kuchni spaliła mi się kapusta, a on mówił, że i tak jest najlepsza. Pamiętam, jak ukradkiem całował mnie w przedpokoju, zanim wyszliśmy do rodziców. A teraz… teraz stałam obok niego jak obok obcego człowieka.

Usiedliśmy do stołu. Obrus był idealnie biały, na środku leżał opłatek. Kiedyś dzieliliśmy się nim z czułością, teraz przypominało to obowiązek. Tomek przełamał opłatek pierwszy. Podał mi kawałek bez patrzenia w oczy.

– Życzę ci spokoju – powiedział.

– Ja tobie też – odpowiedziałam, czując, że te słowa nic nie znaczą.

Jedliśmy w milczeniu. Słychać było tylko sztućce uderzające o talerze. Po kolacji Tomek poszedł do salonu i wyjął spod choinki pudełko.

– To dla ciebie – powiedział. – Otwórz w Nowy Rok.

– Dlaczego nie teraz? – zapytałam, choć głos mi zadrżał.

Wzruszył ramionami.

– Chcę, żebyś była spokojna w święta.

To zdanie zabrzmiało dziwnie. Uśmiechnęłam się słabo i przyjęłam pudełko. Chciałam wierzyć, że to może bilety na jakiś noworoczny wyjazd, gdzie będziemy tylko my. Może list, w którym napisze, że przeprasza. Nie wiedziałam jeszcze, jak bardzo się mylę.

Tego się nie spodziewałam

Obudziłam się wcześnie. Było jeszcze ciemno, a w mieszkaniu panowała ta dziwna, świąteczna cisza. Instynktownie wyciągnęłam rękę na jego stronę łóżka. Była zimna. Najpierw pomyślałam, że bierze prysznic, ale cisza w mieszkaniu była zbyt gęsta. Nie było dźwięków wody w łazience, nie było szurania kapci, nie było żadnego znaku życia.

Wstałam i przeszłam przez korytarz. Łazienka pusta, kuchnia pusta. Na stole nie było zostawionego kubka, jak zwykle. W przedpokoju brakowało jego butów. Na wieszaku nie było jego kurtki. Otworzyłam szafę. Brakowało połowy ubrań. Zniknęły koszule, jego ulubiony sweter, torba podróżna.

Zrozumiałam, że nie wyszedł na chwilę. Serce zaczęło mi walić, nie mogłam złapać oddechu. Zadzwoniłam do niego raz, drugi, trzeci. Nie odebrał. Napisałam wiadomość: „Gdzie jesteś?”. Potem drugą: „Tomek, proszę”. Potem trzecią, w której już nie prosiłam, tylko krzyczałam: „Odpowiedz mi!”. Brak odpowiedzi.

Siedziałam na kanapie, patrząc na telefon. Dopiero wieczorem zadzwoniła jego siostra. Zawsze była oszczędna w emocjach, ale tym razem głos jej drżał.

– Tomek mówił, że pewnie się domyślasz – powiedziała ostrożnie.

– Czego? – zapytałam, choć serce już wiedziało.

– Że odszedł. Że… ma inne życie.

To „inne życie” uderzyło mnie jak policzek.

– Co to znaczy? – wyszeptałam.

Że ma kogoś. Od dawna. I… dziecko.

Nie płakałam. Jeszcze nie. Mój organizm chyba nie umiał zareagować. Miałam wrażenie, że świat stanął. Odruchowo spojrzałam na prezent pod choinką. Stał się nagle cięższy, jakby był wypełniony czymś więcej niż przedmiotami. Jakby w środku leżała cała prawda, tylko zapakowana w papier.

Święta minęły w ciszy. Nie przyjechał, nie zadzwonił, nie zapytał, czy sobie radzę. Jakby zniknął z mapy mojego życia, zostawiając tylko ślady: puste półki, brak jego zapachu na poduszce, i echo słów „życzę ci spokoju”.

Wszystko mi zostawił

Dni między Wigilią a Sylwestrem były dziwne. Włączałam telewizor tylko po to, żeby coś grało w tle. Zostawiałam zapalone lampki choinki, choć mnie drażniły. Sylwestra spędziłam sama. Bez muzyki, bez fajerwerków. Nawet nie chciałam patrzeć przez okno, bo bałam się widoku ludzi, którzy mają dokąd iść.

Punktualnie po północy wzięłam pudełko do rąk. Otwierałam je powoli, bo bałam się tego, co tam znajdę. W środku był list w kopercie, pęk kluczy i gruby plik dokumentów.

Najpierw klucze. Od razu je poznałam, były od naszego mieszkania. Od piwnicy i furtki. To był jego komplet kluczy. Dlaczego mi go zostawił? Potem dokumenty, a wśród nich umowa darowizny mieszkania. Naszego mieszkania. Przepisał je wyłącznie na mnie. Z datą sprzed kilku dni. Podpisana przez niego.

Na końcu list. Krótki, rzeczowy. Pisany bez emocji, jakby dotyczył spraw urzędowych, a nie naszego życia. Pisał, że odchodzi. Że ma drugą rodzinę i dziecko. Że chce zacząć „uczciwie”, dlatego zostawia mi mieszkanie i klucze. Pisał, że nie chce konfliktu i że to „najlepsze rozwiązanie”.

Czytałam te słowa kilka razy. Nie było w nich miłości, nie było skruchy. Była tylko logistyka. Jakby nasze małżeństwo było firmą, którą zamyka, zostawiając mi sprzęt. Poczułam, że dłonie mi drżą. I wtedy — dopiero wtedy — przyszły łzy. Nie takie piękne filmowe. Takie brzydkie, duszące, jakby ciało wyrzucało z siebie coś toksycznego.

Byłam na niego wściekła

Klucze paliły mnie w dłoni. Zrozumiałam, że to nie był gest dobroci. To było rozliczenie. Zapłata za lata, w których byłam żoną, kucharką, tłem. Zostawił mi mieszkanie, bo chciał mieć czyste sumienie. Chciał móc powiedzieć sobie: „nie skrzywdziłem jej, zabezpieczyłem ją”. Jakby miłość dało się zamknąć w metrach kwadratowych. Zadzwoniłam do niego. Odebrał od razu, jakby tylko na to czekał.

– Zostawiłeś mi klucze – powiedziałam.

– Tak – odpowiedział bez zawahania. – Są twoje.

Zaśmiałam się krótko, gorzko.

– A co, już ich nie potrzebujesz? Tak jak mnie?

Milczał przez chwilę.

Masz dziecko – powiedziałam, czując, jak głos mi się łamie.

– Tak. I chcę być ojcem. Naprawdę.

Mówił spokojnie. Jakby opisywał nową pracę. Nowy etap. Jakby tamto dziecko było nagrodą, a ja… czym?

– A ja? – zapytałam.

– Ty masz swoje życie. I mieszkanie. Chciałem, żebyś była zabezpieczona.

Wtedy zrozumiałam wszystko. Nigdy nie byłam jego prawdziwą miłością. Byłam etapem, bezpiecznym portem, z którego wypłynął, gdy znalazł coś ważniejszego. Nagle przypomniałam sobie wszystkie „delegacje”, wszystkie późne powroty, wszystkie chwile, kiedy mówił, że jest zmęczony. Wtedy myślałam, że po prostu ma gorszy czas, że to minie. A on już układał sobie inne życie.

– Dlaczego to zrobiłeś? Prezent, klucze, mieszkanie? – zapytałam.

– Bo to uczciwe.

– Nie. To okrutne.

Znowu milczał.

– Nawet nie spojrzałeś mi w oczy – powiedziałam, choć nie wiem, czy mówiłam to do niego, czy do siebie.

– Nie potrafiłem. Ja... wybacz. Nie umiem inaczej.

Rozłączyłam się. Patrzyłam na telefon długo, jakby miał zniknąć. A potem schowałam klucze do szuflady, jakby były czymś brudnym.

Nie było nas nigdy

Rozwód był formalnością. Podpisałam dokumenty bez wahania. Nie miałam już o co walczyć. On i tak nie walczyłby o mnie — tylko o spokój. W mieszkaniu zrobiło się pusto, choć wszystko było na swoim miejscu. Pustka nie zależy od mebli, tylko od obecności. A jego obecności brakowało już od dawna.

Zrozumiałam, że można z kimś mieszkać latami i nigdy nie być kochaną. Można dzielić stół, łóżko i nazwisko, a mimo to być tylko wygodnym rozwiązaniem. Planem B. Opcją zapasową. Widziałam teraz naszą historię inaczej: jak opowieść o kobiecie, która za długo udawała, że cisza to normalność. O mężczyźnie, który mówił „wszystko dobrze”, kiedy już był poza drzwiami.

Zima po jego odejściu była spokojna, ale lodowata. Przestałam czekać na dźwięk klucza w drzwiach. Przestałam układać w głowie rozmowy, które nigdy się nie wydarzą. Czasem budziłam się w nocy i przez ułamek sekundy myślałam, że wszystko było tylko koszmarem. Że Tomek zaraz wróci, powie: „przepraszam, pogubiłem się”. Ale to nie było zagubienie. To była jego decyzja.

Zostało mi mieszkanie. Zostały mi dokumenty i klucze. Ale nie zostało mi złudzenie, że byłam kochana. W Nowy Rok zrozumiałam, że miłość nie polega na zabezpieczeniu kogoś materialnie. Miłość polega na obecności. Na tym, że jesteś, nawet kiedy jest źle. A jego nigdy naprawdę nie było.

Z czasem przestałam jednak patrzeć na siebie jak na ofiarę. W nowy rok weszłam bez iluzji i złudzeń, ale w końcu przestałam żyć w kłamstwie.

Katarzyna, 33 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama