Reklama

Zawsze byłam tą odpowiedzialną. Planowałam zakupy, odkładałam grosz do grosza, dbałam, by dzieci miały czyste ubrania i ciepły obiad. Marek powtarzał, że jestem jego ostoją. Ale od miesięcy ta „ostoja” chodziła sfrustrowana i przemęczona. Wszystko się zmieniło, gdy zaczął mówić o kryzysie. Że pieniędzy brakuje. Że musimy zaciskać pasa. No to zaciskałam – rezygnowałam z fryzjera, nowej kurtki, odkładałam swoje potrzeby na później. Zmieniałam pieluchy, gotowałam zupę na trzy dni i zapisywałam każdą złotówkę w zeszycie.

Ale on nie wyglądał, jakby oszczędzał. Znikał wieczorami, tłumaczył się pracą. Czasem wracał późno, pachnący drogimi perfumami, których nigdy mu nie kupiłam. Kiedy zapytałam, czemu znów nie mamy na ratę, zbył mnie: „Nie dramatyzuj, Anka”.

Patrzyłam wtedy na swoje odbicie w łazienkowym lustrze i nie poznawałam tej kobiety. Smutnej, zmęczonej. Z oczami pełnymi podejrzeń, których nie chciała do siebie dopuścić. Jeszcze nie wiedziałam, że wszystko się wkrótce wywróci. Że prawda siedzi w jego portfelu. W drugiej karcie. W tych transakcjach, których miałam nigdy nie zobaczyć.

Czułam, że kłamie

– Marek, serio, nie dam już rady ciągnąć wszystkiego sama – powiedziałam cicho, żeby dzieci nie słyszały. – Nawet na mleko i pieluchy muszę przeliczać każdą złotówkę.

– A myślisz, że mnie to bawi? – rzucił, nie odrywając wzroku od telewizora. – Jesteśmy pod kreską, Anka. Nie rozumiesz?

– Wiem, że jesteśmy. Tylko że ja zaciskam pasa, a ty? Znowu byłeś tankować za trzysta złotych, a niby jeździsz tylko do pracy. I te papierosy... – głos mi się załamał.

Wstał. Powoli. Z kieszeni wyjął paczkę fajek i położył ją na stole, jakby to miał być dowód winy.

– Więc to o to się teraz będziemy kłócić? O papierosy?! – syknął. – Zajmij się lepiej dziećmi, zamiast robić ze mnie złodzieja!

– Nie robię z ciebie złodzieja, Marek, tylko pytam. Pytam, bo nie rozumiem. Bo siedzę nocami nad zeszytem i rachunkami, a i tak nie starcza. A ty masz swoje „wyjścia z pracy” i nowe buty.

– Bo może przynajmniej ktoś mnie tam docenia! – wybuchł. – Może tam nikt nie jęczy od rana do nocy!

Zamilkłam. Ten jeden moment wystarczył, żeby coś we mnie pękło. Jeszcze nie miałam dowodów, ale już czułam, że Marek nie mówi mi wszystkiego. Że te jego wieczory „z klientami”, ten zapach damskich perfum na kurtce i jego drażliwość to nie tylko stres.

Tego wieczoru nie powiedziałam już nic. Wróciłam do kuchni, otworzyłam zeszyt i przez kilka minut po prostu gapiłam się w tabelki. Wtedy jeszcze próbowałam sobie tłumaczyć – że może naprawdę ma ciężko. Że może ja przesadzam. Ale serce mówiło mi coś innego.

Wystarczyło znaleźć dowody

Nie szukałam. Przysięgam, że nie szukałam. Po prostu robiłam pranie, gdy z kieszeni jego spodni wypadł paragon. Zwykły świstek z terminala. Ale kiedy spojrzałam na sumę, aż usiadłam. 412 złotych. Restauracja w centrum. Data – czwartek. Ten czwartek, kiedy Marek wrócił późno i mówił, że „z klientem się przeciągnęło”. Schowałam ten paragon i nie powiedziałam nic, przynajmniej nie od razu. Najpierw zadzwoniłam do Basi.

– Słuchaj... Marek chyba mnie okłamuje – powiedziałam, ledwo panując nad głosem. – Znalazłam paragon z restauracji na cztery stówy.

– Anka... – Basia zamilkła na moment. – Myślałaś kiedyś, że może on... no wiesz.

Zdradza mnie? – dokończyłam za nią. – Myślałam o tym, ale nie chcę rozwodu. Przecież mamy dzieci. Poza tym... może to ja się zmieniłam. Od dawna nie byliśmy tak naprawdę razem. Oddaliliśmy się od siebie.

To nie twoja wina. Pamiętaj, że zdrada ma różne oblicza. Czasem zaczyna się od rozmowy, od sekretów. Może wystarczy poszukać dowodów?

Wieczorem, gdy Marek brał prysznic, wyjęłam jego portfel. Ręce mi drżały. Znalazłam coś, czego nigdy wcześniej nie widziałam – druga karta. Zupełnie inna niż nasza, z innego banku. Odblokowałam jego telefon, znalazłam aplikację bankowości i przejrzałam historię transakcji.

Biżuteria, hotel, restauracje, kwiaty. Zrobiło mi się niedobrze. Basia miała rację. Ja już nie miałam męża. Miałam człowieka z tajemnicami. Tej nocy nie zmrużyłam już oka.

Wszystko runęło

Nie pamiętam, jak przeżyłam tamten dzień. Robiłam śniadania, wyprawiłam dzieci do szkoły, sprzątałam... Wszystko jak w transie. W środku chciało mi się krzyczeć. W gardle czułam palący ogień. A serce? Serce waliło jak oszalałe. Bo wiedziałam, wszystko już wiedziałam. Wieczorem nie mogłam dłużej udawać.

– Marek, musimy pogadać – powiedziałam spokojnie, gdy tylko wszedł do kuchni.

– Teraz? Jestem zmęczony – jęknął.

– Czym, zdradzaniem mnie?

Zamarł. Spojrzał na mnie tak, jakby pierwszy raz mnie widział.

– O czym ty mówisz?

– O drugiej karcie, o drogiej biżuterii i kwiatach. O tych wszystkich miejscach, gdzie byłeś, a gdzie ja siedziałam w domu, licząc grosze.

Szpiegowałaś mnie?! – warknął, zamiast się tłumaczyć.

– Nie. Robiłam pranie i znalazłam paragon.

Zapadła cisza. Wpatrywał się we mnie. W końcu westchnął i usiadł przy stole. Schował twarz w dłoniach.

– To nie tak, Anka...

– Nie mów, że „to nie tak”. Mam paragony, historię konta. Masz drugą kobietę, a mi mówisz, że nie mamy na chleb!

Bo nie miałem już siły! Bo ty tylko w kółko to samo: dzieci, rachunki i wieczne pretensje!

– A może ja też nie miałam siły, bo byłam sama we wszystkim?!

– Paulina... Ona mnie słucha. Patrzy na mnie inaczej. Jakbym jeszcze coś znaczył.

Te słowa uderzyły mocniej niż jakikolwiek cios.

– A ja? Ja znaczyłam coś przez te lata? Kiedy rodziłam twoje dzieci? Kiedy znosiłam twoje zmiany nastroju i tłumaczyłam cię przed znajomymi?

Nie odpowiedział. Wstał i wyszedł z kuchni, a mnie zostawił z tą gorzką prawdą. Z najgorszą wersją siebie. I ze świadomością, że wszystko, co zbudowaliśmy, właśnie runęło.

Nie wiedziałam, co robić

Leżałam na kanapie z kubkiem zimnej herbaty i gapiłam się w sufit. Nie miałam siły płakać. Nawet krzyczeć mi się nie chciało. To było najgorsze – ta martwa cisza w środku. Jakby wszystko się już wypaliło. Basia przyszła po pracy. Przyniosła moje ulubione drożdżówki, jakby to mogło coś naprawić.

– Powiedz mi, co ja zrobiłam nie tak? – zapytałam, nawet nie patrząc jej w oczy. – Może faktycznie... może się zaniedbałam. Może już mu się nie podobałam.

– Anka, przestań. On cię zdradził, bo chciał. Bo był tchórzem. Nie dlatego, że jesteś zmęczona. Albo że masz sińce pod oczami.

– Ale przecież kiedyś byliśmy szczęśliwi... Śmiał się, całował mnie w czoło, robił śniadanie do łóżka...

– Ludzie się zmieniają. I nie zawsze na lepsze.

Basia siedziała obok i głaskała mnie po ramieniu. Milczałyśmy długo, a potem zaczęłam mówić. O tych wszystkich rzeczach, które teraz wydawały się oczywiste. O jego nagłych „delegacjach”, o perfumach na kołnierzu, o wiadomościach, które niby „przypadkiem” znikały z telefonu.

– Myślisz, że powinnam odejść? – zapytałam cicho.

– Myślę, że powinnaś zrobić to, co pomoże ci wreszcie spojrzeć w lustro z poczuciem godności.

Wieczorem siedziałam sama w sypialni. Dzieci spały, a ja odtwarzałam w głowie każdą wspólną chwilę. Szukałam momentu, kiedy to się rozpadło. Kiedy przestał być „moim Markiem”. Nie znalazłam. Za to podjęłam decyzję, choć jeszcze nie wypowiedziałam jej na głos. Ale już wiedziałam – jeśli Paulina była jego ucieczką, ja muszę znaleźć swoją drogę ucieczki od niego.

Nie dam się upokarzać

Znalazłam jej profil w internecie. Paulina – młodsza ode mnie o dziesięć lat, z uśmiechem jak z reklamy wybielających past i zdjęciami z egzotycznych wakacji, na które Marek „nie mógł sobie pozwolić” z rodziną. Było tam wiele ich wspólnych zdjęć – zawsze uśmiechnięci, zakochani. Jakby żona i dzieci nie istniały.

Napisałam do niej krótko: „Chciałabym się spotkać. Jestem żoną Marka”. Odpisała niemal natychmiast: „Wiedziałam, że się odezwiesz. Gdzie i kiedy?”. Spotkałyśmy się w kawiarni. Weszła pewna siebie, z prostymi włosami i drogą torebką. Usiadła naprzeciwko mnie i nie od razu się odezwała.

– Więc to ty jesteś ta biedna, z którą on nie może już wytrzymać – rzuciła z chłodnym uśmiechem.

– A ty ta, na którą wydaje pieniądze, których niby nie mamy – odpowiedziałam bez emocji.

Wzruszyła ramionami.

– Może gdybyś była inna, nie musiałby szukać... gdzie indziej.

– A może gdybyś miała choć odrobinę przyzwoitości, nie romansowałabyś z żonatym facetem, który ma dwójkę dzieci.

– On mówił, że wasz związek to fikcja.

– A ty w to uwierzyłaś? Bo tak było wygodnie?

Patrzyłyśmy na siebie chwilę. Potem sięgnęłam do torebki i rzuciłam jej na stół kilka paragonów. Restauracje, hotele, bukiety.

– Dziękuję, że uświadomiłaś mi, ile jestem warta. Bo już zapomniałam.

Wstałam i wyszłam, nie oglądałam się za siebie. Wróciłam do domu inną kobietą. Jeszcze nie wiedziałam, co zrobię. Ale wiedziałam jedno – nie dam się upokarzać. Jeśli ktoś tu ma odejść, to nie będę to ja.

Anna, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama