Długo znosiłam to cierpliwie, kiwając głową, potakując, chlipiąc nocą w poduszkę, tym razem chlusnęła ze mnie cała latami zbierana gorycz. Miałam dosyć, nie tyle nawet swojego małżeństwa, choć do tego się to w istocie sprowadzało, ile konkretnie mojej w nim pozycji. Pozycji zupełnie różnej od tej, jaką przez całe swoje dorosłe życie pragnęłam mieć i udawałam, że mam, przed światem i samą sobą. Moje własne zakłamanie wydawało mi się czymś absurdalnym, ale tkwiłam w nim – dlaczego?

WIDEO

player placeholder

Nie umiem tego wytłumaczyć

Jak można żyć w fundamentalnej niezgodzie z sobą samą? Otóż można. W moim przypadku trwało to dwie dekady. Czy coś Rafałowi zawdzięczam? Wiele wskazuje na to, że zawsze tak uważał. Niektórzy mężczyźni lubią tak o sobie myśleć: że są wspaniali, jedyni i niezastąpieni, że bez nich świat się zawali, a wybrana łaskawie kobieta przepadnie, bo przecież sama nie da rady. Jakby miała dać, biedaczka? Ułuda godna pozazdroszczenia. Oczywiście miewają ją również kobiety, ale chyba dużo rzadziej, a jeśli już, to w nieco innej skali. Ja sama chciałabym z takim mirażem żyć, o ileż byłoby łatwiej. Chciałabym mieć świadomość, że tak wiele zależy od mojej obecności we wszechświecie. To duża bezczelność i tupet, ale też co za przepis na dobry nastrój. Jakże mi go brak.

Wszystko zaczęło się dawno temu i zgoła niewinnie, przynajmniej w moich własnych oczach. Wychodząc za mąż, z własnej i nieprzymuszonej woli za chłopaka – rówieśnika i partnera, z którym chodziłam kilka lat i którego szczerze pokochałam – postanowiłam pozostać przy swoim nazwisku. Taki zaświtał mi pomysł, czasy sprzyjały. Moje pragnienie nie miało żadnego praktycznego uzasadnienia, które mogłabym przeciwstawić „świętej” tradycji, wedle której to żona przyjmuje nazwisko męża.

Zobacz także:

– Tak było, jest i będzie, nie ma się co obrażać na świat i odwracać do niego plecami – reakcja była tyleż błyskawiczna, co zdecydowana.

Po raz pierwszy na obliczu wybranka zauważyłam ten rys, który później wyostrzył się, który natychmiast rozpoznawałam, a wkrótce miał przysporzyć mi tylu cierpień.

– Ale ja się nie obrażam, Rafale, chcę jedynie zrobić coś po swojemu…

– Po swojemu? Wbrew tradycji? Wbrew zwyczajowi, który obowiązuje od setek lat?

– Moim zdaniem jest to przestarzały, nieprzystający do naszej rzeczywistości, a do tego głupi zwyczaj…

– Jeśli mnie kochasz, przyjmij moje nazwisko, jak kobiety od zawsze czyniły. To oczywiste.

– Czyli nie mogę cię kochać jako ja? Tak jak dotąd?

– Nie po ślubie. Po ślubie będziemy stanowić jedność.

– A nie możemy jej stanowić pod moim nazwiskiem? Nie możesz zacząć się nazywać tak jak ja, skoro musimy tak samo? Też można.

– Oczywiście, że nie. Po co ta cała dyskusja? Jest bez sensu.

Machnęłam ręką. Niech mu tam będzie, skoro tak mu zależy na wierności wobec tradycji, a może na tym, co rodzina i znajomi powiedzą – myślałam zrezygnowana.

Czy to ma aż takie znaczenie?

Ważne, że go kocham, że chcę z nim być na dobre i na złe. Przecież on mnie też, po co się kłócić o drobiazgi. Pal diabli nazwisko. A jednak… Wcześniej układ na szachownicy wyglądał zupełnie inaczej, mieliśmy po tyle samo pionków i figur. Po raz pierwszy oddałam pole. Mały kawałek, ale potem już poszło. Jakiś dziwny, niezrozumiały dla mnie psychologiczny mechanizm powoduje, że się poddajemy raz, a potem – zamiast postawić na swoim, na zasadzie ustępstwo za ustępstwo, raz ty górą, raz ja – poddajemy się kolejny raz. I jeszcze kolejny. Tracimy pionki, a potem figury. Szach mat.

Chociaż życie to nie gra, oczywiście. Jest jeszcze bardziej skomplikowane.

– Nie możesz pozwolić, by wszedł ci na głowę.

To zdanie jak mantrę powtarzam swoim koleżankom. Lubią mi się zwierzać, jestem towarzyska i uchodzę za osobę, która potrafi słuchać. To się nasłuchałam. Reaguję wojowniczo, zawsze.

– Dlaczego się na to zgadzasz? Nie możesz poddawać się każdej zachciance męża. Nie jest twoim panem i władcą. Nie masz ochoty na seks? Na niedzielny obiad u teściów? Wyjazd na narty, z twoim lękiem wysokości? Odmów, wytłumacz dlaczego, porozmawiajcie o tym spokojnie jak dorośli ludzie.

– Ale on nie umie spokojnie, właśnie jest jak dziecko, od razu się wścieka, tupie nóżkami, obraża. Chodzi cały nadąsany, a ja tak nie lubię cichych dni, tej martwoty w domu.

– Przeżyjesz to. On też. Gdy zobaczy, że opór jest uzasadniony i konsekwentny, że nie chodzi ci o to, by mu zrobić na złość, a jedynie, by bronić swego, zrozumie, odpuści.

– No, nie wiem… czasem myślę, że ktoś musi być mądrzejszy.

– Czyli musi ulec? Dlaczego akurat ty?

Bo ja wiem? Mądrzejszy ustępuje. Nie chcę być zajadła. Czasem trzeba się poddać dla dobra wszystkich.

– Bzdura. Uległość nie ma nic wspólnego z mądrością. „Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne – tam, gdzie chcą”. Czytałaś? Nieważne, wystarczy tytuł. Pamiętaj o tym, rób swoje. Nie baw się w anioła, nikt tego nie doceni, a nawet nie zauważy. Będziesz aniołem jedynie we własnych oczach, do tego bardzo nieszczęśliwym i sfrustrowanym…

W domu zupełnie inaczej śpiewałam

– Gdybym tylko potrafił zrozumieć, o co tym głupim feministkom chodzi.

Mój ślubny patrzył na mnie groźnie i prowokująco, rzucał wyzwanie. Trochę już zdążyłam się do tego przyzwyczaić.

– Szkoda, że nazywasz je głupimi, skoro dobrze wiesz, i to od dawna, że sama dumnie się do nich zaliczam.

– Więc może mi wreszcie wytłumaczysz, bo ja naprawdę nie wiem. Kształcicie się jak mężczyźni, zostajecie magistrami, a później profesorami albo też dyrektorami, ministrami, premierami. Przepraszam – premierkami. Prowadzicie samoloty i latacie w kosmos. Zarabiacie forsę, czasem całkiem ciężką, i wydajecie ją, jak chcecie. O co wam jeszcze chodzi, szalone kobiety? Czy kiedyś zatrzyma się wasza litania żalów i pretensji nie wiadomo o co?

Przełknęłam ślinę. Jak mu to wytłumaczyć? Najłatwiej byłoby na przykładach. Scenach z naszego małżeńskiego życia.

Nie po to tyram, żeby wyrzucać pieniądze. Na co nam nowy odkurzacz? Stary sprawuje się świetnie, czego mu brakuje?

– Po prostu jest stary, tymi nowoczesnymi łatwiej się odkurza…

– Bzdura.

– To może spróbujesz?

– I co jeszcze mam robić? Nie wystarczy, że siedzę w robocie od rana do wieczora, przed komputerem? Padam na twarz i kręgosłup mi trzeszczy.

Nie to, co mnie, mnie oczywiście nie trzeszczy, dlaczego miałby? Oczywiście mogłabym sama pojechać do sklepu i kupić nowy odkurzacz, telewizor, laptop, cokolwiek bym chciała. Nie muszę się pytać. Pracuję i zarabiam. Mamy wspólne konto i mogę w każdej chwili wyjąć z niego pieniądze. Przywieźć odkurzacz do domu albo zamówić go przez internet, postawić na środku pokoju i triumfalnie spojrzeć mężowi w oczy. Wytrzymać jego mordercze spojrzenie. Tylko…

Te ciche dni takie smutne

I tak trudno się przeciwstawić i samej podjąć decyzję. Więc kładłam uszy po sobie. Niech mu będzie. Im bardziej przekonywałam koleżanki, że są istotami wolnymi, mają swoje ludzkie prawa i tego się powinny bardzo kurczowo trzymać, tym bardziej tonęłam w swoim toksycznym małżeństwie. Chwilami czułam się jak mała dziewczynka, która spod opieki taty dostała się prosto pod kuratelę męża, i w niczym nie zmieniło to jej stosunku wiernego poddaństwa. Może z uwzględnieniem faktu, że na więcej buntu mogła pozwolić sobie w relacji z tatą.

„Wszystkie decyzje mojego męża podejmujemy wspólnie” – ten aforyzm, wyhaftowany na makatce, powinien zawisnąć nad naszym łóżkiem.

Nie w kuchni, bo jeszcze ktoś by zobaczył…

– Zamknij się, kretynko.

W pierwszej chwili nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Nigdy w życiu nikt do mnie tak nie przemówił. Czyżbym zaczęła wariować?

– …i przestań wygadywać te swoje nabzdyczone bzdury.

– Te „bzdury” to są moje poglądy. Chyba mam do nich prawo? I do ich wyrażania?

Rozmawialiśmy o polityce, rzecz u nas rzadka, a i rozmowy coraz rzadsze. Z przerażeniem stwierdzałam, że zaczynamy rozmijać się w swoich upodobaniach, sympatiach i generalnie w oglądzie rzeczywistości.

Poglądy to mają ludzie inteligentni, a to, co ty wygadujesz, jest jakąś niestrawną papką. Jesteś zmanipulowana przez media od włosów po palce u nóg. Kompletnie ogłupiała. Idiotka.

– Rafał, o czym ty mówisz? Z wszystkich ludzi – właśnie ty? Mój mąż?

– No właśnie, tylko ja naprawdę dobrze cię znam. Niech się inni nabierają, ale ja wiem, że od zawsze miałaś skłonność do poddawania się manipulacjom z każdej możliwej strony. W twojej głowie nie rodzi się nic „twojego własnego”, wbrew temu, co o sobie sądzisz, nie masz krzty oryginalności, zero samodzielnego myślenia.

– Naprawdę tak o mnie myślisz?

– Od zawsze!

To dlaczego się ze mną ożeniłeś? Skoro nazywasz mnie kretynką, idiotką…

– Bo niezła z ciebie była laska, ale i to jest obecnie kwestią, powiedzmy sobie szczerze, przeszłości.

Należało odwinąć się i pójść, gdzie oczy poniosą. Być tak obrażaną przez najbliższego człowieka, z którym dzieli się mieszkanie, życie, każdy dzień?

Przecież to nie do przyjęcia

Ale jakoś się przyjmowało. Kończyło się jak zwykle. Wygrażaniem pięścią, ostrymi słowami i deklaracjami nienawiści na resztę życia. Wszystko w wyobraźni. Przed mokrą od łez poduszką. Przyjmowała wszystko, a potem nadchodził poranek i życie wracało do normy. Jednak kochałam Rafała. Był moim mężem, mieliśmy dziecko, dom i działkę na Mazurach. I jak miałabym wszystko zaczynać od nowa? Ulgę przynosiły słowa wypowiadane do kolejnej koleżanki: „Nie daj sobie wejść na głowę”. Na radę mądrej, coraz bardziej doświadczonej Mirki zawsze można liczyć. Chodząc po polu minowym, nigdy nie wiesz, kiedy wylecisz w powietrze. Jeden krok i… bum!

Okoliczności więc wcale nie były nadzwyczajne, raczej dość typowe – Rafał wykupił bilety na wycieczkę samolotową, nie pytając mnie nawet o zdanie.

– Każda by się cieszyła, skakała z radości, że tak ją mąż rozpieszcza i o nią dba. A ty jak zwykle niezadowolona. Wiesz, dogodzić ci, to naprawdę niełatwa sztuka. Niech to szlag!

– Nie wściekaj się, proszę. Powinieneś mi powiedzieć o swoich planach, trochę byśmy je zmodyfikowali. Nie mogę, po prostu nie mogę wyjechać w styczniu. Kiedykolwiek indziej, ale nie w styczniu. Nie zrobię tego szefowej, mamy tyle roboty…

– A co? Przecież cię nie wywali, nie odważy się, jesteś najlepsza.

– Nie o to chodzi. Ja nie mogę jej tego zrobić, koleżankom też.

Wszyscy ważniejsi ode mnie – szefowa, a nawet koleżanki. Wiesz, paradna jesteś.

– Nie są ważniejsze. Gdybyś mi powiedział wcześniej…

Trzaśnięcie drzwiami. Coś próbowałam krzyczeć, wpadłam w histerię, poryczałam się. Napotkałam jedynie opór twardego lodu.

To wtedy pomyślałam – dosyć

Dosyć, dosyć, dosyć. Dłużej nie wytrzymam. Ale nic nie zrobiłam.

Minęły cztery tygodnie. Leżę na czarnym piasku Teneryfy. Popijam mojito, patrzę na palmy i staram się nie myśleć o tym, co w biurze. Przecież nie jestem niezastąpiona, wiem o tym, poradzą sobie beze mnie – powtarzam sobie do znudzenia. Rafał pływa i jest w swoim żywiole, gestem głowy zachęca mnie, bym wskoczyła do wody. Jest taka zimna. Powoli wstaję i otrzepuję piasek. Kieruję się w stronę błękitnych fal.

Czytaj także:
„Gdy zmarł teść, teściowa się zmieniła. Obsesyjnie interesowała się naszym życiem, nieproszona cerowała moje majtki”
„Czułam, że to dziecko musi żyć. Próbowałam odwieść Kasię od usunięcia ciąży i miałam rację. To dziecko uratowało jej życie”
„Adrian miesiącami mnie dręczył i prześladował. Policja mnie zbyła. Zainteresują się dopiero, gdy zrobi mi krzywdę”