Reklama

Kiedy zgodziłam się, żeby Wojtek wyjechał do pracy za granicę, wierzyłam, że robimy to razem – dla rodziny, dla dzieci, żeby nam się żyło lepiej. Powiedział, że tylko na chwilę, na rok, może dwa, a potem wróci i będzie tak jak dawniej. Przekonywał, że bez tych pieniędzy nie pociągniemy długo z kredytami i kosztami życia.

Zgodziłam się, bo mu ufałam. Bo go kochałam. Bo wtedy jeszcze nie wiedziałam, że tam, w Anglii, zacznie układać sobie życie na nowo. A nam – mnie i dzieciom – zostawi tylko marne resztki i coraz rzadsze telefony.

Zostawił mnie z dziećmi i złudzeniami

– Pamiętaj, to tylko na chwilę – powiedział, przytulając mnie na peronie. – Wrócę niedługo, obiecuję.

Stałam tam jak głupia, z dwójką dzieci trzymających mnie za ręce, a on wsiadł do samolotu z dwoma wielkimi walizkami i uśmiechem, który wtedy jeszcze wydawał mi się szczery. Mówił, że w Anglii łatwiej o pracę, że dobrze płacą, że kolega załatwił mu miejsce. Że musi spróbować.

Zostałam sama. Dzieci miały wtedy pięć i osiem lat. Poranki zaczęły się od szykowania śniadań i plecaków, a wieczory kończyły bajkami na dobranoc i rozmowami przez komunikator. Na początku dzwonił codziennie. Pokazywał pokój, narzekał na pracę. Opowiadał, że tęskni.

Po miesiącu dzwonił co drugi dzień. Po dwóch – raz w tygodniu. Tłumaczył się zmęczeniem, zmianami godzin pracy. Wierzyłam. Zawsze wierzyłam.

Przelewy przychodziły nieregularnie, mniejsze niż się umawialiśmy. Wpłacał niby tyle, ile mógł. Wystarczało na rachunki i zakupy. Nic więcej. Mówił, że tam wszystko drogie, że musi sobie kupić kurtkę, buty, jedzenie.

– Zrozum mnie, proszę. Ja też muszę jakoś żyć – tłumaczył.

A ja, jak ta głupia, rozumiałam.

Coś mnie tknęło

Zanim wyjechał, obiecywał, że wszystko będziemy dzielić po równo. Że co zarobi, wyśle do domu. Że ja tu zajmę się dziećmi, a on zadba o nasz budżet. I że jak tylko się ogarniemy finansowo, wróci. Byłam naiwna. Na początku przysyłał dwie, czasem trzy stówki. Potem było coraz mniej. Aż pewnego dnia zapytałam:

Dlaczego tak mało? Przecież mówiłeś, że dobrze płacą?

– No dobrze, ale życie tu też kosztuje – odpowiedział spokojnie. – Muszę wynająć pokój, dojeżdżać, kupować jedzenie. Nie jestem przecież robotem.

Kilka tygodni później przyszła paczka. W środku herbata, angielskie słodycze dla dzieci i bluza dla mnie.

– Myślałem, że ci się przyda – powiedział przez telefon.

Nie powiedziałam mu, że wolałabym te pieniądze. Że brakuje mi na zajęcia dodatkowe dla starszego i na nowe buty dla młodszego. Za to kiedy zapytałam, czy planuje wracać na ferie, zrobił dziwną minę. Obraz lekko się zawiesił, a potem powiedział:

– Nie wiem, jeszcze nie teraz. W pracy nie dostanę wolnego.

A mnie coś wtedy tknęło. Taki cichy niepokój, co osiada w środku i nie daje spać. Jeszcze nie umiałam go nazwać, ale już czułam.

Nie chciałam w to wierzyć

Nie szukałam tego, przysięgam. Po prostu przeglądałam media społecznościowe, jak co wieczór, żeby oderwać się od zmywania i prasowania. I wtedy wpadłam na to zdjęcie. Nie na jego profilu – on już dawno przestał cokolwiek wrzucać. Tylko ktoś go oznaczył. Jakaś kobieta, której nawet nie znałam.

Na zdjęciu stał w kuchni, z kieliszkiem w dłoni, śmiał się. Obok niego ona. Uśmiechnięta, młodsza ode mnie. Obejmowała go jakby odruchowo. Jakby to było naturalne.

Przez chwilę siedziałam w ciszy. Dzieci już spały. Patrzyłam na ekran, na ten jego śmiech. Nie wyglądał na zmęczonego. Nie wyglądał jak mężczyzna, który za chwilę wróci do żony i dzieci w Polsce.

Weszłam na profil tej kobiety, przewinęłam. Zdjęcia z imprez, z wyjazdów, z różnych miejsc. Na kilku był on. Zawsze z tą samą kobietą. Raz przytuleni, raz trzymający się za ręce. Nigdzie nie wyglądał jak ktoś, kto tęskni.

Tej nocy nie spałam. Chodziłam po mieszkaniu i czułam, jak mi się wszystko osuwa spod nóg. A on nazajutrz napisał, że musimy „poważnie porozmawiać”.

Nie miałam siły płakać

– Muszę ci coś powiedzieć – zaczął od razu, gdy odebrałam telefon. Nie czekał, aż zapytam, nie owijał w bawełnę. Mówił szybko, jakby chciał mieć to z głowy.– Kogoś poznałem.

Zamilkłam. Nie byłam zaskoczona. Zdjęcia, brak kontaktu – wszystko już wiedziałam. Ale co innego przeczuwać, a co innego usłyszeć.

– Nie planowałem tego. Ona mi pomogła, kiedy miałem kryzys. Wiesz, jak było ciężko. Potem zaczęliśmy się widywać. Czasem po prostu trzeba kogoś mieć obok, blisko. A ja czułem się samotny. Proszę, postaraj się mnie zrozumieć.

Czuł się samotny? Siedziałem w kuchni, gdzie dzieci zostawiły resztki kolacji, gdzie ścierałem po nich zupę z podłogi i rozplątywałem sznurówki. Gdzie od miesięcy nie miałem do kogo się odezwać, poza córką, która nocą wołała mnie, bo tata jej się śnił.

– I co teraz? – zapytałam cicho.

– Nie wiem. Myślę, że tu zostanę. Mam tu pracę, mam kogoś. Wy tam macie dom, szkołę, życie. Chcę, żeby było wam dobrze. Będę was wspierał.

Zastanawiałam się, co to znaczy „wspierać”. Bo ostatnio przysłał stówkę i czekoladę. Nie płakałam. Wzięłam mopa i sprzątałam dalej. Trzeba było dokończyć dzień.

On miał nowe życie

Po tej rozmowie nic już nie było takie samo. Dzieci czuły, że coś się zmieniło, chociaż nie mówiłam im od razu. Syn coraz częściej pytał, kiedy tata wróci. Córka przestała rysować rodzinę z czwórką osób. Już na obrazkach była tylko trójka – ona, brat i ja. Pewnego dnia nie wytrzymałam i zadzwoniłam do niego z pytaniem:

Czy ona tam z tobą mieszka?

Zamilkł na chwilę.

– Tak. Od dwóch miesięcy.

– W tym małym pokoju? – zapytałam, choć już znałam odpowiedź.

Wynająłem nowe mieszkanie – odparł. – Tam było mi trochę... ciasno.

Te słowa we mnie uderzyły. Nie z zazdrości, ale z powodu tej brutalnej ostateczności, którą ze sobą niosły. Miał teraz nowe życie. Stać go było nawet na wynajem mieszkania, chociaż dla dzieci przeznaczał marne grosze. Jakby wykreślił mnie długopisem z kartki. Jakbyśmy się nigdy nie znali.

Złożył papiery o rozwód, przyszły pocztą. Zgrabnie spisane, suche jak rachunek. Bez słów „przepraszam” czy „dziękuję”. Tylko paragrafy, daty, podpisy. Przysłał też kolejną paczkę. Cukierki, używany plecak i list – tym razem do dzieci. Pisał, że kocha, że tęskni, że kiedyś ich odwiedzi.

Plecak położyłam na szafie. List schowałam. Jeszcze nie byłam gotowa im go przeczytać. A w środku miałam tylko jedno pytanie: co ja mam im teraz powiedzieć?

Uczę się żyć na nowo

Wróciłam któregoś dnia z pracy i zastałam syna przy stole z listem w ręku. Tym, który wcześniej schowałam. Musiał go znaleźć. Przeczytał i siedział cicho, jakby nie wiedział, co z tym zrobić. Nie było w nim złości ani żalu. Tylko pustka.

– On naprawdę tam zostanie, mamo? – zapytał po dłuższej chwili. – Z tą kobietą?

Nie umiałam kłamać. Kiwnęłam głową. Córka przyszła i usiadła mi na kolanach, wtuliła się jak wtedy, gdy miała gorączkę.

– A my już nie jesteśmy taty rodziną?

Nie odpowiedziałam. Bo co miałam powiedzieć? Że tata wybrał lepsze życie? Że się zmienił? Że nas nie chce?

Patrzę teraz na nich, jak zasypiają. Ich ojciec był dla mnie wszystkim. Myślałam, że to małżeństwo, dom, dzieci – że to nasza wspólna droga. A on poszedł inną. Może łatwiejszą. Może po prostu nową.

Zostaliśmy tu – ja, dzieci, kredyty i te ściany, które miały być naszym wspólnym azylem. Musiałam nauczyć się gotować ich ulubione zupy, rozmawiać o rzeczach, których wcześniej nie rozumiałam, i być matką, ojcem, domem. Powoli się tego uczę. Dla nich. Bo one jeszcze we mnie wierzą.

A on? Niech sobie żyje tam po swojemu.

Anna, 41 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama