Reklama

Przez długi czas uczyłam się nie zadawać pytań, na które nie chciałam znać odpowiedzi. Nasze życie było spokojne, wręcz przewidywalne, a ja łapałam się tej rutyny jak poręczy na stromych schodach. Aż do dnia, w którym jedno niewinne zdanie o spotkaniu z kolegą zabrzmiało jak fałszywa nuta. Od tamtej chwili wszystko zaczęło się we mnie przesuwać.

To tylko szybkie wyjście

– Wrócę później, idę do Arka– rzucił od niechcenia, zapinając kurtkę.

Stałam w kuchni z kubkiem herbaty. Spojrzałam na niego uważniej niż zwykle. Był jakiś zbyt staranny. Koszula wyprasowana, włosy ułożone, a na szyi zapach, który nie pasował do naszego mieszkania.

– Do Arka? – powtórzyłam, udając obojętność. – Myślałam, że on jest teraz w delegacji.

Zawahał się na ułamek sekundy. Może bym tego nie zauważyła, gdybym nie była już czujna.

– Wrócił wcześniej. Chce pogadać – odpowiedział i uśmiechnął się szybko, jakby chciał zamknąć temat.

Drzwi zamknęły się za nim z cichym kliknięciem. Zostałam sama z zapachem słodkich perfum, który unosił się jeszcze w przedpokoju. Nie był nachalny, raczej delikatny, ale zupełnie obcy. Przeszłam kilka kroków, wciągnęłam powietrze i poczułam, jak coś ściska mnie w żołądku.

Usiadłam na kanapie, wpatrując się w telefon. Nie zadzwonił. Przez godzinę, potem przez drugą. W głowie kłębiły mi się myśli, których nie chciałam nazywać. Przypomniałam sobie obrazek sprzed kilku dni: krótka wiadomość na jego ekranie, szybkie przesunięcie palcem, gdy tylko weszłam do pokoju. Wtedy machnęłam ręką. Teraz to wróciło ze zdwojoną siłą.

Około dwudziestej drugiej wrócił. Zdjął buty, jak zawsze, ostrożnie, żeby nie narobić hałasu.

– Jak było? – zapytałam spokojnie.

– Normalnie. Pogadaliśmy, ponarzekał na pracę – odpowiedział, mijając mnie w drodze do łazienki.

Znów ten zapach. Tym razem wyraźniejszy. I nagle zobaczyłam to wyraźnie: „kolega” w mojej wyobraźni nie miał szerokich ramion ani zachrypniętego głosu. Nosił mini i kochał słodkie perfumy. Ta myśl była jak policzek.

– Wiesz – powiedziałam, zanim zamknął drzwi – Arek chyba zmienił się nie do poznania.

Zatrzymał się. Odwrócił powoli.

– Co masz na myśli?

– Nic – wzruszyłam ramionami. – Po prostu… dziwnie pachniesz jak na męskie spotkanie.

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w ciszy. Jego twarz stężała, a ja zrozumiałam, że to dopiero początek.

Tego zapachu nie można zmyć

Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Leżał obok mnie, oddychał równo, jakby nic się nie wydarzyło, a ja liczyłam pęknięcia na suficie. Zapach perfum wciąż był obecny, jakby wsiąkł w pościel, w moje myśli, w coś znacznie głębszego niż tkanina.

Przesuń się trochę – mruknęłam, chociaż miejsca było wystarczająco.

Westchnął, ale posłuchał. Odwrócił się plecami. Ten gest zabolał bardziej, niż się spodziewałam. Zawsze zasypialiśmy blisko siebie, nawet po drobnych sprzeczkach. Teraz między nami pojawiła się luka, której nie potrafiłam zasypać.

Rano zachowywał się, jakby poprzedniego wieczoru nie było. Zrobił kawę, podał mi kubek, nawet się uśmiechnął.

– Dobrze spałaś? – zapytał.

– Średnio – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

– Ja też – rzucił szybko i spuścił wzrok.

To był drobiazg, ale wystarczyło. Widziałam, jak jego palce drżą, gdy zakładał zegarek. Jak sprawdzał telefon częściej niż zwykle. Jak unikał mojego spojrzenia. Każdy z tych szczegółów dokładał się do obrazu, którego nie chciałam oglądać.

Po jego wyjściu z domu usiadłam przy stole i po raz pierwszy od dawna pozwoliłam sobie na coś, czego zawsze się bałam – sprawdziłam jego kurtkę. Nie było w tym dumy ani satysfakcji. Była tylko potrzeba potwierdzenia, że nie zwariowałam. W kieszeni znalazłam paragon z kawiarni po drugiej stronie miasta. Z tej, do której kiedyś chodziliśmy razem, zanim uznał ją za „zbyt drogą i nie po drodze”. Godzina na paragonie była wcześniejsza, niż mówił. Poczułam, jak robi mi się słabo.

– Spotkanie z kumplem? – szepnęłam do pustej kuchni.

Tego dnia czekałam na niego z gotowym zdaniem na ustach. Przećwiczyłam je kilkanaście razy, ale gdy wszedł do mieszkania, wszystko rozsypało się jak domek z kart.

– Musimy pogadać – powiedziałam w końcu.

Spojrzał na mnie uważnie. Za uważnie.

– O czym?

– O tym, że przestałeś mówić mi prawdę.

Cisza między nami była ciężka. Wiedziałam już, że jeśli teraz się wycofam, już nigdy nie odważę się zapytać. A on… on wyglądał, jakby ważył każde słowo, zanim je wypowie.

Po co komu prawda?

Usiadł naprzeciwko mnie przy stole, tym samym, przy którym przez lata jedliśmy wspólne śniadania. Teraz blat wydawał się zbyt duży, jakby specjalnie chciał nas od siebie oddzielić.

– Przesadzasz – powiedział w końcu. – Naprawdę spotkałem się z kolegą.

– Z którym? – zapytałam spokojnie, choć w środku wszystko mi drżało.

– Z… Pawłem – rzucił po chwili.

– Dziwne – uniosłam brew. – Bo Paweł nigdy nie używał słodkich perfum. I raczej nie zostawia ich na cudzej koszuli.

Zamilkł. Jego palce zaczęły nerwowo stukać o blat. Ten dźwięk był głośniejszy niż jakikolwiek krzyk.

– Sprawdzałaś mnie? – zapytał cicho.

– Nie – skłamałam odruchowo. – Po prostu zaczęłam łączyć fakty.

Wstał gwałtownie i podszedł do okna. Stał tyłem, patrząc na ulicę, jakby tam miała być odpowiedź. Przez chwilę miałam wrażenie, że zaraz powie coś, co wszystko naprawi. Albo wszystko zniszczy.

Nie chciałam brnąć dalej

Przez kilka dni żyliśmy obok siebie, nie razem. Rozmowy ograniczały się do spraw koniecznych, a każde zdanie było jak stąpanie po cienkim lodzie. Obserwowałam go uważniej niż kiedykolwiek wcześniej. Każdy jego gest, każdy uśmiech wydawał mi się podejrzany, jakby nagle stał się obcym człowiekiem w naszym własnym domu. Któregoś popołudnia wrócił wcześniej niż zwykle. Zastał mnie w przedpokoju, z kluczami w dłoni.

– Wychodzisz? – zapytał.

– Tak. Muszę się przejść – odpowiedziałam, nie patrząc mu w oczy.

– Sama?

– Jak zawsze ostatnio.

Zawiesił wzrok na mojej twarzy. Przez chwilę miałam wrażenie, że chce mnie zatrzymać, powiedzieć coś ważnego. Ale tylko odsunął się, robiąc mi miejsce. Spacerowałam bez celu, aż nogi same zaprowadziły mnie w okolice kawiarni z paragonu. Zatrzymałam się po drugiej stronie ulicy. Widziałam przez szybę ludzi pochylonych nad filiżankami, śmiejących się, rozmawiających. I nagle zobaczyłam ich.

Siedzieli przy stoliku pod ścianą. On i ona. Mój mąż i kobieta w krótkiej spódnicy, z włosami opadającymi na ramiona. Śmiała się, a on nachylał się w jej stronę, dokładnie tak, jak kiedyś do mnie. Serce zaczęło mi walić, a jednocześnie poczułam dziwny spokój. Jakby puzzle w końcu ułożyły się w całość.

Nie weszłam do środka. Nie zrobiłam sceny. Stałam jeszcze chwilę, po czym odwróciłam się i poszłam w stronę domu. Wiedziałam już, że nie potrzebuję więcej dowodów. Wieczorem czekałam na niego w salonie. Gdy wszedł, spojrzał na mnie z niepokojem.

– Byłaś dziś w mieście? – zapytał.

– Tak – odpowiedziałam. – I widziałam was.

Zbladł. Usiadł ciężko na fotelu, jakby nagle zabrakło mu sił.

Chciałem ci powiedzieć – zaczął.

– Nie – przerwałam mu. – Już wystarczy słów.

Czułam, że stoję na granicy. Jeszcze krok i wszystko się zmieni. Tylko nie wiedziałam, w którą stronę powinnam go zrobić.

Decyzja podjęta w ciszy

Nie tej nocy. Nie następnego dnia. Decyzja nie przyszła od razu. Przyszła powoli, w drobnych momentach, których wcześniej nie doceniałam. W porannym świetle, gdy zobaczyłam, że pakuje koszulę do pracy i nawet nie pyta, czy zrobię mu kawę. W ciszy kolacji, kiedy siedzieliśmy naprzeciwko siebie, a talerze stygnęły szybciej niż rozmowa. W chwili, gdy uświadomiłam sobie, że bardziej boję się kolejnego kłamstwa niż samotności.

– Jak ona ma na imię? – zapytałam kilka dni później, spokojnie, niemal bez emocji.

Spojrzał na mnie zaskoczony.

– Po co ci to? – odpowiedział pytaniem.

– Żeby przestać ją nazywać „koleżanką”.

Westchnął ciężko i podał imię. Brzmiało zwyczajnie. Tak zwyczajnie, że aż zabolało. Przez moment pomyślałam, że mogłabym ją minąć na ulicy i nawet nie wiedzieć, że to ona.

– Skończysz to? – zapytałam.

Milczał zbyt długo. I wtedy zrozumiałam wszystko.

– Dobrze – powiedziałam, wstając od stołu. – W takim razie to my się skończyliśmy.

Nie krzyczał. Nie błagał. Patrzył tylko, jak pakuję kilka najpotrzebniejszych rzeczy. Jak zakładam płaszcz. Jak biorę torebkę. Być może dopiero wtedy dotarło do niego, że stracił coś, czego nie da się odzyskać słodkimi perfumami ani tanimi wymówkami.

– Gdzie pójdziesz? – zapytał cicho.

– Tam, gdzie nie będę musiała zgadywać, czy ktoś mówi mi prawdę.

Zamknęłam za sobą drzwi i zeszłam po schodach, czując, że z każdym stopniem oddycham trochę łatwiej. Bolało. Nadal boli. Ale pierwszy raz od dawna wiedziałam, że to ból, który prowadzi do czegoś nowego, a nie w kółko w to samo miejsce.

Ewa, 41 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama