„Mąż ma dwie lewe ręce, a sam chciał wyremontować dom. Teraz czeka mnie kosztowny serwis okien i kredyt na rachunki”
„Pomyślałam, że to tylko łazienka. Nie wiedziałam wtedy, że to dopiero wstęp do prawdziwej katastrofy. Jacek, zamiast wyciągnąć wnioski i przyznać, że pewne rzeczy go przerastają, uznał to za osobiste wyzwanie. Postanowił udowodnić całemu światu, że jest złotą rączką. A najgorsze miało nadejść wraz z wymianą okien”.

- Redakcja
Kiedy patrzę na te faktury, chce mi się płakać, ale łzy zamarzają mi na policzkach. W naszym salonie jest niewiele cieplej niż na dworze. Miało być pięknie, tanio i „po naszemu”. Zamiast tego siedzę w kuchni, w której hula wiatr, a mąż unika mojego wzroku, udając, że naprawia kontakt – ten sam, który zepsuł miesiąc temu.
Wierzyłam w jego zapewnienia, w tę męską dumę i hasła, że dla chcącego nic trudnego. Dziś wiem, że chęci to za mało, by dom stał się bezpiecznym azylem, a nie pułapką finansową bez wyjścia. To historia o tym, jak ambicja przerosła umiejętności, a oszczędność okazała się najdroższą inwestycją w naszym życiu.
Remont miał pójść gładko
Wszystko zaczęło się, gdy kupiliśmy stary dom pod miastem. To była okazja – tak nam się przynajmniej wydawało. Budynek z lat osiemdziesiątych, tak zwana kostka, wymagał generalnego remontu, ale cena była na tyle atrakcyjna, że w naszych głowach natychmiast zaczęły kiełkować wizje przestronnego salonu, nowoczesnej kuchni i ogrodu pełnego hortensji. Jacek, mój mąż, od samego początku był nastawiony entuzjastycznie. Chodził po pustych pokojach, opukiwał ściany i z błyskiem w oku opowiadał, co gdzie zrobimy.
– Agata, zobaczysz, zrobimy to sami – mówił, kreśląc ręką szeroki łuk w powietrzu. – Po co płacić ekipie grube tysiące? W internecie jest wszystko. Brat mi pomoże przy cięższych rzeczach, a wykończeniówkę ogarnę po godzinach. Zaoszczędzimy fortunę, a za te pieniądze pojedziemy na wakacje życia.
Brzmiało to logicznie. Jacek pracował w logistyce, ale zawsze uchodził za zaradnego. Skręcał meble, raz nawet wymienił uszczelkę. Wydawało mi się, że remont domu nie będzie mocno skomplikowany. Bardzo się myliłam.
Początkowo mąż nawet mi imponował. Widziałam go w roboczych spodniach, umazanego gładzią, zmęczonego, ale szczęśliwego. Czułam dumę. Nie zauważyłam momentu, w którym ta pewność siebie zamieniła się w brawurę, a brak umiejętności zaczął być maskowany nerwowością i zrzucaniem winy na „krzywe ściany” i „kiepskie materiały”.
Zaczęłam wątpić w męża
Pierwsze pęknięcia na idealnym obrazku pojawiły się przy łazience. To miał być poligon doświadczalny. Jacek stwierdził, że położenie płytek to żadna filozofia. Kupił maszynkę do cięcia, poziomicę laserową i worki z klejem. Przez pierwsze dwa dni słyszałam z łazienki tylko radosne gwizdanie. Trzeciego dnia gwizdanie ustąpiło miejsca głośnym westchnieniom i okazjonalnym uderzeniom czymś ciężkim w podłogę. Kiedy zajrzałam do środka, zobaczyłam, że pierwsza warstwa płytek na ścianie układa się w dziwną falę.
– Jacek, czy to jest prosto? – zapytałam ostrożnie, nie chcąc urazić jego dumy.
– Oczywiście, że prosto – warknął, nie odwracając się. – Ściana jest krzywa, bo za komuny nie używali pionu. Muszę nadkładać klejem. Będzie dobrze, zobaczysz, fuga wszystko wyrówna.
Zaufałam mu. Fuga, niestety, niczego nie wyrównała. Wręcz przeciwnie, podkreśliła każdą niedoskonałość. Płytki w rogu się rozjeżdżały, a podłoga miała taki spadek, że woda z prysznica zamiast do odpływu, płynęła w stronę drzwi. Kiedy zwróciłam na to uwagę, Jacek obraził się na dwa dni. Twierdził, że go nie doceniam. To był pierwszy sygnał alarmowy, który zignorowałam. Pomyślałam, że to tylko łazienka, że jakoś to zakryjemy dywanikiem. Nie wiedziałam wtedy, że to dopiero wstęp do prawdziwej katastrofy.
Jacek, zamiast wyciągnąć wnioski i przyznać, że pewne rzeczy go przerastają, uznał to za osobiste wyzwanie. Postanowił udowodnić mi i całemu światu, że jest złotą rączką. A najgorsze miało dopiero nadejść wraz z wymianą okien.
Wydałam kasę i najadłam się wstydu
Nasza codzienność zamieniła się w życie na placu budowy. Wszędzie był pył. Zamiast konsultować się z fachowcami, mąż spędzał wieczory przed komputerem, oglądając setki filmików instruktażowych. Stał się ekspertem od wszystkiego. Wiedział, jak kłaść gładzie, jak montować panele, jak robić elektrykę. Problem polegał na tym, że teoria rzadko szła w parze z praktyką.
Pamiętam dzień, w którym zabrał się za instalację elektryczną w kuchni. Chciał przenieść gniazdka pod nowy projekt mebli.
– Kochanie, to niebezpieczne – prosiłam. – Wezwijmy elektryka. Pan Zbyszek z sąsiedztwa bierze niedużo.
– Pan Zbyszek to partacz – skwitował Jacek. – Poza tym, co to za filozofia? Plus do plusa, minus do minusa, uziemienie. Mam próbnik, nic mi się nie stanie.
Skończyło się na tym, że „wywaliło” korki w całej dzielnicy, a my przez tydzień jedliśmy kolacje przy świecach, bo Jacek nie potrafił zlokalizować miejsca zwarcia. Ostatecznie musieliśmy wezwać pogotowie energetyczne, co kosztowało nas sporo pieniędzy i wstydu. Mąż jednak wciąż szedł w zaparte, twierdząc, że to wina starej instalacji.
Wymiana okien była koszmarem
Kulminacyjnym punktem naszego dramatu była decyzja o wymianie okien. Stare, drewniane ramy były nieszczelne, więc przed zimą musieliśmy zainwestować w nową stolarkę. Zamówiliśmy nowoczesne okna trzyszybowe, bardzo ciepłe. Koszt był ogromny i pochłonął znaczną część naszych oszczędności. Kiedy przyszło do wyceny montażu, Jacek omal nie wszczął awantury.
– Dwa tysiące za wstawienie kilku ram?! – krzyczał, machając kartką z wyceną. – Chyba ich pogięło! Przecież to jest robota na jeden weekend. Pianka, kotwy, poziomica i gotowe. Zrobię to sam z bratem. Za te pieniądze kupimy ci zmywarkę.
Zmywarka była moim marzeniem, więc ten argument trafił na podatny grunt. Po tylu miesiącach życia w pyle byłam już tak zmęczona, że zgodziłam się na wszystko, byle tylko zamknąć ten etap. Kolejne dni zamieniły się jednak w koszmar. Jacek z moim szwagrem, Pawłem, mocowali się z ciężkimi oknami, klnąc pod nosem. Widziałam, jak piana montażowa wypływa im w niekontrolowany sposób, brudząc nowe ramy.
– Jacek, czy tej pianki nie jest za dużo? – pytałam nieśmiało, widząc rosnące żółte bąble wokół okna tarasowego.
– Pianka musi wypełnić szczeliny, Agata. Nadmiar się obetnie. Nie znasz się – odpowiadał, ocierając pot z czoła.
Wstawili wszystkie okna. Jacek chodził dumny jak paw, opowiadając znajomym przy grillu, jak to firmy naciągają ludzi, podczas gdy wystarczy trochę chęci. Wszyscy mu gratulowali, a ja czułam dziwny niepokój, patrząc na nieco krzywo osadzone parapety.
Z każdym dniem było gorzej
Nadeszła jesień, a wraz z nią pierwsze chłodne noce. Wtedy zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Najpierw zauważyłam, że w salonie, mimo odkręconych kaloryferów, jest zimno. Siedząc na kanapie blisko okna tarasowego, czułam wyraźny powiew na plecach.
– Jacek, tu ciągnie od okien– powiedziałam pewnego wieczoru, owijając się kocem.
– Wydaje ci się. To cyrkulacja powietrza – zbył mnie, nie odrywając wzroku od telewizora.
Ale to nie była cyrkulacja. Z każdym dniem było gorzej. Kiedy przyszły pierwsze przymrozki, szyby parowały i pokrywały się szronem. Na parapetach robiły się kałuże, a na ścianach wokół okien pojawiły się ciemne plamy. To był grzyb. Wietrzyłam, wycierałam, kupiłam pochłaniacze wilgoci. Nic nie pomagało. Rachunki za gaz poszybowały w górę, piec pracował na pełnych obrotach, a my chodziliśmy w polarach. Jacek wciąż twierdził, że dom musi „odeschnąć”.
Szczytem wszystkiego był dzień, w którym próbowałam otworzyć okno w kuchni, żeby wywietrzyć po smażeniu. Skrzydło ani drgnęło. Klamka obracała się z trudem, a rama wydawała się wygięta. Zawołałam Jacka. Szarpał się z oknem przez dziesięć minut, aż w końcu coś trzasnęło. Okno się otworzyło, ale już nie chciało się zamknąć. Staliśmy tak w lodowatej kuchni, patrząc na niedomknięte okno, przez które wpadał śnieg z deszczem. To był ten moment.
– Dość – powiedziałam cicho, ale stanowczo. – Dzwonię po serwis.
– Nie będziesz dzwonić po żaden serwis! Sam to naprawię, pewnie tylko regulacja poszła... – zaczął, ale spojrzałam na niego tak, że zamilkł w pół słowa.
– Nie dotkniesz tego okna – wycedziłam. – Masz dwie lewe ręce do budowlanki, Jacek. Zniszczyłeś łazienkę, zepsułeś elektrykę, a teraz przez twoje oszczędności marzniemy we własnym domu. Koniec z tym.
Nogi się pode mną ugięły
Serwisant przyjechał dwa dni później. Starszy, doświadczony mężczyzna na wejściu tylko pokiwał głową, widząc nasze „dzieło”. Z każdą minutą jego mina rzedła.
– Kto to pani montował? – zapytał, sprawdzając poziomicą okno w salonie.
– Mąż ze szwagrem – przyznałam ze wstydem.
– No to panowie się popisali – westchnął. – Proszę pani, tu jest wszystko źle. Okna są źle zakotwione, ramy wypaczone, bo dali za dużo pianki i nie użyli rozpórek. Pianka wypchnęła profile. Dlatego skrzydła się nie domykają, a uszczelki nie trzymają. Poza tym, nie ma tu żadnej izolacji. Zrobili wam mostki termiczne wielkości Kanady. Ciepło ucieka tak, jakby tych okien w ogóle nie było.
Słuchałam tego jak wyroku. Jacek stał w kącie pokoju, czerwony jak burak, nie odzywając się ani słowem.
– Da się to naprawić? – zapytałam z nadzieją.
– Da się – odpowiedział serwisant. – Ale trzeba wszystko usunąć. Wyciąć piankę, wyjąć okna, oczyścić otwory i zamontować od nowa, tym razem zgodnie ze sztuką. Część ram może być trwale odkształcona, spróbujemy je uratować, ale nie obiecuję. To będzie kosztować.
Kiedy podał kwotę, nogi się pode mną ugięły. Suma była dwukrotnie wyższa niż ta, którą zaoszczędziliśmy, rezygnując z profesjonalnego montażu na początku. Do tego dochodziły kosmiczne rachunki za ogrzewanie i koszty walki z grzybem.
Podjęliśmy trudną decyzję
Wieczorem usiedliśmy przy stole w kuchni. Okno było zaklejone taśmą i folią. Panowała cisza. Jacek patrzył w blat, bawiąc się kubkiem z herbatą.
– Przepraszam – powiedział w końcu cicho. – Chciałem dobrze. Chciałem, żebyśmy mieli więcej pieniędzy.
– Wiem, że chciałeś – odpowiedziałam, czując, jak złość powoli ustępuje miejsca zmęczeniu. – Ale oszczędzanie na rzeczach, na których się nie znamy, to nie jest oszczędność. To ryzyko. I właśnie przegraliśmy.
Nie mieliśmy takich pieniędzy. Nasze konto oszczędnościowe świeciło pustkami po zakupie materiałów. Podjęliśmy trudną decyzję. Wzięliśmy kredyt gotówkowy. Nie na wakacje życia, nie na nowy samochód, ale na to, żeby naprawić błędy własnej pychy.
Przez następny tydzień ekipa fachowców kuła nasze ściany. Kurz był znowu wszędzie. Patrzyłam, jak wyrywają okna, które Jacek z taką dumą wstawiał. Widziałam, jak on cierpi, patrząc na to. Jego męskie ego zostało zrujnowane, ale może to była lekcja, której potrzebował.
Teraz w domu jest wreszcie ciepło. Nowy, profesjonalny montaż sprawił, że rachunki spadły, a wilgoć zniknęła. Jednak cena, jaką za to zapłaciliśmy, to więcej niż pieniądze. Przez długi czas między mną a Jackiem panował chłód. Musieliśmy na nowo nauczyć się sobie ufać. Jacek przestał bawić się w złotą rączkę. Kiedy zepsuła się pralka, bez słowa zadzwonił po mechanika. Zrozumiał, że nie ma nic złego w proszeniu o pomoc. Ja z kolei nauczyłam się asertywności. Już nigdy nie pozwolę, by fałszywa oszczędność przesłoniła zdrowy rozsądek.
Patrzę na harmonogram spłat kredytu, który wisi na lodówce. Będziemy go spłacać przez dwa lata. Każda rata to przypomnienie: „Mierz siły na zamiary”. Czasem warto zapłacić profesjonaliście, żeby mieć święty spokój. Bo spokój, jak się okazuje, jest towarem najbardziej deficytowym i najdroższym.
Agata, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Uciekłam do sanatorium przed wredną synową, bo miałam dość jej złośliwości. Wolę leżeć w borowinie niż słuchać obelg”
- „W sanatorium miałam odpocząć od męża, dzieci i wnuków. Znalazłam tam adoratora i rodzina nie poznała mnie po powrocie”
- „W tłusty czwartek zaprosiłam rodzinę na domowe pączki. Nie sądziłam, że tego dnia poznam sekretne grzeszki teścia”

