Reklama

Przez lata uczyłam się sztuki bycia niewidzialną we własnym domu. Myłam kubki, których nikt nie wstawiał do zmywarki, składałam ubrania, które magicznie pojawiały się na podłodze, i uśmiechałam się, gdy Kamil pytał, co u mnie, choć nawet nie odrywał wzroku od telefonu. Kochałam go, naprawdę go kochałam, ale ta miłość z każdym rokiem przypominała coraz bardziej starą, wypłowiałą fotografię, na której ledwo widać twarze. Walentynki miały być przełomem. Widziałam, jak nerwowo poprawia krawat, jak zerka na mnie z nadzieją w oczach. Kupił ten drogi prezent, myśląc, że biżuteria potrafi załatać dziurę w sercu, którą drążył obojętnością przez ostatnie pięć lat. Nie wiedział, że ja już dawno spakowałam walizki — nie te fizyczne, ale te emocjonalne.

Nie zrobiłam awantury

Pamiętam dzień, w którym po raz pierwszy poczułam, że jestem w tym małżeństwie sama. To nie stało się nagle. To nie był wybuch wulkanu, zdrada czy awantura z rzucaniem talerzami. Nasz koniec nadchodził małymi krokami, w miękkich kapciach, cicho szurając po parkiecie naszego eleganckiego mieszkania na warszawskim Mokotowie. Była sobota, trzy lata temu. Wróciłam z konferencji, na której dostałam wyróżnienie za projekt, nad którym pracowałam pół roku. Czułam się jak na skrzydłach. Weszłam do domu z kwiatami, które wręczył mi prezes, i dyplomem w tubie. Kamil siedział na kanapie, oglądając powtórkę meczu. Nawet nie odwrócił głowy, gdy rzuciłam klucze na komodę.

— Cześć, kochanie — powiedziałam, wchodząc do salonu. — Nie uwierzysz, co się stało. Dostałam ten awans. Będę zarządzać całym działem kreatywnym.

Kamil mruknął coś pod nosem, nie spuszczając wzroku z ekranu. Dopiero gdy stanęłam mu przed telewizorem, spojrzał na mnie z lekkim zniecierpliwieniem.

— To świetnie, Wiktoria. Naprawdę. A co na obiad? Bo w lodówce tylko światło.

W tamtym momencie coś we mnie pękło. Stałam tam, w mojej najlepszej garsonce, z bukietem róż od obcego mężczyzny, który docenił moją pracę bardziej niż mój własny mąż, i czułam, jak łzy napływają mi do oczu. Nie zrobiłam awantury. Po prostu poszłam do kuchni i zaczęłam robić kanapki. Ta cisza, która zapadła między nami podczas jedzenia, była gorsza niż jakikolwiek krzyk. To była cisza pełna rezygnacji.

Przez kolejne miesiące obserwowałam nas jak badacz przyglądający się wymierającemu gatunkowi. Kamil był dobrym człowiekiem. Nie pił, nie był agresywny, pracował, dbał o samochód i płacił rachunki. Dla świata byliśmy parą idealną. Piętnaście lat stażu, stabilizacja, wspólne wakacje w Chorwacji. Ale w środku byliśmy jak dwa obce państwa, które łączy tylko wspólna granica w postaci kredytu hipotecznego i przyzwyczajeń.

Nie wymyślałam

W pracy rozkwitałam. Mój zespół mnie uwielbiał, klienci prosili o spotkania właśnie ze mną. Czułam się tam ważna, słuchana i doceniana. Miałam swoją przyjaciółkę, Kingę, która jako jedyna znała prawdę o moim życiu domowym. Często spotykałyśmy się na kawie po pracy, żeby odreagować.

— To niesamowite, Wiktoria — mówiła Kinga, mieszając latte. — Opowiadasz o nim, jakby był współlokatorem, którego trochę lubisz, ale który cię irytuje. Gdzie jest namiętność? Gdzie są rozmowy do rana?

— Nie ma — odpowiadałam krótko, patrząc w okno. — Skończyły się, gdy spłaciliśmy mieszkanie i uznaliśmy, że cel został osiągnięty. Kamil uważa, że małżeństwo to stan, który się osiąga, a nie proces, o który trzeba dbać. On zdobył żonę, więc teraz może odpocząć.

Kinga kręciła głową z niedowierzaniem. Sama była po rozwodzie i ciągle powtarzała mi, że życie jest za krótkie na bycie tylko funkcjonalnym elementem wyposażenia wnętrz. Jej słowa zapadały mi w pamięć, ale wciąż bałam się podjąć radykalne kroki. Bałam się samotności, bałam się oceny rodziny, bałam się, że może przesadzam, że może tak wygląda każde długoletnie małżeństwo.

Moja matka zawsze powtarzała: mężczyzna musi mieć ciepły posiłek i wyprasowane koszule, wtedy będzie spokój. Ale ja nie chciałam spokoju. Chciałam życia. Chciałam, żeby ktoś zapytał mnie, o czym marzę, a nie tylko, gdzie leżą czyste ręczniki. Wątek mojej matki jest tu kluczowy. To ona wpoiła mi przekonanie, że rolą kobiety jest trwanie i sklejanie tego, co się rozpada. Kiedy delikatnie sugerowałam jej, że z Kamilem nie układa nam się najlepiej, machała ręką.

— Nie bije? Pieniądze przynosi? To nie wymyślaj, dziecko. Inne mają gorzej.

Więc nie wymyślałam. Trwałam. Aż do momentu, gdy zaczęły zbliżać się walentynki.

Czułam w tym fałsz

Tydzień przed walentynkami Kamil zaczął się dziwnie zachowywać. Zamiast standardowego mruknięcia na powitanie, zaczął pytać, jak minął dzień. Raz nawet wstawił naczynia do zmywarki, choć zrobił to tak ostentacyjnie, jakby oczekiwał owacji na stojąco. Wiedziałam, co się dzieje. Dwa tygodnie wcześniej mieliśmy rozmowę, a raczej mój monolog, w którym powiedziałam mu wprost, że czuję się samotna. Że mam dość bycia powietrzem.

Popatrzył wtedy na mnie tym swoim wzrokiem zbitego psa i obiecał poprawę. Powiedział, że jest zapracowany, że nie zauważył, że to tylko gorszy okres. Klasyka gatunku. Mężczyźni tacy jak Kamil rzadko widzą problem, dopóki kobieta nie zaczyna pakować rzeczy. Gdy zbliżał się czternasty lutego, zauważyłam na jego biurku otwartą stronę internetową z ekskluzywną biżuterią. Serce zabiło mi mocniej, ale nie z radości, lecz z dziwnego lęku. Czy on naprawdę myślał, że złoty łańcuszek zmaże te wszystkie wieczory, gdy płakałam w poduszkę obok niego, a on spał w najlepsze?

Dwa dni przed świętem zakochanych usłyszałam, jak rozmawia przez telefon ze swoim kolegą, Pawłem.

— Stary, mówię ci, muszę coś wymyślić, bo Wiktoria jest ostatnio jakaś dziwna. Czepia się o wszystko. Zarezerwowałem stolik w tej nowej włoskiej knajpie, kupiłem prezent. Powinno być okej. Wiesz, jak to kobiety, potrzebują atencji.

Potrzebują atencji. Te słowa zabrzmiały w moich uszach jak policzek. Dla niego moje potrzeby emocjonalne, moja tęsknota za bliskością, były tylko potrzebą atencji, kaprysem, który można zaspokoić drogą kolacją i błyskotką. Wtedy zrozumiałam, że on w ogóle mnie nie zna. Że przez te piętnaście lat stworzył sobie w głowie obraz żony, który był wygodny dla niego, ale nie miał nic wspólnego z prawdziwą mną.

Czułam się, jakbym oglądała kiepski film, w którym główny bohater próbuje naprawić zepsuty silnik samolotu taśmą klejącą w trakcie lotu. Kamil dwoił się i troił. Przyniósł tulipany w środę — bez okazji. Zapytał o moją matkę. Ale ja czułam w tym fałsz. Czułam, że to strategia przetrwania, a nie odruch serca. Robił to, żeby mieć święty spokój, a nie dlatego, że nagle odkrył we mnie fascynującą kobietę.

Atmosfera gęstniała

Nadszedł czternasty lutego. Ubrałam się w czarną sukienkę, którą kupiłam sobie sama miesiąc wcześniej. Wyglądałam dobrze, wiedziałam o tym. Kiedy wyszłam z sypialni, Kamil zagwizdał z uznaniem.

— Wyglądasz... wow. Wiktoria, naprawdę pięknie.

— Dziękuję — odpowiedziałam chłodno, poprawiając kolczyk. — Idziemy?

Restauracja była piękna. Przyciemnione światła, cicha muzyka, świece na stołach. Kelner zaprowadził nas do stolika w rogu, z widokiem na miasto. Wszystko było jak z katalogu pod tytułem Idealna Randka. Kamil zamówił wino, wybrał przystawki. Próbował żartować, opowiadał anegdoty z biura. A ja siedziałam naprzeciwko niego i czułam, jak narasta we mnie panika. Patrzyłam na jego usta, które się poruszały, na jego dłonie gestykulujące nad talerzem, i nie czułam absolutnie nic poza zmęczeniem.

Przypomniałam sobie nasze pierwsze walentynki. Byliśmy wtedy studentami, nie mieliśmy grosza przy duszy. Zrobiliśmy sobie piknik na podłodze w wynajmowanym pokoju, jedliśmy pizzę i rozmawialiśmy do świtu o tym, jak podbijemy świat. Wtedy czułam, że on widzi moją duszę. Teraz widział tylko moją sukienkę i fakt, że nie robię awantury.

— Jak ci smakuje? — zapytał, wyrywając mnie z zamyślenia.

— Jest pyszne — skłamałam. Makaron stawał mi w gardle.

— Cieszę się. Wiesz, myślałem ostatnio o nas... — zaczął, a jego głos przybrał poważniejszy ton. — Wiem, że ostatnio nie było idealnie. Dużo pracy, stres. Ale chcę, żebyś wiedziała, że jesteś dla mnie ważna.

Ważna. Jak ważna? Jak ważny jest wygodny fotel? Jak ważny jest sprawny samochód?

—Kamil, proszę — przerwałam mu, odkładając widelec. — Nie róbmy tego teraz.

— Dlaczego? To idealny moment. Wiktoria, staram się. Nie widzisz tego?

— Widzę — powiedziałam cicho. — Widzę, że się starasz. I to jest właśnie najsmutniejsze. Że musisz się starać, żeby ze mną porozmawiać. Że to dla ciebie wysiłek.

Zamilkł, zaskoczony moją szczerością. Kelner zabrał talerze, a atmosfera gęstniała. Michał sięgnął do kieszeni marynarki i wyciągnął małe, aksamitne pudełeczko.

Zamknęłam pudełko

— To dla ciebie — powiedział, przesuwając prezent po białym obrusie w moją stronę. — Mam nadzieję, że ci się spodoba.

Wzięłam pudełko do ręki. Było ciężkie. Powoli rozwiązałam wstążkę i otworzyłam wieczko. W środku, na czarnym aksamicie, leżał złoty naszyjnik z dużym, błyszczącym kamieniem. Był piękny. Był drogi. I był kompletnie nie w moim stylu. Od pięciu lat noszę tylko srebro. Od pięciu lat ubieram się w chłodne barwy, stawiam na minimalizm. Ten naszyjnik był krzykliwy, barokowy, pasujący do kobiety, którą byłam dekadę temu albo do wyobrażenia, jakie miał o mnie Kamil. To był dowód rzeczowy w sprawie o rozpad związku. Dowód na to, że on nie patrzy na mnie na co dzień. Nie widzi, co noszę, co lubię, jak się zmieniam.

— Och — wydusiłam tylko.

— I jak? Pani u jubilera powiedziała, że to najnowsza kolekcja. Pomyślałem, że zasługujesz na coś luksusowego.

— Jest... bardzo okazały — odpowiedziałam, starając się, by głos mi nie drżał.

Wiedziałem, że ci się spodoba! — rozpromienił się, zupełnie nie wyczuwając fałszu w moim głosie. Wyglądał na zadowolonego z siebie. Zadanie wykonane. Żona obdarowana. Kryzys zażegnany. Można wrócić do oglądania telewizji.

W tamtej sekundzie podjęłam decyzję. Patrzyłam na ten naszyjnik i widziałam w nim pętlę, która zaciska się na mojej szyi. Jeśli to przyjmę, jeśli założę ten naszyjnik i się uśmiechnę, to podpiszę cyrograf na kolejne piętnaście lat bycia niewidzialną. Zgodzę się na to, by kupowano moją miłość i ciszę drogimi przedmiotami.

Zamknęłam pudełko z cichym trzaskiem.

— Kamil — powiedziałam, patrząc mu prosto w oczy. Po raz pierwszy od dawna moje spojrzenie było twarde i pewne. — Nie mogę tego przyjąć.

Jego uśmiech zgasł w ułamku sekundy.

— Co? Dlaczego? Nie podoba ci się? Mogę wymienić, mam paragon.

Nie chodzi o naszyjnik. — Wzięłam głęboki oddech. Czułam, jak adrenalina krąży w moich żyłach. — Chodzi o to, co on oznacza. Myślisz, że możesz kupić moje zapomnienie? Myślisz, że jeden wieczór w restauracji i kawałek złota naprawią to, że od lat żyję obok ciebie, a nie z tobą?

— Wiktoria, o czym ty mówisz? Przecież jest miło. Rozmawiamy, jemy kolację... Czego ty chcesz?

— Chcę męża, Kamil. Nie sponsora. Nie współlokatora. Chcę kogoś, kto wie, że nie noszę złota. Kto wie, jaki film ostatnio mnie wzruszył. Kto wie, dlaczego płakałam w zeszły wtorek. Wiesz, dlaczego płakałam?

Patrzył na mnie z przerażeniem. Nie wiedział. Oczywiście, że nie wiedział.

— Nie — szepnął.

— Płakałam, bo stłukłam kubek. Ten stary, niebieski. I zdałam sobie sprawę, że nikt nawet nie zauważył, że go nie ma. Tak jak nikt by nie zauważył, gdybym ja zniknęła z tego domu, dopóki nie skończyłyby się czyste koszule.

— To nieprawda! — krzyknął szeptem, rozglądając się, czy nikt nie patrzy. — Przesadzasz. Jesteś przemęczona pracą.

Wstałam od stołu. Moje nogi były jak z waty, ale w środku czułam dziwny, chłodny spokój. To był koniec. Wiedziałam to. Nie było już odwrotu.

— Nie jestem przemęczona. Jestem samotna. I ten naszyjnik... on jest piękny, Michał. Ale to prezent dla kogoś innego. Dla kobiety, którą kiedyś byłam. Tej kobiety już tu nie ma. Odeszła dawno temu, tylko ty nie zauważyłeś.

Odzyskałam samą siebie

Wyszłam z restauracji, zostawiając go przy stoliku z otwartym pudełkiem i niedopitym winem. Nie biegł za mną. Pewnie siedział tam, analizując rachunek i zastanawiając się, co zrobił źle, skoro postępował zgodnie z instrukcją tego, jak udobruchać żonę. Spacerowałam ulicami Warszawy, mijając pary trzymające się za ręce, witryny pełne serc i czerwonych balonów. Było zimno, ale ja nie czułam chłodu. Czułam ulgę. Ogromną, przytłaczającą ulgę. Zadzwoniłam do Kingi.

— Mogę do ciebie wpaść? — zapytałam.

— Zrobiłaś to? — W jej głosie nie było zdziwienia, tylko troska.

— Tak. Zostawiłam go w restauracji.

Czekam. Wino się chłodzi.

Wprowadziłam się do Kingi na dwa tygodnie. Potem wynajęłam małe mieszkanie na Żoliborzu. Kamil dzwonił, pisał, przyjeżdżał z kwiatami, a raz nawet z moją matką, która próbowała przemówić mi do rozsądku, płacząc, że niszczę rodzinę. Ale ja byłam nieugięta. Nie czułam złości. Czułam smutek, że zmarnowaliśmy tyle czasu, udając, że wszystko jest w porządku. Podział majątku był trudny, rozwód ciągnął się miesiącami, ale przetrwałam to. Najtrudniejszy moment był wtedy, gdy pakowałam resztę rzeczy z naszego wspólnego domu. Znalazłam w szufladzie ten naszyjnik. Michał go nie zwrócił. Zostawił go tam, jakby liczył, że kiedyś wrócę i go założę.

Dziś, dwa lata później, jestem w innym miejscu. Nie mam nowego męża, nie rzuciłam się w wir romansów. Uczę się siebie na nowo. Uczę się, że moja wartość nie zależy od tego, czy jestem dobrą żoną, czy mam wyprasowane obrusy. Wiem, co lubię. Wiem, czego chcę. Kamil ożenił się ponownie pół roku temu. Z kobietą młodszą o dziesięć lat, która, jak słyszałam, uwielbia złotą biżuterię. Mam nadzieję, że jest z nią szczęśliwy. Mam nadzieję, że nauczył się patrzeć na nią, a nie przez nią.

Tamte walentynki były najgorszym i najlepszym dniem mojego życia. Straciłam wtedy męża, ale odzyskałam kogoś znacznie ważniejszego. Odzyskałam samą siebie. I to był najlepszy prezent, jaki mogłam sobie sprawić, choć nie był zapakowany w aksamitne pudełko.

Wiktoria, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama