„Mąż kłamał, że haruje przy remoncie, a to była tylko przykrywka. Zamiast kłaść gładzie, kładł się w cudzych objęciach”
„Bałam się prawdy, ale jeszcze bardziej bałam się, że żyję w kłamstwie, które sama podtrzymuję. Złość mieszała się z poczuciem winy. Chciałam krzyczeć i udawać, że nic się nie dzieje. Kiedy Paweł wrócił tej nocy, spojrzałam na niego jak na obcego człowieka. I po raz pierwszy pomyślałam, że ktoś już stoi między nami”.

- Redakcja
Przez długi czas byłam przekonana, że nasze problemy mają konkretną przyczynę. Późne powroty Pawła, zmęczenie, krótkie odpowiedzi – wszystko dało się wytłumaczyć pracą i dodatkowymi zleceniami, zwłaszcza remontem, który miał nas podnieść finansowo i dać poczucie bezpieczeństwa. Wierzyłam, że to tylko etap, że to minie. Nie zauważyłam momentu, w którym zaczęłam żyć obok własnego męża, a nie z nim.
Czułam się osamotniona
Wieczory zawsze zaczynały się tak samo. Zdejmowałam buty w przedpokoju, odkładałam torebkę na komodę i przez chwilę stałam w bezruchu, jakbym liczyła, że zza drzwi pokoju dobiegnie znajomy głos. Ale mieszkanie odpowiadało mi tylko ciszą. Z czasem nauczyłam się jej nie bać. Kolację jadłam przy kuchennym blacie. Dawniej czekałam, aż Paweł wróci, nawet jeśli oznaczało to zimne jedzenie i senność przy stole. Potem zaczęłam jeść sama, tłumacząc sobie, że nie ma sensu się męczyć.
– Zjedz, Magda, musisz mieć siłę – mówiłam do swojego odbicia w szybie piekarnika.
Kiedy Paweł wracał, było już po wszystkim. Zazwyczaj słyszałam klucz w zamku tuż przed północą. Wychodziłam wtedy z sypialni w szlafroku, udając, że właśnie szłam po wodę.
– Przepraszam, znowu się przeciągnęło – rzucał, nie patrząc mi w oczy.
– Wiem. Remont – odpowiadałam automatycznie.
Słowo „remont” stało się usprawiedliwieniem na wszystko. Na brak rozmów, na jego nieobecność, na to, że coraz rzadziej pytał, jak minął mi dzień. Wstydziłam się przed sobą, gdy łapałam się na myśli, że czuję się jak dodatek do jego planów. Przecież był zaradny, pracowity, robił to wszystko dla nas. Tak mówiłam Tomaszowi, kiedy dzwonił wieczorami.
– Paweł haruje, Magda. To chyba normalne – uspokajał mnie.
– Wiem. Po prostu… czasem czuję, jakby mnie nie było – odpowiadałam ciszej.
Najgorsze były noce. Leżałam po swojej stronie łóżka, zostawiając wolną przestrzeń obok, jakby miała jakieś znaczenie. Zasypiałam z telefonem w dłoni, czekając na wiadomość, że jednak wróci wcześniej. Rano budziłam się z poczuciem, że znów jestem sama.
Czułam narastający niepokój
Zaczęłam zauważać drobiazgi, które wcześniej zbywałam machnięciem ręki. Paweł mówił o kolejnych etapach remontu, ale jego opowieści brzmiały jak wyuczone, powtarzane hasła. Te same zdania, te same ogólniki, jakby nauczył się ich na pamięć.
– Jeszcze instalacje, potem wykończenie – rzucał, kiedy pytałam.
– A co dokładnie robicie teraz? – dopytywałam ostrożnie.
– No… wiesz, wszystko naraz – odpowiadał i zmieniał temat.
Godziny przestały się zgadzać. Wracał później niż zwykle, ale nie wyglądał na zmęczonego. Raczej na spiętego. Odkładał telefon ekranem do dołu, a kiedy dostawał wiadomość, wydchodził do łazienki albo na balkon. Tłumaczyłam sobie, że przesadzam. Przecież każdy ma prawo do prywatności. Któregoś wieczoru zapytałam o coś zupełnie niewinnego.
– A ten remont, to gdzie dokładnie? Może kiedyś bym podjechała, zobaczyła efekty.
Paweł znieruchomiał na sekundę, może dwie.
– Nie ma tam nic do oglądania – odpowiedział szybko. – Kurz, bałagan. Nie twoje klimaty.
Zabolało mnie to bardziej, niż chciałam przyznać. Jakby postawił między nami niewidzialną barierę. Od tamtej pory rozmowy stały się ostrożne, niemal urzędowe. Pytania o dzień, odpowiedzi jednosylabowe. Coraz częściej milczeliśmy przy herbacie, nie patrzyliśmy sobie w oczy. Zanalizowałam jego zachowanie. Przypominałam sobie jego spojrzenia, zawieszone gdzieś obok mnie. Ton głosu, gdy mówił, że musi zostać dłużej. I to dziwne uczucie, że w tych opowieściach nie ma już miejsca dla mnie.
Opowiedziałam o tym Tomaszowi podczas spaceru.
– Może po prostu jest zmęczony – stwierdził.
– A jeśli nie? – zapytałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.
Popatrzył na mnie uważnie.
– Jeśli coś cię gryzie, to nie ignoruj tego.
Wracałam do domu z tą myślą, czując narastający niepokój. Chciałam ufać Pawłowi, ale jednocześnie czułam, że zaufanie zaczyna mi się wymykać. Jakby „remont” stał się słowem, za którym kryło się coś, czego nie miałam prawa zobaczyć.
Bałam się prawdy
Imię padło zupełnie przypadkiem. Paweł mówił coś o pracy, o tym, że ktoś nie dopilnował zamówienia.
– Karolina miała to sprawdzić – rzucił mimochodem, sięgając po kubek.
Zamarłam.
– Kto? – zapytałam, starając się, żeby mój głos brzmiał naturalnie.
– Karolina z firmy – odpowiedział zbyt szybko. – Wspominałem.
Nie wspominał. Byłam tego pewna. Coś w jego twarzy zdradziło napięcie, którego wcześniej u niego nie widziałam. Jakby nagle zorientował się, że powiedział za dużo. Przez resztę wieczoru był nerwowy, sprawdzał telefon częściej niż zwykle, a kiedy próbowałam wrócić do tematu, zbywał mnie półuśmiechem.
Od tamtej chwili imię Karolina zaczęło żyć własnym życiem w mojej głowie. Pojawiało się między zdaniami, w przerwach ciszy, w momentach, gdy Paweł był obok, ale jakby nie ze mną. Zauważyłam, że kiedy dzwonił telefon i na ekranie wyświetlało się nieznane mi nazwisko, jego ramiona sztywniały. Pewnego dnia zapytałam wprost.
– Dużo z nią pracujesz?
– Z kim? – udawał zdziwienie.
– Z Karoliną.
– Normalnie. Jak z innymi – odpowiedział i odwrócił wzrok.
Poczułam wstyd. Za to, że pytam. Za to, że go podejrzewam. Przecież nie miałam dowodów, tylko przeczucia. A przeczucia łatwo pomylić z lękiem. Tłumaczyłam sobie, że to ja się zmieniłam, że przesadzam, że zazdrość potrafi zniekształcić wszystko.
Wieczorem zadzwoniłam do Tomasza.
– Myślę, że Paweł kogoś ma – powiedziałam nagle, zanim zdążyłam się rozmyślić.
– Myślisz czy wiesz? – zapytał spokojnie.
– Myślę… i to jest najgorsze.
Po tej rozmowie długo siedziałam w ciemności, słuchając odgłosów ulicy. Bałam się prawdy, ale jeszcze bardziej bałam się, że żyję w kłamstwie, które sama podtrzymuję. Złość mieszała się z poczuciem winy. Na przemian chciałam krzyczeć i udawać, że nic się nie dzieje. Kiedy Paweł wrócił tej nocy, spojrzałam na niego jak na obcego człowieka. I po raz pierwszy pomyślałam, że ktoś już stoi między nami, nawet jeśli jeszcze nie miałam odwagi tego nazwać.
Czułam sie upokorzona
Dowiedziałam się przypadkiem. Bez planu, bez dramatycznych przygotowań. Po prostu pewnego popołudnia spotkałam sąsiadkę z klatki obok, której mąż pracował w tej samej firmie co Paweł. Zaczęłyśmy rozmawiać o błahostkach, o pogodzie, o rosnących cenach. W pewnym momencie padło zdanie, które sprawiło, że świat na chwilę zwolnił.
– Ten remont już chyba dawno skończony, prawda? Chłopaki od tygodni siedzą na innych zleceniach.
Poczułam, jak ściska mnie w żołądku.
– Skończony? – powtórzyłam, nie dbając o to, że brzmię nienaturalnie.
– No tak. Już dawno oddany. Paweł też tam był na początku, potem przenieśli ich gdzie indziej.
Wróciłam do mieszkania jak w transie. Każdy krok odbijał się echem w mojej głowie. Usiadłam na kanapie i patrzyłam w ścianę, próbując poukładać myśli. Jeśli remont się skończył, to gdzie był Paweł przez te wszystkie wieczory? I dlaczego patrzył mi w oczy, mówiąc, że musi zostać dłużej? Kiedy wszedł do domu, nie zdążyłam się przygotować.
– Muszę z tobą porozmawiać – powiedziałam, zanim zdjął kurtkę.
– Magda, nie teraz… – zaczął.
– Teraz – przerwałam. – Remont się skończył.
Zamilkł. Widziałam, jak szuka odpowiednich słów, jakby wciąż wierzył, że da się to jeszcze naprawić jednym zdaniem.
– To nie tak – powiedział w końcu.
– A jak? Powiesz mi prawdę? – zapytałam cicho.
Usiadł naprzeciwko mnie.
– Zostawałem po godzinach… ale nie tam, gdzie myślałaś.
– Gdzie, Paweł? – zapytałam, czując, że odpowiedź już znam.
Nie musiał wypowiadać imienia. Wystarczyło, że spuścił wzrok. Wszystko, co przez miesiące było tylko domysłem, nagle stało się oczywiste. Poczułam upokorzenie, jakby ktoś obnażył moją naiwność. Najbardziej bolało jednak to, że planował to wszystko. Że każdego dnia wybierał kłamstwo zamiast mnie.
Nie krzyczałam, nie płakałam od razu. Siedziałam tylko, słuchając, jak rozsypuje się coś, co budowaliśmy latami. Remont przestał mieć znaczenie. Pieniądze, terminy, zmęczenie – wszystko okazało się tylko wygodnym alibi. W tamtej chwili zrozumiałam, że przez długi czas walczyłam nie z rzeczywistością, ale z iluzją. I że zaufania nie da się odnowić jak ścian. Nawet jeśli bardzo się chce.
Chciałam być sama
Zostałam sama w kuchni, kiedy Paweł poszedł do sypialni. Słyszałam, jak przesuwa krzesło, jak coś odkłada, jakby te zwykłe dźwięki miały przywrócić normalność. Patrzyłam na blat, na drobne rysy, których wcześniej nie zauważałam. Myślałam o tym, ile rzeczy da się naprawić wysiłkiem i pieniędzmi, a ile rozpada się bezpowrotnie w ciszy.
Nie wyrzuciłam go z domu. Nie powiedziałam, że ma się spakować. Ale też nie zaproponowałam rozmowy. Byłam zmęczona. Nie kłótnią, nie zdradą samą w sobie, tylko ciągłym byciem tą, która wierzyła, usprawiedliwiała i czekała. Jakby to była moja rola. Następnego dnia poszłam do pracy, potem na długi spacer. Zadzwoniłam do Tomasza, ale nie chciałam już niczego analizować ani słuchać rad.
– Muszę pobyć sama – powiedziałam tylko.
– To też jest decyzja – odpowiedział spokojnie.
Wieczorem Paweł próbował rozmawiać. O błędzie, o zagubieniu, o tym, że nie chciał mnie zranić. Słuchałam, ale czułam, że coś we mnie już się zmieniło. Nie byłam w stanie uwierzyć ani zaprzeczyć. Zrozumiałam, że najważniejsze pytanie nie brzmi, czy on zasługuje na kolejną szansę, tylko czy ja mam jeszcze siłę udawać, że wszystko da się odbudować.
Remont przestał być symbolem przyszłości. Stał się rachunkiem strat. Najdroższym elementem nie były pieniądze ani czas, ale zaufanie, które oddałam bez umowy i bez zabezpieczenia. I którego nie da się odzyskać. Po raz pierwszy od dawna przestałam czekać na czyjś powrót. Zostałam ze sobą i z prawdą, która boli, ale jest moja. I to od niej zacznie się kolejny etap.
Magdalena, 37 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Walentynkowy obiad u teściów podkopał fundamenty mojego małżeństwa. 1 zdanie teściowej obnażyło całe lata kłamstw”
- „W walentynki ja walczyłam z awarią ogrzewania, a narzeczony grzał się u innej. Zamiast odejść, postanowiłam mu pomóc”
- „W tłusty czwartek zaprosiłam rodzinę na domowe pączki. Nie sądziłam, że tego dnia poznam sekretne grzeszki teścia”

