Reklama

Kiedy liczysz każdy grosz, a w portfelu masz tylko miedziaki, wierzysz w każde słowo człowieka, z którym dzielisz życie. Wierzyłam, że jego zmęczenie jest prawdziwe, że jego nadgodziny to klucz do naszego lepszego jutra. Nie wiedziałam wtedy, że brudny roboczy kombinezon to tylko kostium, a ja jestem widzem w teatrze absurdu, gdzie bilet kosztował mnie godność i lata wyrzeczeń. Prawda miała zapach drogiego pleśniowego sera, na który nas rzekomo nie było stać.

Zbyt zajęta liczeniem

Siedziałam w kuchni, tępo patrząc na parującą patelnię. Zapach kotletów smażonych na oleju, wżerał się w firanki i moje myśli. Do tego ziemniaki, mizeria z rozcieńczaną wodą śmietaną. To był nasz standardowy obiad w środku tygodnia. Czekałam na Krzysztofa. Miał wrócić po szesnastej, prosto z pierwszej zmiany, zjeść szybki posiłek i biec na drugą, rzekomo dorywczą robotę. Tak mi mówił od pół roku. Od pół roku widywałam go głównie w progu, zszarzałego na twarzy, z dłońmi drżącymi ze zmęczenia. Kiedy przekręcił klucz w zamku, odruchowo zerknęłam na zegarek. Spóźnił się piętnaście minut. Weszłam do przedpokoju, gdzie zdejmował buty, ciężko wzdychając.

– Jak było? – zapytałam, podając mu kapcie.

– Daj spokój, Alicja – mruknął, nie patrząc mi w oczy. – Kierownik znowu obciął premie. Szkoda gadać

Poczułam ukłucie w żołądku. Znowu brak premii? Liczyłam na te pieniądze. Czekało wyrównanie za prąd, musiałam też kupić buty dla naszej córki Zuzi, bo tamte się już rozleciały.

– Ale zapłacą chociaż za nadgodziny z zeszłego miesiąca? – dopytywałam, nakładając mu jedzenie.

Usiadł, garbiąc się nad talerzem. Wyglądał na człowieka, który niesie na barkach cały świat.

– Obiecali, że tak. Ale wiesz, jak jest. – machnął widelcem – Dobre. Jesteś mistrzynią, Ala. Z niczego zrobisz coś.

Uśmiechnęłam się blado. Kiedyś brzmiało to jak pochwała mojej zaradności. Teraz brzmiało jak wyrok. Byłam czarodziejką biedy, zamieniającą resztki w posiłki i cerującą rajstopy tak, by nie było widać szwu.

– Muszę lecieć – powiedział szybko, wpychając w siebie ostatni kęs. – Dziś kładziemy gładzie do nocy. Wrócę późno, nie czekaj.

Pocałował mnie w czoło. Czułam od niego dziwny zapach. Nie potu czy kurzu budowlanego, ale delikatną, niemal niewyczuwalną, elegancką woń. Nie zastanawiałam się nad tym. Byłam zbyt zajęta liczeniem, czy starczy nam do pierwszego.

Chłód podejrzeń, gorszy od najzimniejszej zimy

Dwa dni później wpadła do mnie siostra. Beata była moim przeciwieństwem – głośna, konkretna i twardo stąpająca po ziemi. Widząc, że zaparzam herbatę z torebki użytej już rano, pokręciła głową z dezaprobatą.

– Ala, to nie jest normalne – powiedziała, kładąc na stole paczkę markowych ciastek dla Zuzi. – Krzysztof tyra na dwa etaty, a dalej ledwo wiążecie koniec z końcem. Gdzie są te pieniądze?

– Przecież wiesz, że jeszcze spłacamy ten kredyt za remont łazienki sprzed trzech lat – broniłam go odruchowo.

– Remont łazienki to trzysta złotych raty miesięcznie. On powinien wyciągać z dwóch prac porządną pensję. A ty mi mówisz, że nie masz na nowe buty dla małej? – Beata patrzyła na mnie badawczo. – Widziałaś kiedyś te pieniądze z budowy? Przyniósł gotówkę? Pokazał przelew?

– Nie wiem, to on zarządza naszymi finansami – tłumaczyłam, choć czułam, jak kruche są te argumenty.

Zamilkłam. Rzeczywiście, z pieniędzmi z tej „drugiej pracy” było tak, że wszyscy o nich słyszeli, nikt ich nie widział. Krzysztof twierdził, że szły na „bieżące łatanie dziur”, paliwo i zaległe opłaty. Wierzyłam mu, bo to on zajmował się rachunkami.

– Sprawdź go, Ala. Bo coś mi tu śmierdzi – rzuciła Beata na odchodne.

Jej słowa zasiały we mnie ziarno niepokoju. Tego wieczoru, gdy Krzysztof wrócił „z budowy”, przyjrzałam mu się uważniej.

– Znowu gładzie? – zapytałam, udając obojętność.

– Tak, straszna robota. Ręce mi odpadają – jęknął, rozmasowując kark.

Spojrzałam na jego dłonie. Skóra była gładka, paznokcie czyste. Żadnych odcisków, zadrapań, żadnego wysuszenia od gipsu. Wtedy po raz pierwszy poczułam ten chłód. Chłód podejrzeń, gorszy od najzimniejszej zimy.

Wyglądał na człowieka sukcesu

To był wtorek. Zuzia została dłużej w świetlicy, potem miałam jechać do mamy, ale coś jej wypadło. Miałam dwie godziny wolnego czasu. Postanowiłam przejść się do centrum, żeby poszukać promocji w dyskoncie. Szłam główną ulicą handlową, mijając witryny sklepów, na które nie było mnie stać. I wtedy go zobaczyłam. Krzysztof. Powinien być teraz w magazynie, na drugim końcu miasta. A on stał przed ekskluzywnymi delikatesami. Miał na sobie swój odświętny płaszcz. Nie miał roboczego kombinezonu. Wyglądał... dostojnie. Zamarłam, gdy go zobaczyłam. Serce waliło mi jak młot. Co on tu robił? Jeszcze tak ubrany?

Weszłam za nim do sklepu, zachowując dystans i udałam, że przeglądam coś na półkach. Wnętrze pachniało luksusem – kawą, dojrzewającymi serami i egzotycznymi przyprawami. Widziałam go przy ladzie chłodniczej. Rozmawiał ze sprzedawczynią z uśmiechem, jakiego nie widziałam u niego od lat – swobodnym i pewnym siebie.

– Poproszę dwadzieścia deko sera. Tak, tego dojrzewającego – usłyszałam jego głos. Był inny. Głębszy, pozbawiony nuty wiecznego narzekania.

Sprzedawczyni kroiła cieniutkie plastry sera, który kosztował więcej za kilogram niż mój tygodniowy budżet na jedzenie.

– I jeszcze tego sera, i tego też. Może jeszcze ten słoiczek tych oliwek z migdałami – kontynuował.

Stałam tam, czując, jak nogi robią się jak z waty. W koszyku ściskałam najtańszy chleb. A mój mąż, który wczoraj narzekał na ceny prądu, lekką ręką wydawał właśnie dwieście złotych na przekąski. Dwieście złotych. Tyle kosztowały buty dla Zuzi, na które rzekomo nie mieliśmy pieniędzy. Wziął papierową torbę, zapłacił gotówką – wyciągając z portfela gruby plik banknotów – i wyszedł pewnym krokiem. Nie wyglądał na człowieka tyrającego na dwie zmiany. Wyglądał na człowieka sukcesu.

Cała jego pewność siebie wyparowała

Musiałam wiedzieć. Strach mieszał się z wściekłością. Ruszyłam za nim. Szedł pieszo, w pewnym momencie dołączyła do niego jakaś kobieta. Pocałował ją na przywitanie, a potem wzięli się za ręce jak gdyby nigdy nic i ruszyli w stronę eleganckiego osiedla – dzielnicy nowych apartamentowców z ochroną, o których mogłam tylko marzyć. Zatrzymali się przed jedną z klatek, ona wpisała kod i weszli razem. Stałam pod budynkiem, drżąc. Nie wiedziałam co robić. Czekałam pod blokiem może jeszcze jakieś pół godziny, po czym postanowiłam wrócić do domu.

Po drodze zahaczyłam jeszcze ponownie o te delikatesy. Nie mogłam tego tak zostawić. Kiedy mąż wrócił późnym wieczorem do domu, kolacja już czekała. A na talerzu, jego ulubiony ser pleśniowy, ten sam rodzaj, który jeszcze kilka godzin wcześniej kupował z takim entuzjazmem dla swojej kochanki. Na jego widok omal nie podskoczył. Jego twarz w ułamku sekundy stała się blada.

– Alicja... – wykrztusił.

– Co się dzieje Krzysztof? Przecież lubisz ten ser? A może kupiłeś go dziś tylko dla kochanki? – zapytałam niewinnie.

Zresztą taka kolacja idealnie pasują do twojego dzisiejszego wizerunku.

– Alicja, to nie tak, jak myślisz... – zaczął bełkotać.

– Żałujesz córce na buty, ale nie żal ci pieniędzy, żeby kupować kochance francuskie sery. Jesteś żałosny.

Spojrzałam na niego. Siedział zgarbiony, nagle mniejszy o połowę. Cała jego pewność siebie wyparowała.

– Udajesz hrabiego za pieniądze, które kradniesz własnej rodzinie.

– To nie tak... Ala, pozwól mi wyjaśnić – kontynuował.

Co chcesz wyjaśnić? – Przerwałam mu. – Że wolisz udawać bogacza przed obcą dziewczyną, niż być uczciwym ojcem i mężem? Że wolisz karmić swoje ego drogimi serami, podczas gdy twoja córka chodzi w dziurawych butach?

Podeszłam do stołu i chwyciłam kawałek sera.

– Dwieście złotych, tyle wydałeś dziś na zakupy lekką ręką. Tyle brakowało nam do czynszu w zeszłym miesiącu. Wtedy już miałeś te pieniądze, prawda? Ale wolałeś wydać je na kochankę, żeby poczuć się kimś lepszym.

Wystarczy mi świadomość, że żyję w prawdzie

Wyszłam z domu, nie oglądając się za siebie. Powietrze na zewnątrz było zimne, ale po raz pierwszy od dawna wydawało mi się czyste. Szłam przed siebie ze łzami w oczach, ale były to łzy wściekłości i oczyszczenia. Kiedy wróciłam, Krzysztof przepraszać. Tłumaczył, że to było silniejsze od niego. Że czuł się w domu jak nieudacznik, przytłoczony biedą i moimi troskliwymi spojrzeniami, które odbierał jak wyrzuty. Mówił, że przy Malwinie czuł się jak ktoś ważny.

– Rozumiesz, Ala? Chciałem choć przez chwilę poczuć, że jestem kimś – płakał, klęcząc przy kanapie.

Patrzyłam na niego i nie czułam nic poza litością.

– Byłeś kimś, Krzysztof – powiedziałam cicho. – Byłeś moim mężem. Byłeś ojcem Zuzi. Byłeś dla nas najważniejszy. Ale wolałeś być sponsorem iluzji.

To nie zdrada fizyczna boli najbardziej. Boli to, że ktoś świadomie decyduje się zabrać coś własnej rodzinie, żeby kupić sobie czyjś podziw. Boli to, że dla obcej osoby potrafił znaleźć energię, uśmiech i pieniądze, a dla nas miał tylko zmęczoną twarz. Rozwód nie był łatwy, ale paradoksalnie, po jego odejściu, nagle zaczęło mi wystarczać pieniędzy. Okazało się, że utrzymanie fantazji „hrabiego” kosztowało nas więcej, niż myślałam. Jego wypłata z magazynu w rzeczywistości była całkiem przyzwoita, tylko nigdy nie trafiała do domowego budżetu w całości.

Dziś, kiedy kupuję Zuzi nowe buty, robię to z dumą, za własne pieniądze. Czasami mijam w sklepie półkę z drogimi serami i uśmiecham się do siebie. Nie potrzebuję ich, żeby znać swoją wartość. Wystarczy mi świadomość, że żyję w prawdzie. Ona smakuje lepiej niż najdroższe kłamstwo.

Alicja, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama