„Mąż dba o naszą poduszkę finansową. Przez niego drżę z zimna pod kocem i liczę każdą kromkę chleba”
„– Alicja, organizm najlepiej regeneruje się w niskich temperaturach. Poza tym, spójrz na prognozy cen gazu. Nie będziemy karmić koncernów naszymi ciężko zarobionymi pieniędzmi. Masz kołdrę i koc, to wystarczy”.

Kiedy Robert zaczął wyłączać kaloryfery w środku mroźnej nocy, myślałam, że to ponury żart. Szybko jednak zrozumiałam, że mój mąż zamienił nasze wspólne życie w poligon doświadczalny, gdzie ciepła woda i świeże pieczywo stały się zakazanym luksusem.
Oboje z Robertem stąpaliśmy twardo po ziemi – on jako logistyk potrafił zaplanować każdą trasę, ja jako skrupulatna księgowa pilnowałam, by domowy budżet nigdy nie świecił pustkami. Nie szukaliśmy złotych klamek, ale ceniliśmy sobie święty spokój kupiony za cenę normalności. Niestety, w ciągu ostatniego roku mój mąż przeszedł metamorfozę, której nie powstydziłby się najbardziej radykalny asceta. Z radosnego partnera stał się strażnikiem paragonów, który w każdym wydanym groszu widział zapowiedź nadchodzącej apokalipsy.
Zaczęliśmy zaciskać pasa
Wszystko zaczęło się niewinnie, od rezygnacji z piątkowej pizzy i kina. Myślałam: „dobrze, odłożymy na remont kuchni”. Jednak wkrótce Robert zaczął postrzegać świat przez pryzmat strat. Każde wyjście na kawę było dla niego jak dziura w tonącym statku, którą trzeba natychmiast załatać odmową. Patrzyłam na nasze mieszkanie i widziałam, jak traci kolory. Zasłony w salonie, niegdyś dumnie zdobiące okna, dziś przypominały prześcieradła z demobilu – cienkie, przepuszczające każde spojrzenie sąsiada, z nitkami zwisającymi niczym pajęczyny.
– Robert, spójrz na to. Przez te firany już nic nie widać. Trzeba kupić coś nowego, chociaż najprostszy materiał – zagadnęłam go pewnego popołudnia, wskazując na przetarcia.
Mąż nawet nie podniósł wzroku znad swojego arkusza kalkulacyjnego, w którym od godziny sumował zużycie energii.
– Alicja, nie przesadzaj. One mają funkcję osłonową i spełniają ją wyśmienicie. Nowe zasłony nie sprawią, że będziemy szczęśliwsi, a jedynie uszczuplą naszą poduszkę finansową – odparł tonem, jakby recytował manifest ekonomiczny.
– Poduszkę? Robert, my niedługo będziemy spać na podłodze, bo uznasz, że materac to zbędna wygoda! Te dziury same się nie zacerują, a ja wstydzę się zaprosić kogokolwiek do domu.
– To nie zapraszaj. Prawdziwi przyjaciele nie patrzą na wystrój, tylko na człowieka. A mądry człowiek wie, kiedy trzymać portfel zamknięty na cztery spusty – uciął, wracając do swoich liczb.
Czułam, jak narasta we mnie bunt. To nie była już oszczędność, to było biedowanie. Robert stał się głuchy na argumenty, a każde moje pragnienie kwitował jako „chwilową zachciankę rozpuszczonej konsumpcjonistki”.
Mąż zakręcił ogrzewanie
Prawdziwy koszmar zaczął się jednak, gdy temperatura na zewnątrz spadła poniżej zera. Obudziłam się w środku nocy, czując, że mój nos jest lodowaty, a oddech zamienia się w delikatną mgiełkę. Pod grubym kocem i dwiema kołdrami wciąż dygotałam. Wyciągnęłam rękę w stronę grzejnika – był zimny jak głaz w strumieniu.
Wyskoczyłam z łóżka, owinięta w dwa szlafroki, i pognałam do przedpokoju. Termostat był martwy. Robert siedział w kuchni, ubrany w gruby, wełniany sweter, pijąc letnią wodę.
– Dlaczego tu jest jak w chłodni? Wyłączyłeś ogrzewanie? – mój głos drżał z zimna i wściekłości.
– Alicja, organizm najlepiej regeneruje się w niskich temperaturach. Poza tym, spójrz na prognozy cen gazu. Nie będziemy karmić koncernów naszymi ciężko zarobionymi pieniędzmi. Masz kołdrę i koc, to wystarczy.
– To nie jest survival Robert! To jest nasze mieszkanie w bloku! Chcę móc zdjąć skarpetki bez obawy o odmrożenia! – krzyknęłam, ale on tylko wzruszył ramionami.
– Przyzwyczaiłaś się do cieplarnianych warunków. Trochę hartowania nam nie zaszkodzi. Zobaczysz, na koniec miesiąca mi podziękujesz, jak zobaczysz saldo.
To był jednak dopiero początek jego krucjaty. Robert zaczął obsesyjnie wyłączać oświetlenie. Gdy tylko wychodziłam z pokoju, światło gasło za moimi plecami. Czułam się we własnym domu jak intruz, który musi przemykać w ciemnościach, by nie narazić budżetu strategicznego na szwank.
Oszczędzał na jedzeniu
Kwestia jedzenia stała się ostatecznym ciosem. Robert, który kiedyś potrafił docenić dobrą rybę czy świeże warzywa, nagle odkrył „uroki” produktów z kończącym się terminem ważności i marek własnych o składzie przypominającym tablicę Mendelejewa.
Pewnego dnia wrócił z naręczem siatek. Wykładał na blat puszki z mielonką, makarony, które po ugotowaniu zmieniały się w kleistą papkę, i siatkę bułek, które mogłyby służyć za materiał budowlany.
– Co to ma być? – zapytałam, biorąc do ręki kostkę produktu seropodobnego, który nawet nie pachniał jak jedzenie.
– To jest racjonalne żywienie, Alicja. Kaloria to kaloria. Nie ma sensu przepłacać za markowe opakowania, skoro w środku jest to samo. A te bułki po odgrzaniu w mikrofali będą jak prosto z pieca.
– Robert, to jest pasza, a nie jedzenie! Nie jestem psem, żeby jeść konserwy z najniższej półki! Czy ty w ogóle widzisz, co robisz? Głodzimy się, mimo że oboje pracujemy i mamy oszczędności!
Mąż usiadł przy stole i westchnął głęboko, jakby tłumaczył dziecku podstawy matematyki.
– W mojej firmie krążą plotki o redukcjach. Jeśli stracę pracę, te „oszczędności”, o których mówisz, rozpłyną się w dwa miesiące. Musimy przejść na tryb awaryjny już teraz, żeby potem nie obudzić się z ręką w nocniku. Komfort to iluzja, Alicja. Bezpieczeństwo jest w twardej gotówce, nie w świeżym łososiu.
– Ale my nie żyjemy, my tylko trwamy! – wybuchnęłam płaczem. – Boisz się przyszłości tak bardzo, że zabijasz naszą teraźniejszość. Chcę zjeść normalną kolację przy zapalonym świetle i w ciepłym pokoju. Czy to naprawdę jest zbyt wygórowane żądanie?
Robert patrzył na mnie chwilę, a w jego oczach mignął cień dawnego męża. Jednak po sekundzie znów zastąpiła go ta lodowata, kalkulacyjna maska. Odwrócił się i zaczął układać puszki według daty przydatności. Zrozumiałam, że rozmawiam ze ścianą, której nie przebije żadna emocja.
Zdenerwował mnie jeszcze bardziej
Myślałam, że gorzej być nie może, dopóki Robert nie ogłosił „wielkiego odcięcia”.
– Od przyszłego miesiąca rozwiązuję umowę z dostawcą internetu – oznajmił przy śniadaniu składającym się z suchej bułki i najtańszej herbaty.
Zamarłam z kubkiem w dłoni. W dzisiejszych czasach to brzmiało jak wyrok skazujący na cyfrowe wygnanie.
– Żartujesz? Jak mam opłacać rachunki? Jak mam kontaktować się z rodziną? Przecież ja czasem muszę popracować z domu!
– Masz pakiet danych w telefonie, używaj go oszczędnie. A rachunki można opłacić w drodze do pracy. Sto złotych miesięcznie to tysiąc dwieście rocznie. Za dziesięć lat to będzie fortuna.
– Za dziesięć lat będziemy wariatami mieszkającymi w jaskini! Robert, opamiętaj się! Odcinasz nas od informacji, od rozrywki, od świata! To jest czyste szaleństwo!
– Szaleństwem jest płacenie za coś, co marnuje nasz czas – odparował z tą swoją przerażającą pewnością siebie.
Zaczęłam się zastanawiać, kim jest ten człowiek. Mężczyzna, którego pokochałam, potrafił być hojny, potrafił się śmiać i cieszyć chwilą. Ten, który stał przede mną, był cieniem, niewolnikiem cyferek na koncie, które miały nas rzekomo uratować przed bliżej nieokreślonym „jutrem”. Wieczory w naszym domu stały się nie do zniesienia. Siedzieliśmy w półmroku, owinięci w koce, unikając swoich spojrzeń. Cisza była tak gęsta, że można by ją kroić nożem, ale Robert był z niej dumny – przecież cisza nic nie kosztuje.
Tego było za wiele
Granica została przekroczona, gdy Robert zaproponował limitowanie ciepłej wody pod prysznicem. „Dwie minuty na osobę” – tak brzmiała nowa dyrektywa generalna.
Usiadłam na kanapie, która skrzypiała pod ciężarem mojego zawodu. Czułam, że jeśli teraz nie zareaguję, to jutro będę prać ubrania w rzece, by zaoszczędzić.
– Robert, koniec tego. Albo dzisiaj włączysz ogrzewanie, zamówisz normalne zakupy i przywrócisz internet, albo pakuję walizki i idę do matki – powiedziałam to szeptem, ale mój głos był oschły.
On tylko spojrzał na mnie znad kolejnej listy „zbędnych wydatków”.
– Alicja, nie bądź histeryczką. Chcę tylko naszego bezpieczeństwa...
– Nie, Robert. Ty chcesz kontroli, a ja w środku umieram z głodu i zimna. Nie boję się biedy, boję się życia z kimś, kto przestał być człowiekiem, a stał się kalkulatorem. Jeśli nie zobaczę zmiany do rana, nie będzie już żadnej „naszej” przyszłości, o którą tak walczysz.
Zobaczyłam w jego oczach autentyczny strach. Nie strach przed utratą pracy, ale przed utratą mnie. Przez chwilę stał w bezruchu, a potem powoli podszedł do termostatu. Usłyszałam upragnione „kliknięcie” pieca. Czy to wystarczy? Nie wiem.
Alicja, 39 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teściowa panoszyła się w moim domu. Pilnowała, by jej synek miał czyste gacie i dwudaniowy obiad”
- „Myślałam, że matczyna miłość jest bezwarunkowa. Gdy tylko przestałam realizować wizję matki, gorzko się rozczarowałam”
- „Miałam najlepszą przyjaciółkę na świecie i ukochanego męża. Nie przewidziałam, że oboje mnie zdradzą”

