„Mąż całe życie traktował mnie jak mebel. W końcu tupnęłam nogą i sama wyrzuciłam go za drzwi jak niepotrzebne graty”
„Tomasz sądził, że kupił sobie moją lojalność i milczenie za cenę wygodnego życia w złotej klatce. Nie zauważył jednak momentu, w którym nie chciałam być już tylko dodatkiem do jego ego. To był proces, powolny jak pękanie lodu na rzece, ale kiedy kra w końcu ruszyła, nikt nie był w stanie jej zatrzymać.”

- Redakcja
Przez piętnaście lat byłam cieniem we własnym domu. Perfekcyjną panią domu, która podaje obiad punktualnie o siedemnastej i uśmiecha się, gdy mąż kpi z jej marzeń przy znajomych. Tomasz sądził, że kupił sobie moją lojalność i milczenie za cenę wygodnego życia w złotej klatce. Nie zauważył jednak momentu, w którym nie chciałam być już tylko dodatkiem do jego ego. To był proces, powolny jak pękanie lodu na rzece, ale kiedy kra w końcu ruszyła, nikt nie był w stanie jej zatrzymać.
Czego więcej chcesz?
Poznaliśmy się na studiach. Tomasz był wtedy inny, albo ja byłam zbyt zakochana, żeby dostrzec sygnały ostrzegawcze. Imponował mi swoją pewnością siebie. Zawsze wiedział, co robić, gdzie iść, co zamówić w restauracji. Wtedy wydawało mi się to męskie i opiekuńcze. Czułam się przy nim bezpieczna. Problemy zaczęły się, gdy zaszłam w ciążę z Julią. Tomasz zasugerował, a w zasadzie zdecydował, że powinnam zrezygnować z pracy w agencji reklamowej.
– Kochanie, po co masz się męczyć? – mówił, całując mnie w czoło. – Ja zarabiam wystarczająco dużo. Ty zajmiesz się domem, dzieckiem. Stworzysz nam azyl. Nie chcę, żebyś się stresowała terminami i humorami szefa.
Brzmiało to jak marzenie. Kto nie chciałby odpocząć? Zgodziłam się. Nie wiedziałam wtedy, że zamieniam jednego szefa na drugiego, znacznie bardziej wymagającego. Początkowo kontrola była subtelna. Prosił o paragony ze sklepu, tłumacząc, że musimy optymalizować budżet domowy. Potem zaczął wybierać miejsca, w które jeździmy na wakacje, ignorując moje sugestie. Następnie zaczął krytykować moich znajomych.
– Ta twoja Agata to straszna plotkara – mówił z krzywym uśmiechem. – Nie sądzisz, że ma na ciebie zły wpływ? Po co masz się z nią spotykać? Zostańmy w domu, obejrzymy film.
Stopniowo, krok po kroku, odcinał mnie od świata. Zostałam sama w naszej twierdzy, uzależniona od niego finansowo i emocjonalnie. Każda moja próba powrotu do pracy kończyła się jego wyrzutami ubranymi w słowa troski.
– Przecież niczego ci nie brakuje – powtarzał. – Czy ja ci czegoś żałuję? Masz piękny dom, samochód, pieniądze na koncie. Czego więcej chcesz?
Chciałam siebie. Chciałam odzyskać tę dziewczynę, która kiedyś malowała obrazy, śmiała się głośno i nie bała się mieć własnego zdania. Ale tamta dziewczyna zniknęła pod warstwami kurzu, który codziennie ścierałam z mebli.
Wtedy w mojej głowie zakiełkowała myśl
Wszystko zaczęło się zmieniać, gdy odziedziczyłam ten dom po babci. To był stary budynek, wymagający remontu, ale z duszą. Sprzedaliśmy nasze mieszkanie w centrum i przenieśliśmy się tutaj. Tomasz od razu zarządził generalny remont, chcąc przekształcić przytulne wnętrza babci w nowoczesną, chłodną przestrzeń. Podczas sprzątania strychu znalazłam stary, zniszczony fotel uszak. Miał przetartą tapicerkę i złamaną nogę, ale widziałam w nim potencjał. Tomasz kazał go wyrzucić na śmietnik.
– To grat, Eliza – stwierdził z pogardą, kopiąc mebel czubkiem buta. – Nie pasuje do naszej nowej wizji salonu.
– Ja bym chciała go zostawić – powiedziałam cicho. – Mam do niego sentyment. Babcia czytała mi w nim bajki.
– Zrób, co chcesz, byle nie stał w widocznym miejscu – machnął ręką i zszedł na dół.
Zaniosłam fotel do garażu. Następnego dnia, gdy Tomasz był w pracy, poszłam do sklepu budowlanego. Kupiłam papier ścierny, bejcę, nową tkaninę i narzędzia tapicerskie. Przez następne dwa tygodnie każdą wolną chwilę spędzałam w garażu. Praca fizyczna była dla mnie odskocznią. Szlifowanie drewna pozwalało mi wyładować frustrację. Wyciąganie starych zszywek było jak wyciąganie zadry z serca. Kiedy skończyłam, fotel wyglądał obłędnie. Był obity welurem w kolorze butelkowej zieleni, a drewno lśniło ciepłym blaskiem. Postawiłam go w kącie sypialni. Kiedy Tomasz go zobaczył, uniósł brew.
– Całkiem nieźle – mruknął. – Ale i tak nie pasuje do reszty.
Nie przejęłam się tym. Zrobiłam zdjęcie i wrzuciłam na grupę miłośników renowacji mebli na portalu społecznościowym. Reakcja była natychmiastowa. Ludzie zachwycali się moją pracą. Ktoś zapytał, czy przyjmuję zlecenia. Wtedy w mojej głowie zakiełkowała myśl. A może to jest właśnie to?
To była wolność
Zaczęłam potajemnie zbierać stare meble. Znajdowałam je na wyprzedażach garażowych, czasem nawet przy śmietnikach. Przynosiłam je do garażu i dawałam im drugie życie. Tomasz rzadko tam zaglądał, a nawet jeśli, to ignorował moją „dłubaninię”, jak to nazywał.
– Przynajmniej masz jakieś hobby i nie marudzisz – skwitował kiedyś, widząc mnie ubrudzoną farbą.
Nie wiedział, że założyłam w internecie profil pod pseudonimem i zaczęłam sprzedawać odnowione perełki. Pierwszą komodę sprzedałam za kwotę, która pozwoliła mi na założenie własnego, tajnego konta bankowego. Uczucie, gdy trzymałam w ręku własne, zarobione pieniądze, było nie do opisania. To była wolność. Julia szybko odkryła moją tajemnicę. Weszła do garażu, gdy pakowałam stolik kawowy do wysyłki.
– Sprzedajesz to? – zapytała z niedowierzaniem.
– Cicho – przyłożyłam palec do ust. – Nie mów o tym nikomu.
– Mamo, to jest genialne! – Julia podeszła bliżej i dotknęła gładkiego blatu. – Dlaczego nie powiesz tacie?
– Bo zaraz by mnie wyśmiał. A to jest moje, Julio. Tylko moje – odpowiedziałam szczerze.
Córka spojrzała na mnie z nowym rodzajem szacunku. Od tego dnia stała się moją wspólniczką. Pomagała mi robić zdjęcia, pakować paczki, a nawet wymyślała opisy do aukcji. Nasza relacja, która ostatnio była napięta, zaczęła rozkwitać na nowo. Miałyśmy wspólny cel.
Miarka się przebrała
Przez kilka miesięcy żyłam podwójnym życiem. W dzień byłam żoną, w ukryciu – przedsiębiorczą rzemieślniczką. Moje konto powoli rosło. Czułam się silniejsza. Zmienił się mój chód, mój ton głosu. Przestałam przepraszać za to, że żyję. Tomasz to zauważył. Zaczął być bardziej drażliwy. Krytykował mnie częściej, szukał dziury w całym. Czuł, że tracę zależność od niego, choć nie wiedział dlaczego. Apogeum nastąpiło w pewien wtorek. Tomasz wrócił wcześniej z pracy. Wszedł do kuchni i rzucił teczkę na stół.
– Co na kolację? – warknął.
– Pieczeń – odpowiedziałam spokojnie.
– Znowu? Nie mogłaś zrobić czegoś innego?
Wzięłam głęboki oddech. Dawna Eliza zaczęłaby przepraszać i gorączkowo przygotowywać coś innego. Nowa Eliza, która właśnie sprzedała komplet krzeseł za trzy tysiące złotych, poczuła, że miarka się przebrała.
– Jeśli ci nie smakuje, możesz sobie zrobić kanapki – powiedziałam, nie odwracając się od piekarnika.
Zapadła cisza. Gęsta, ciężka cisza. Słyszałam tylko tykanie zegara.
– Co takiego?
– Powiedziałam, że nie jestem twoją służącą, Tomaszu. Jestem twoją żoną. A przynajmniej powinnam nią być.
– Ty chyba zapomniałaś, dzięki komu masz ten dach nad głową – wycedził przez zęby. – Dzięki komu nie musisz harować od świtu do nocy.
Spojrzałam mu prosto w oczy.
– Mylisz się – powiedziałam twardo. – Ten dom jest mój. Odziedziczyłam go po babci. To ty tu mieszkasz dzięki mojej uprzejmości. A co do bycia nikim... Właśnie dostałam zlecenie na renowację mebli do nowej kawiarni w centrum. Za pieniądze, które zarobię, mogłabym utrzymać nas przez pół roku.
Tomasz parsknął śmiechem. Był to śmiech pełen pogardy.
– Ty? Zlecenie? Bawisz się w stolarza w garażu i myślisz, że to biznes? Nie rozśmieszaj mnie. Daj sobie z tym spokój.
Nie będziesz mi więcej rozkazywał
Wtedy to się stało. Coś we mnie pękło. Coś, co trzymałam w sobie przez piętnaście lat.
– Koniec z tym. Nie będziesz mi więcej rozkazywał. Chcę, żebyś się wyprowadził.
Tomasz patrzył na mnie, jakbym nagle zaczęła mówić w obcym języku.
– Oszalałaś? – zakpił. – Gdzie ja się wyprowadzę? To mój dom!
– Nie, chyba zapomniałeś, że to mój dom – oznajmiłam, wyciągając z szuflady teczkę z aktem notarialnym.
Masz godzinę na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy. Jego twarz zmieniła kolor z czerwonego na blady. Zrozumiał, że nie żartuję. Próbował jeszcze dyskutować. Ale ja stałam niewzruszona. Wyprowadzka Tomasza nie była łatwa. Przez kolejne tygodnie wydzwaniał, próbował manipulować Julią, nastawiał przeciwko mnie wspólnych znajomych. Ale ja miałam to gdzieś. Miałam przy sobie córkę, która mnie wspierała. Miałam też Ankę – moją dawną przyjaciółkę, do której zadzwoniłam po latach milczenia.
W garażu praca wrzała. Zlecenie dla kawiarni okazało się strzałem w dziesiątkę. Posypały się kolejne zamówienia. Musiałam nawet zatrudnić pomocnika. Wieczorami, gdy dom cichł, siadałam w moim odnowionym, zielonym fotelu. Patrzyłam na salon, który powoli zmieniał się pod moją ręką. Zniknęły sterylne beże, pojawiły się kolory, poduszki, obrazy, które wyciągnęłam z piwnicy. Dom zaczął żyć.
Pewnego ranka obudziłam się wcześniej niż zwykle. Zeszłam do kuchni, zaparzyłam kawę i wyjrzałam przez okno. Wzięłam łyk kawy. Smakowała inaczej. Nie była gorzka od niewypowiedzianych słów. Smakowała wolnością. Wiedziałam, że przede mną długa droga, sprawa rozwodowa, podział majątku, trudne rozmowy. Ale wiedziałam też, że najgorsze mam już za sobą. Drzwi do mojego domu i do mojego życia były teraz otwarte tylko dla tych, którzy szanowali to, co jest w środku. Zrozumiałam, że przez lata byłam meblem w życiu Tomasza – ładnym, funkcjonalnym, ale bez prawa głosu. Teraz byłam rzemieślnikiem własnego losu. I zamierzałam wyrzeźbić z niego coś pięknego.
Eliza, 42 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Dzieci brata podlizują mi się, bo liczą na mój majątek. Myślą, że w spadku dostaną dom i ziemię na mazurskiej wsi”
- „Podczas ferii w górach mąż stale biegał do sklepu. Okazało się, że robił zakupy nie tylko dla nas”
- „Teściowa panoszyła się w moim domu. Pilnowała, by jej synek miał czyste gacie i dwudaniowy obiad”

