Reklama

Kiedyś byłam inna. Śmiałam się głośno, miałam przyjaciółki, wychodziłam z domu bez planu i wracałam ostatnim tramwajem. Lubiłam ludzi. Miałam swoje zdanie. A potem poznałam Bartka i wyszłam za niego za mąż.

Na początku wydawał się ideałem. Opiekuńczy, uważny, czuły. Pytał, czy bezpiecznie wróciłam do domu, przynosił mi kawę do łóżka, znał imię każdej z moich koleżanek. To, co wtedy nazywałam troską, dziś nazwę inaczej.

Zaczęło się od pytań: „A kto tam będzie?”, „Znowu z Moniką? Przecież ona cię tylko ciągle gdzieś wyciąga”, „Ten Maciek to ten z pracy, prawda?”. Potem pojawiły się fochy. Milczenie. Teksty rzucone niby mimochodem: „Miło, że masz dla innych czas, a nie dla mnie”.

Nie chciałam się kłócić. Tłumaczyłam. Przekonywałam. I zaczęłam się wycofywać. Zrezygnowałam z wyjść. Potem z telefonów. Potem przeszłam na pracę zdalną. Z każdą decyzją czułam, że coś tracę. Ale mówiłam sobie: „To przecież tylko na chwilę. Dla świętego spokoju”. Dziś wiem, że to nie była troska. To była kontrola. A ja zgubiłam samą siebie, zanim się zorientowałam.

Mąż miał pretensje

– Dostałam zaproszenie na spotkanie integracyjne – rzuciłam mimochodem przy kolacji. – W piątek po pracy, tylko na chwilę. Z dziewczynami z zespołu.

– A kto tam będzie? – Bartek nawet nie spojrzał znad talerza.

– No... wszyscy. Ela, Anka, Maciek, paru chłopaków z IT.

– Maciek... – powtórzył, jakby smakował to imię. – Ten od tych żartów na czacie?

Poczułam, jak wszystko we mnie napina się od środka. Znałam ten ton. Niby spokojny, niby nic. Ale wiedziałam, do czego prowadzi.

– Bartek, to tylko spotkanie. Normalne wyjście po pracy. Nie robię nic złego.

– Jasne. Tylko po prostu... nie czujesz się ostatnio zmęczona? Może warto odpocząć w domu. Ze mną. – Uśmiechnął się, ale oczy pozostały zimne. – Ale rób, jak uważasz. Ja po prostu wolałbym, żebyś została.

To było jak zawsze. „Rób, jak chcesz”, ale wiadomo było, jak *powinnam* chcieć. Jeszcze próbowałam się bronić:

To naprawdę tylko parę godzin. Po prostu pogadamy, napijemy się czegoś...

– Mhm. Wiadomo, pogadacie. Z Maćkiem pewnie też.

Milczałam. Dokończyłam pospiesznie kolację i poszłam do łazienki, zanim coś we mnie pękło. Siedziałam na brzegu wanny z telefonem w dłoni. Palec wisiał nad ekranem.

„Hej, nie dam rady. Coś mi wypadło.” – napisałam do Eli.

Pół godziny później leżałam obok niego na kanapie, oglądając jakiś film, którego nawet nie pamiętam. A w głowie huczało mi jedno pytanie: *Czy ja właśnie znowu się ugięłam?*

Zaczęłam unikać ludzi

– Wyglądasz, jakbyś się chowała przed światem – powiedziała Monika, gdy tylko mnie zobaczyła. Siedziała już przy stoliku w tej samej knajpce, do której kiedyś chodziłyśmy co tydzień. Ale teraz wszystko było inne.

– Może trochę się chowam – przyznałam, siadając naprzeciw niej.

– Co on ci nagadał, że nawet nie odpisywałaś mi przez trzy miesiące?

Zamilkłam. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Że wolałam uniknąć kłótni? Że bałam się, że Bartek zobaczy wiadomość od niej i znowu będzie „śledztwo”?

– Nie chciałam... komplikacji – bąknęłam.

– Komplikacji? Natalia, ty zniknęłaś. Nie odbierasz telefonu, nie odpisujesz, nie ma cię nigdzie. To nie są komplikacje. To izolacja.

Zabolało. Bo miała rację.

– On mnie kocha. Po prostu się boi. Tak bardzo mnie kocha – próbowałam tłumaczyć, ale głos mi drżał. I sama nie wiedziałam, czy wierzę w to, co mówię.

– Natalia... – Monika wzięła mnie za rękę. – To nie jest miłość. To kontrola. Wiesz, że to, co on robi, to przemoc emocjonalna?

Zacisnęłam usta. Czułam, jak zbiera mi się w oczach.

– On nigdy nie podniósł na mnie ręki – wyszeptałam.

– Bo nie musi. Robi to, co najgorsze – sprawia, że myślisz, że wszystko to twoja wina.

Popatrzyłam na nią długo. Chciałam coś powiedzieć, ale nie mogłam.

Zrobiło mi się przykro

Wróciłam wcześniej z zakupów. Drzwi do sypialni były przymknięte, a z wnętrza dobiegał głos Bartka. Rozmawiał przez telefon.

– …tak, wiem. Ale ona zaczyna coś podejrzewać. Wczoraj znowu wyszła z tą swoją Moniką. Mówiła, że to tylko kawa. A potem wróciła i patrzyła na mnie jakby… jakby coś rozumiała.

Chciałam wejść. Powiedzieć: „O czym ty mówisz?”* Ale coś mnie powstrzymało. Może ciekawość. Może strach.

– Muszę mieć nad tym kontrolę. Jeszcze sobie coś ubzdura… że ją ograniczam czy coś. – Zaśmiał się cicho. – Nie, nie krzyczę. Przecież wiesz, jak to działa. Wystarczy trochę ciszy, trochę znikania, trochę chłodu. Sama sobie wszystko dopowie.

Stałam jak sparaliżowana. Nagle usłyszałam swój własny oddech. Zbyt głośny. W tej samej chwili drzwi się otworzyły. Bartek spojrzał na mnie, zaskoczony. Zamurowało nas oboje.

– Słyszałam wszystko – powiedziałam cicho. – Wiesz, co robisz?

Zamilkł. Jego twarz zmieniła się w maskę.

– To nie tak… – zaczął.

– A jak? – zrobiłam krok do przodu. – Bo ja myślałam, że jestem tą „ukochaną”, którą trzeba chronić. A okazuje się, że jestem marionetką w twojej grze.

Chciał coś powiedzieć, ale nie pozwoliłam.

– Już nie musisz się wysilać. Wiem, kim jesteś. I wiem, kim ja się przy tobie stałam.

Odwróciłam się i wyszłam do kuchni, bo bałam się, że jak zostanę jeszcze chwilę – znowu w to wszystko uwierzę.

Nie bardzo w to wierzyłam

– Możemy porozmawiać? – zapytał ostrożnie Bartek.

Siedziałam przy stole, obracając w dłoniach kubek z zimną już herbatą. Nie odpowiedziałam. Usiadł naprzeciwko mnie, jakby bał się, że każdy gwałtowny ruch mnie wystraszy. Może i miał rację.

– Wiem, że to źle zabrzmiało. Tamta rozmowa… Przesadziłem. Ale Natalia, ja po prostu… się boję.

Podniosłam na niego wzrok.

– Boisz się mnie?

Boję się, że cię stracę. Że odejdziesz. Że znajdziesz kogoś innego. Ty zawsze byłaś taka... niezależna. Zawsze wszędzie cię pełno. A ja? Ja nigdy nie miałem nikogo, kto byłby tylko mój.

– Nikt nie jest czyjś, Bartek. Ja nie jestem twoją własnością.

Zamknął oczy, po czym odetchnął ciężko.

– Ty tego nie rozumiesz… Kiedy cię poznałem, pomyślałem: „Ona mi ucieknie. Jest za dobra, za pewna siebie”. I wiesz co? Bałem się tego od początku. Więc zacząłem... robić wszystko, byś została.

– Więc odebrałeś mi wszystko, co mnie definiowało. Bo się bałeś. – Wstałam od stołu. – To nie jest miłość, Bartek. Miłość to nie strach. Miłość to nie gra w ciszę i zazdrość.

Patrzył na mnie długo. Widziałam, że coś w nim pęka.

– Ja… chciałem tylko, żebyś była ze mną.

– Ale nie jestem z tobą. Ja jestem przy tobie. To ogromna różnica.

Wzięłam głęboki oddech. Już wiedziałam, co muszę zrobić.

Musiałam to przemyśleć

Półtoragodzinna cisza, przerywana jedynie stukotem walizki o podłogę i szelestem ubrań wrzucanych bez ładu. Nie płakałam. Jeszcze nie.

Spojrzałam na telefon. Długo wpatrywałam się w kontakt zapisany jako Mama. W końcu nacisnęłam zieloną słuchawkę.

– Natalka? Wszystko w porządku?

Już po głosie wyczuła, że nie. Zawsze wyczuwała.

Mamo… mogę przyjechać?

– Dziecko… – jej głos natychmiast zadrżał. – Co się stało?

– Nie umiem już oddychać przy nim. Nie poznaję siebie. Ciągle się boję. Ciebie też odsunęłam. Wszystkich.

Mama milczała przez chwilę. Usłyszałam jej cichy oddech.

– Dobrze, że mi to mówisz. Bałam się, że nie zadzwonisz. Już za długo się bałaś, córeczko. Teraz się uratuj.

– Ale jak, mamo? Boję się. Że sobie nie poradzę. Że zwątpię.

– To normalne. Ale każdy krok, nawet ten chwiejny, to krok w stronę wolności. Masz gdzie wrócić. Możesz zawsze wrócić do mnie.

Zacisnęłam powieki. Dopiero wtedy łzy zaczęły lecieć. Tłumiłam szloch w dłoni.

– Dziękuję, mamo. Nie wiem, co teraz będzie. Ale muszę spróbować.

– I to właśnie znaczy: być silną. Nie „nie czuć” – tylko iść dalej, mimo że się boisz.

Rozłączyłam się i wzięłam klucze. To był moment. Nie dramatyczny, nie z krzykiem, ale nieodwracalny.

Natalia, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama