Reklama

Była niedziela, późne popołudnie. Droga z gór ciągnęła się w nieskończoność. Z tyłu samochodu dzieci dawno zasnęły. Na szybach osiadała para, a śnieg po bokach drogi wyglądał jak styropian. Trzymałam kierownicę kurczowo. Czułam w sobie niepokój, który w żadnym wypadku nie pasował do powrotu z ferii. Powinnam była czuć ulgę – dzieci zadowolone, ja wypoczęta, wszystko zgodnie z planem. A jednak coś mnie ściskało w środku.

To były ferie z założenia regenerujące. Chciałam się wyrwać, przemyśleć. Od miesięcy coś wisiało w powietrzu. Tomasz był inny. Unikał mnie wzrokiem, coraz częściej mnie ignorował. Wieczorami zasłaniał się zmęczeniem, a jego „zostanę jeszcze chwilę w pracy” stało się refrenem, który znałam na pamięć. Ale nie zadawałam pytań. Nie dlatego, że ufałam. Po prostu nie chciałam znać odpowiedzi.

Włączyłam kierunkowskaz na naszą ulicę. Była zasypana śniegiem, nieodśnieżona. Mąż nie spodziewał się, że wrócimy dzisiaj. Chciałam mu zrobić niespodziankę. Zaparkowałam przy samym garażu. Dzieci zerwały się jak sprężyny, wbiegły do środka, nie czekając, aż wyciągnę torby z bagażnika. Złapałam walizkę i plecak. Drzwi wejściowe były lekko uchylone. „Pewnie zapomniał domknąć”, pomyślałam, chociaż przecież on nigdy nie zapomina. Zawsze domyka. Nawet jak śpi.

Syn od razu wpadł do swojego pokoju i siadł przed komputerem, a córka rzuciła tylko swoje rzeczy i pobiegła z opowieściami do koleżanki, która mieszkała obok. Ja wzięłam bagaże i poszłam na piętro do naszej sypialni. W korytarzu usłyszałam coś, czego się nie spodziewałam. Śmiech. Obcy śmiech. Cichy, miękki, kobiecy. Stałam chwilę w przedpokoju, jakby czas się zatrzymał. Torba wysunęła mi się z ręki. Czułam, jak bije mi serce – raz, dwa, dziesięć razy za szybko. Już wiedziałam, że to będzie ostatni wieczór w tym domu, w którym wierzyłam, że jestem żoną.

W tych słowach było wszystko

Weszłam do środka pewnym krokiem. Zobaczyłam ich. Ona siedziała na moim łóżku, owinięta kołdrą. Tomasz stał przy szafie. Na mój widok zamarli. To nie była scena z filmu. To była moja rzeczywistość.

– Co tu się dzieje? – zapytam.

Stałam i patrzyłam, jak Tomasz spuszcza wzrok, jakby właśnie stracił resztki odwagi. Nie powiedział nic. Żadnego „to nie tak jak myślisz”. Żadnego tłumaczenia. Nawet nie próbował. Kobieta zerwała się na równe nogi. Była w samej koszuli nocnej. Złapała swoje ciuchy i spojrzała na mnie, zmieszana i przestraszona.

– Ja… ja już pójdę – powiedziała cicho.

Jej głos był miękki i drżący. Nie patrzyła mi w oczy.

– Wyjdźcie z mojego domu. Oboje – powiedziałam bez mrugnięcia okiem.

Nie krzyknęłam. Nie musiałam. W tych słowach było wszystko. Odsunęłam się od drzwi i wskazałam gestem wyjście. Tomasz przeszedł obok mnie wolno. Nie powiedział nic. Ona też nawet nie spojrzała w moją stronę. Kiedy drzwi się zamknęły, poczułam, jak zaczynają mi drżeć dłonie. Zamknęłam drzwi od sypialni. Chciałam pozostać sama z moimi myślami. W głowie miałam tylko jedno zdanie. Nie będę krzyczeć. Nie będę płakać. Nie dzisiaj.

To nie tak, jak myślisz

Następnego dnia rano wstałam wcześniej niż zwykle. Dzieci jeszcze spały. W kuchni zrobiłam sobie kawę, ale nie wypiłam jej. Siedziałam przy stole i wpatrywałam się w okno, jakby odpowiedzi miały przyjść z zewnątrz. Znałam ten widok. Drzewa bez liści, śnieg przydeptany przez przechodniów. Nic się nie zmieniło. Tylko ja. Tomasz zadzwonił koło południa. Zignorowałam pierwszy telefon. Za drugim razem odebrałam. Potrzebowałam to usłyszeć. Do końca.

– To nie tak, jak myślisz – powiedział od razu, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć.

Brzmiał, jakby chciał mieć to za sobą. Jakby się bał, że się rozłączę.

– A jak jest? – spytałam chłodno. – Przypadek? Zakochałeś się? Nie chciałeś? Jaką wersję wybrałeś na dzisiaj?

– To się zaczęło… kiedy nas już prawie nie było – próbował tłumaczyć.

Mówił wolno, jakby każde słowo musiał sobie przypominać.

– Odsunęliśmy się od siebie. Wróciłem z pracy i było pusto. Milczeliśmy. Nie wiem, może po prostu…

– Przestań. – przerwałam mu. – Nie myśl, że cię nienawidzę. Ja cię po prostu już nie potrzebuję.

Nie odpowiedział od razu. Może nie zrozumiał. A może zrozumiał aż za dobrze. Rozłączyłam się bez pożegnania. Usiadłam na łóżku i spojrzałam na ścianę. Przez lata wmawiałam sobie, że to minie. Że każde małżeństwo ma swoje kryzysy. Że zmęczenie, stres, codzienność. Przestałam pytać, kiedy wróci. Przestałam się złościć, że nie słucha. Przestałam liczyć na jego uwagę. Żyłam obok niego. I wmówiłam sobie, że to wystarczy. Aż do wczoraj. Wczoraj zobaczyłam, jak wygląda prawda. Nie w jego oczach. W moich własnych. Nie jestem z tych, które walczą o faceta. Ja walczę o siebie.

Nie chcę już być słaba

Wyszłam z domu po południu. Potrzebowałam rozmowy. Nie z nim. Z kimś, kto mnie zna. Z kimś, kto nie będzie mi kazał wybaczyć. Poszłam do Sylwii. Otworzyła drzwi i od razu wiedziała co jest na rzeczy, gdy tylko spojrzała na mnie.

– Wejdź – powiedziała tylko.

Nie pytała od razu. Poczekała, aż usiadłam na kanapie, aż odłożyłam płaszcz, aż wypiłam kilka łyków herbaty. Dopiero wtedy.

– Ale… co teraz zrobisz? – spytała cicho.

Jeszcze nie wiem. – wzruszyłam ramionami. – Ale wiem, czego nie zrobię. Nie będę płakać do poduszki przez faceta, który wybrał inną. Nie zamierzam się zastanawiać, co było ze mną nie tak.

– Nie próbował się wytłumaczyć?

– Oczywiście. Zadzwonił, mówił, że to się „po prostu zdarzyło”, że było nam źle. Jakby to usprawiedliwiało wszystko. Jakby można było ot tak wyjąć kogoś z życia i zastąpić kimś młodszym, wygodniejszym.

Sylwia nic nie powiedziała. Podała mi ciastko, które zawsze trzymała na czarną godzinę. Ugryzłam kawałek, choć nie czułam smaku.

– A dzieci? – zapytała po chwili.

Jeszcze nic nie wiedzą. Wiedzą tylko, że tata na razie nie wróci. Że musi coś przemyśleć. Ale długo tak nie pociągnę. Będę musiała im powiedzieć.

Spojrzałam przez okno na światła samochodów. Ruch jak zwykle, nic się nie zatrzymało. Nikt nie zauważył, że moje życie właśnie się rozsypało. Zdrada boli, to jasne. Ale najbardziej boli to, że ufałam. Że przez tyle miesięcy widziałam, jak się oddala, a mimo to wierzyłam, że to tylko etap. Że wystarczy poczekać. Nie chcę już czekać. Zbyt długo tłumaczyłam wszystko, co niewytłumaczalne. W drodze do domu poczułam, że decyzja już się we mnie formuje. Powoli, ale nieodwracalnie. Chcę rozwodu. Nie dlatego, że jestem silna. Tylko dlatego, że nie chcę już być słaba.

Nie mam już nic do powiedzenia

Pod wieczór ktoś zapukał do drzwi. Wiedziałam, że to on, zanim jeszcze spojrzałam przez wizjer. Stał tam z nietęgą miną. Otworzyłam, ale nie cofnęłam się ani o krok.

– Aga… możemy porozmawiać? – zapytał.

– Nie. – Głos miałam spokojny, nie było w nim żalu, tylko decyzja. – Nie mam już nic do powiedzenia. I ty też nie.

– Ale dzieci… przecież… – próbował się wcisnąć do środka spojrzeniem, głosem, czymkolwiek.

– Dzieci wiedzą, że mama ich kocha. A tata… tata musi teraz to udowodnić sam.

W jego oczach pojawił się lęk. Taki prawdziwy, surowy strach przed tym, co nieodwracalne. Ale nie zrobiło to na mnie wrażenia. Już nie. Zamknęłam drzwi. Cicho, bez trzasku. Tak się kończą rzeczy, które były kiedyś ważne. Usiadłam na podłodze i oparłam głowę o ścianę. Serce mi waliło, ale nie z bólu. Z ulgi. Nie musiałam już udawać, że wszystko będzie dobrze. Nie musiałam się uśmiechać, żeby dzieci nie zauważyły. Zdrada nie musi być krzykiem. Czasem to ciche zamknięcie drzwi. Na zawsze.

Czasem wystarczy zamknąć drzwi i iść dalej

Kilka dni później siedziałam w salonie z kubkiem herbaty. Wreszcie tej, na którą miałam ochotę wtedy, kiedy wracaliśmy z ferii. Tylko że wtedy miała być wypita razem z nim. Teraz piłam ją sama. I w tej ciszy nie było już bólu. Był spokój. Dzieci wróciły ze szkoły, ściągnęły kurtki, plecaki, rzuciły czapki gdzieś pod ścianę. Codzienność rozlała się po domu jak ciepłe światło. I nagle padło pytanie.

– Mamo, tata już z nami nie będzie mieszkał? – zapytała córka.

– Nie, kochanie. – Spojrzałam na nią uważnie. – Ale zawsze będzie waszym tatą. A ja… ja będę tu. Zawsze.

– A ty jesteś smutna? – zapytał syn, siadając obok mnie.

– Trochę. Ale też… spokojna.

Objęłam ich oboje i przyciągnęłam do siebie. Czułam, że nie muszę się już spieszyć z tłumaczeniem. Wszystko przyjdzie w swoim czasie. Kiedy wieczorem leżałam w łóżku, patrzyłam w sufit i rozmyślałam o tym, jak bardzo się zmieniłam. Nie była to zmiana spektakularna. Nie wydarzyło się nic wielkiego. Po prostu przestałam szukać odpowiedzi w cudzym spojrzeniu. Przestałam czekać, aż ktoś mnie wyciągnie z otchłani. Nie wybaczam. I nie dlatego, że jestem zawzięta. Po prostu wiem, że nie wszystko trzeba zamykać przebaczeniem. Czasem wystarczy zamknąć drzwi i iść dalej. Bez hałasu. Bez scen.

Nie muszę już szukać odpowiedzi

Zrozumiałam, że nie muszę kończyć tej historii wielkim finałem. Nie będzie katharsis, nie będzie powrotu, nie będzie drugiej szansy. Nie dlatego, że jestem niezdolna do wybaczenia, ale dlatego, że nie mam już potrzeby go szukać. Zrobiłam wszystko, co powinnam. Zatrzymałam to, co było moje, i oddałam to, co przestało być. Czasem nie trzeba roztrząsać zdrady, analizować każdego kroku, doszukiwać się momentu, w którym coś się zepsuło.

Już się nie boję. Odszukałam siebie pod warstwą cudzych potrzeb, wymagań, oczekiwań. Jestem kobietą, którą trzeba było zobaczyć, zanim było za późno. Dziś siedzę przy stole, jem z dziećmi kolację, planuję wakacje i śmieję się z ich żartów. Nie pytam siebie, czy zrobiłam dobrze. Wiem, że tak. Nie muszę już szukać odpowiedzi w oczach nikogo poza sobą. Wystarczy, że znam prawdę. I wystarczy, że wróciłam wtedy. Za wcześnie. I dobrze.

Agnieszka, 42 lata


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama