„Mąż-artysta to kiepski materiał na partnera. Gdy on się bawił i tańczył, ja zmieniałam pampersy jego dzieciom”
„Zawsze myślałam, że życie z artystą to będzie ciągłe pasmo wzruszeń, wspólne spacery o zachodzie słońca, rozmowy do rana, muzyka, która koi wszystko. Ale zamiast blichtru i blasku świateł, była codzienna rutyna, łzy wycierane ukradkiem i wieczne czekanie na kogoś, kto nigdy nie wracał naprawdę”.

Zawsze uważałam, że życie u boku artysty będzie jak film – trochę zwariowane, pełne emocji i niespodzianek. Mój mąż, Oskar, był muzykiem, który potrafił zaczarować tłum swoją charyzmą i talentem. Na początku imponowało mi to, jak ludzie go podziwiali, a ja czułam się wyjątkowa, będąc „tą jedyną” u boku gwiazdy lokalnych scen. Gdy przyszły na świat nasze dzieci, wszystko się zmieniło. Zamiast koncertów i spotkań przy winie, moją codziennością stały się nieprzespane noce, pieluchy i kłótnie o to, kto pójdzie po zakupy. On miał swoje fancluby, próby, wieczorne wyjazdy, a ja – gromadkę dzieci i coraz mniej sił.
Imponował mi talentem
Na początku byłam zapatrzona w Oskara jak w obrazek. Poznaliśmy się na wieczorku poetyckim, gdzie grał na gitarze i śpiewał swoje autorskie piosenki. Kiedy podszedł do mnie po koncercie, serce zabiło mi mocniej. Wydawał się inny niż wszyscy. Potrafił mówić o rzeczach, o których inni tylko milczeli. Umawialiśmy się w kawiarni, snuliśmy plany o wspólnym mieszkaniu, a ja czułam, że żyję na jakimś nieziemskim poziomie.
Po roku byłam już jego żoną, a niedługo później na świecie pojawiła się nasza pierwsza córka. Oskar obiecywał, że rodzina nie zmieni jego pasji, a ja wierzyłam, że jakoś pogodzimy jego koncerty z pieluchami. Szybko jednak zrozumiałam, że jego świat nie znał słowa „kompromis”. Kiedy ja siedziałam z niemowlęciem i walczyłam z kolkami, on grał nocami próby albo pisał nowe teksty. Kiedy mówiłam, że czuję się samotna, patrzył na mnie, jakbym mówiła w obcym języku.
– Musisz zrozumieć, że muzyka jest dla mnie wszystkim – powtarzał.
Wtedy jeszcze wierzyłam, że ta miłość do sztuki może nas połączyć. Teraz wiem, że była też początkiem wszystkich moich rozczarowań.
Na scenie był gwiazdą
Czasem mam wrażenie, że w Oskarze mieszkały dwie zupełnie różne osoby. Ta pierwsza – rozchwytywany przez fanki, uśmiechnięty, pewny siebie, żartujący z publicznością na scenie. Ta druga – w domu przemykający cicho, jakby szukał schronienia przed domową codziennością, gdzie czekały na niego rozwrzeszczane dzieci i zmęczona, często rozczarowana żona. Próbowałam go zatrzymać, choćby na kolację czy spacer z dziećmi, ale zawsze miał jakąś wymówkę.
– Muszę popracować nad nowym utworem, to bardzo pilne – rzucał, nie patrząc mi w oczy.
Nie zliczę, ile razy zasypiałam sama, wsłuchując się w stukot jego palców o klawiaturę lub czekając, aż wróci z prób. Kiedy już pojawiał się w domu, sprawiał wrażenie, jakby go to męczyło. Raz podsłuchałam jego rozmowę przez telefon, jak tłumaczył koledze, że „w domu to tylko hałas i narzekanie, trudno tam o inspirację”.
Każda taka rozmowa wbijała mi w serce kolejny gwóźdź. Zaczęłam czuć, że jestem dla niego tylko częścią domowego tła, a nie osobą, którą kiedyś przecież pokochał. Moje prośby o chwilę wspólnego czasu kończyły się kłótniami lub jego milczeniem. Miałam wrażenie, że przegrywam walkę z niewidzialnym przeciwnikiem – jego pasją, a może z jego potrzebą ucieczki od odpowiedzialności.
On na scenie, ja w pieluchcach
Dni zlewały mi się w jedno – śniadanie, sprzątanie, przewijanie, gotowanie, zabawa z dziećmi, a potem znowu sprzątanie. Czułam się niewidzialna, jakby całe moje istnienie ograniczało się do roli niańki, kucharki i sprzątaczki. Nawet kiedy Oskar był w domu, mentalnie był gdzieś indziej. Kiedy nasz synek miał gorączkę, siedziałam z nim całą noc, a Oskar spał w drugim pokoju, bo „jutro ma koncert i musi być wypoczęty”.
Najbardziej bolało mnie to, że on nie widział, ile wysiłku wkładam w każdy dzień. Nigdy nie zapytał, czy potrzebuję pomocy. Dzieci były moim światem, ale czasem miałam ochotę po prostu zniknąć, wyjść z domu bez słowa, zostawić mu na chwilę tę rzeczywistość. Oczywiście nigdy tego nie zrobiłam. Wiedziałam, że i tak by sobie nie poradził, a dzieci są dla mnie wszystkim.
Czasami, kiedy dzieci już spały, próbowałam z nim porozmawiać. – Oskar, pamiętasz, jak marzyliśmy o wspólnym życiu? – zaczynałam nieśmiało. On wtedy podnosił głowę znad gitary i rzucał chłodno:
– Teraz żyjemy. Tylko życie to nie bajka. Coraz częściej czułam, że ta „niebajka” dotyczy przede wszystkim mnie.
Rozczarowania i moje łzy
Najgorzej było po koncertach. Widziałam zdjęcia z imprez wrzucane do internetu – Oskar w otoczeniu rozchichotanych dziewczyn, podpisy w stylu „najlepszy muzyk, cudowny wieczór!”, serduszka, buziaki. Na początku tłumaczyłam sobie, że to przecież niewinne, że taka praca. Ale pewnego dnia, gdy dzieci oglądały bajkę, przypadkiem zobaczyłam wiadomość na jego telefonie.
– Dzięki za cudowną noc, kiedy powtórka? – przeczytałam i przez chwilę miałam wrażenie, że świat stanął w miejscu. Ręce mi drżały, serce waliło jak oszalałe. Oskar wszedł do kuchni i spojrzał na mnie, jakby nie miał nic do ukrycia.
– Co tak patrzysz? – zapytał z lekką irytacją.
– Może powiesz mi, kim jest Sylwia? – wydusiłam, ledwo panując nad głosem.
Przez moment widziałam w jego oczach cień strachu, ale zaraz się otrząsnął.
– To tylko fanka. Zresztą, nie przeglądaj moich wiadomości. Nie mam na to czasu – rzucił, zabierając telefon.
W nocy długo płakałam, starając się nie budzić dzieci. Po raz pierwszy naprawdę poczułam, że coś w nas umarło. Tęskniłam za dawnym Oskarem, za sobą sprzed lat. Zamiast bliskości, miałam gorycz i samotność. Czy taka miała być moja nagroda za wytrwałość?
To nie był film
Zawsze myślałam, że życie z artystą to będzie ciągłe pasmo wzruszeń, wspólne spacery o zachodzie słońca, rozmowy do rana, muzyka, która koi wszystko. Tymczasem mój scenariusz wyglądał zupełnie inaczej. Zamiast blichtru i blasku świateł, była codzienna rutyna, łzy wycierane ukradkiem i wieczne czekanie na kogoś, kto nigdy nie wracał naprawdę.
Zdarzały się dni, kiedy Oskar starał się naprawić choć ułamek naszego życia. Kupił kwiaty, zrobił śniadanie dla dzieci, nawet przytulił mnie w kuchni. Jednak te gesty były jak plaster na otwartą ranę. Wiedziałam, że zaraz znów zniknie, pochłonięty przez próby, wywiady, wyjazdy i... swoje fanki. W tych chwilach łapałam się na tym, że sama nie poznaję własnego odbicia w lustrze. Zmęczone oczy, cienie pod powiekami, zaciśnięte usta.
Któregoś wieczoru, gdy dzieci już spały, usiadłam przy stole i napisałam do Oskara wiadomość:
Nie wiem, jak długo jeszcze dam radę być sama w tym małżeństwie.
Nie odpowiedział przez dwa dni. Gdy w końcu wrócił do domu, wziął mnie za rękę.
– Przepraszam. Nie potrafię być kimś innym niż jestem – powiedział cicho.
Zrozumiałam, że to już nie film. I nikt nie napisze nam szczęśliwego zakończenia.
Czego naprawdę oczekiwałam?
Teraz wiem, że moje wyobrażenia o życiu z artystą były jak pocztówki z miejsc, w których nigdy nie byłam. Często pytam siebie, czy mogłam coś zrobić inaczej – bardziej walczyć, głośniej domagać się swojego miejsca obok niego, nie za nim, nie w cieniu. Tyle że za każdym razem dochodzę do ściany. Oskar nigdy nie chciał rezygnować z siebie, a ja, choć długo wierzyłam, że wystarczy mi jego obecność „od święta”, w końcu zrozumiałam, jak wiele mi odebrał.
Dzieci są moją siłą. To dla nich wstaję rano, ogarniam codzienność, choć czasem w środku płaczę z bezsilności. Nauczyłam się żyć w pojedynkę nawet wtedy, gdy formalnie nie jestem sama. Oskar dalej gra, śpiewa, wyjeżdża, zbiera gratulacje. Ja przestałam już sprawdzać, co piszą do niego fanki i czyja szminka zostaje na jego koszuli.
Nie wiem, jak potoczy się dalej nasze życie. Może pewnego dnia spakuję walizkę i wyjdę, zostawiając mu nie tylko dzieci, ale i całą tę jego artystyczną wolność. Może zostanę, bo nie umiem już zaczynać wszystkiego od nowa. Wiem tylko jedno – gdybym mogła cofnąć czas, bardziej zadbałabym o siebie, o swoje marzenia i potrzeby. Nawet najpiękniejsza melodia nie zagłuszy ciszy w domu.
Weronika, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W walentynki usłyszałam od męża, że marnujemy czas. Po 30 latach razem nagle zapragnął wolności”
- „Na walentynki chłopak dał mi kwiat w doniczce. Kiedy odkryłam, dlaczego to zrobił, aż mnie zatkało”
- „Dostałam bukiet róż od męża dzień po walentynkach. Zrozumiałam, że w święto miłości byłam tylko planem B”

