„Matka zorganizowała mi męża, ślub i życie. W naszej wsi kobiety mają rodzić dzieci i sprzątać, a nie myśleć o karierze”
„Był wysoki, szeroki w barach, miał lekko zmierzwione jasne włosy i dłonie szorstkie od pracy w gospodarstwie. Wyglądał zwyczajnie. W oczach miał spokój, jakby już dawno pogodził się z losem, którego ja nie umiałam zaakceptować”.

- Redakcja
Wychowałam się w małej wiosce, gdzie każdy znał każdego, a tradycja była ważniejsza niż marzenia. Od dziecka słyszałam, że kobieta bez męża jest nic niewarta. Matka powtarzała to z taką pewnością, że nawet nie próbowałam się z tym kłócić.
Dyrygowała mną
Ojca straciłam wcześnie, ale nawet gdy żył, nie miał wiele do powiedzenia. Matka była surową, religijną kobietą, dla której honor rodziny był wszystkim. Wiedziałam, że mój los został już zapisany: małżeństwo, gospodarstwo, dzieci. Bez miejsca na uczucia.
Miałam ledwie osiemnaście lat, gdy matka zaczęła mi przypominać, że czas najwyższy znaleźć męża.
– Nie możesz zostać starą panną. Co ludzie powiedzą? – mawiała.
Nigdy nie rozumiałam, dlaczego to, co powiedzą inni, miało większe znaczenie niż to, co czuję. Moje koleżanki były posłuszne – wychodziły za mąż, rodziły dzieci i nigdy nie zadawały pytań. A ja czułam, że czegoś mi brakuje.
Znalazła mi męża
Tamtej zimy, przy kuchennym stole, odbyła się rozmowa, która przesądziła o moim życiu.
– Mam dla ciebie dobrego chłopaka – oznajmiła matka, jakby mówiła o nowym zestawie pościeli. – Maciek. Porządny, pracowity, nie pije.
– Ale ja… – zaczęłam, ale matka uniosła rękę.
– Żadnego „ale”. Jesteś już dorosła. Myślisz, że będziesz wybierać? Widzisz, jak skończyła twoja ciotka? Sama, z goryczą na ustach, nikt jej nie chce.
Milczałam, czując, jak wzbiera we mnie bunt.
– A co z miłością? – zapytałam cicho.
Matka spojrzała na mnie, jakbym powiedziała coś absurdalnego.
– Najważniejsze, żeby był dobry.
Nie minął tydzień, a matka oznajmiła, że Maciek przyjdzie do nas na obiad.
– Poznasz go. Zobaczysz, jaki to porządny chłopak – powiedziała, jakby już wszystko było postanowione.
Nie miałam ochoty nikogo poznawać. Nie chciałam uśmiechać się sztucznie i udawać zainteresowania. Ale wiedziałam, że nie mam wyboru.
Nie miałam głosu
W niedzielne popołudnie w drzwiach stanął Maciek. Był wysoki, szeroki w barach, miał lekko zmierzwione jasne włosy i dłonie szorstkie od pracy w gospodarstwie. Wyglądał zwyczajnie. W oczach miał spokój, jakby już dawno pogodził się z losem, którego ja nie umiałam zaakceptować.
– Dzień dobry – powiedział nieśmiało i uśmiechnął się lekko.
– Asia, uśmiechnij się, dziecko, nie rób scen – szepnęła matka, ściskając mnie za ramię.
Usiedliśmy do stołu. Maciek jadł w milczeniu, czasem rzucając spojrzenia w moją stronę. Po kilku minutach matka postanowiła pomóc nam w rozmowie.
– Asia dobrze gotuje – powiedziała z dumą. – A do tego jest pracowita. Nie będzie ci się lenić w domu.
– To dobrze – odpowiedział Maciek, przełykając ziemniaka.
Nie miałam pojęcia, co powiedzieć. O czym mieliśmy rozmawiać? O pogodzie? O plonach? Przecież to nie była randka, tylko układ.
Nie chciałam tego
Po obiedzie matka kazała nam wyjść na spacer. Szliśmy w ciszy przez zaśnieżoną ścieżkę, aż w końcu Maciek odezwał się pierwszy.
– Nie jesteś zadowolona, co?
Zatrzymałam się i spojrzałam na niego.
– A ty jesteś? – zapytałam.
Uśmiechnął się lekko, ale w jego oczach nie było śmiechu.
– Nikt mnie nie pytał o zdanie – przyznał. – Ale tak już tu jest.
– I co, po prostu się z tym pogodziłeś? – Uniosłam brwi.
Wzruszył ramionami.
– Może z czasem będzie dobrze.
To była właśnie różnica między nami. On już się poddał, ja jeszcze próbowałam walczyć.
Kiedy wróciłam do domu, matka była zadowolona.
– I jak? – zapytała z nadzieją w głosie.
– Nie chcę go – powiedziałam od razu.
Matka spojrzała na mnie surowo.
– Przestań bredzić. Jest dobry, spokojny, pracowity. Co ci nie pasuje?
– Nie czuję do niego nic – powiedziałam cicho, ale matka tylko machnęła ręką.
– Miłość przychodzi z czasem. A teraz przestań się wydurniać i idź spać.
Tego wieczoru, leżąc w łóżku, po raz pierwszy poczułam prawdziwy lęk. Nie miałam wpływu na własne życie. Byłam jak zwierzę w klatce, czekające, aż ktoś zdecyduje o jego losie.
To był koniec
Kilka tygodni później odbyły się zaręczyny, a trzy miesiące później ślub. Matka promieniała, goście życzyli nam szczęścia, a ja czułam się jak na własnym pogrzebie.
Stałam obok Maćka w białej sukni, którą uszyła ciotka, i powtarzałam słowa przysięgi, choć każde zdanie brzmiało jak wyrok. Nie było romantycznych nocy, westchnień czy uniesień. Maciek był dobry, ale bezbarwny.
Nie mówił o uczuciach, nie przytulał mnie bez powodu. Wspólne życie z nim było jak wykonywanie codziennych obowiązków – proste, przewidywalne i puste. Każdy dzień wyglądał tak samo: rano wstawałam, przygotowywałam śniadanie, sprzątałam, gotowałam, pomagałam w gospodarstwie. Wieczorem siadałam przy oknie i patrzyłam na drogę, jakby miało się tam wydarzyć coś, co zmieni moje życie. Ale nic się nie zmieniało.
Po roku małżeństwa byłam jak martwa w środku. Z zewnątrz wyglądało to dobrze – byłam porządną żoną, gospodarstwo się rozwijało, a matka była ze mnie dumna. Ale czułam, że coś we mnie umiera, każdego dnia trochę bardziej.
Zauroczył mnie
To była zwykła, letnia sobota. Maciek pojechał na targ, ja zostałam w domu. I wtedy zobaczyłam go po raz pierwszy. Szłam do sklepu, kiedy zobaczyłam go przy ogrodzeniu starego domu. Oparł się o płot i spojrzał na mnie uważnie.
– Dzień dobry – powiedział z lekkim uśmiechem.
Zatrzymałam się. Nikt w tej wsi nie mówił do mnie w ten sposób. Mężczyźni tutaj nie uśmiechali się tak, ciepło.
– Dzień dobry – odpowiedziałam, niepewnie poprawiając kosmyk włosów.
– Nie jesteś stąd, prawda? – zapytał, opierając się mocniej o płot.
Spojrzałam na niego zaskoczona.
– Mieszkam tutaj od urodzenia.
Zmrużył oczy, jakby nie do końca mi wierzył.
– To dziwne – powiedział powoli. – Bo wyglądasz, jakbyś chciała stąd uciec.
Poczułam, jak coś ściska mnie w środku. Nie miał prawa tego mówić. Nie miał prawa zauważać rzeczy, których nikt inny nie widział.
– Nie wiem, o czym mówisz – powiedziałam sztywno i ruszyłam dalej, ale jego głos mnie zatrzymał.
– Nazywam się Krzysztof.
Nie odpowiedziałam. Poszłam przed siebie, ale przez całą drogę do sklepu czułam na sobie jego spojrzenie.
Miałam go w głowie
Spotykaliśmy się przypadkiem – na ścieżce prowadzącej do kościoła, na targu. Każda rozmowa była krótsza niż poprzednia, bo bałam się, że ktoś nas zobaczy. Ale on nie wydawał się zaniepokojony.
– Nigdy nie widziałem kogoś takiego jak ty – powiedział pewnego dnia, kiedy mijaliśmy się na drodze.
– Kogoś takiego? – zapytałam, udając obojętność.
– Kobiety, która wygląda, jakby była w klatce.
Zatrzymałam się.
– Nie wiesz nic o moim życiu – powiedziałam ostro.
Podszedł bliżej.
– Wiem, że patrzysz na mnie w taki sposób, w jaki nie powinnaś patrzeć na nikogo poza mężem.
Serce zabiło mi mocniej. Powinnam uciec, ale nie mogłam. Był jak światło, które rozświetliło coś, co przez lata było pogrążone w mroku. Nie wiedziałam, co to znaczy. Nie rozumiałam tego uczucia. Ale po raz pierwszy od ślubu czułam, że żyję.
Bałam się tego
Wiedziałam, że to, co czuję, jest złe. Matka przez całe życie wpajała mi, że kobieta powinna być wierna, posłuszna, cicha. Ale kiedy Krzysztof był blisko, nie umiałam myśleć o tym, co wypada, a co nie. Kiedyś, w drodze do sklepu, szłam polną ścieżką, gdy nagle usłyszałam jego głos. Zatrzymałam się, ale nie odwróciłam. Poczułam, jak podchodzi bliżej.
– Nie rób tego – powiedziałam, choć sama nie wiedziałam, czego dokładnie nie powinien robić.
– Czego? – zapytał cicho.
Zacisnęłam powieki.
– Nie patrz tak na mnie. Nie mów do mnie w ten sposób.
– W jaki sposób? – był już bardzo blisko.
Odwróciłam się gwałtownie.
– Tak, jakbym była wolna.
Przez długą chwilę patrzył mi prosto w oczy.
– A co, jeśli jesteś? – zapytał.
– Nie jestem – powiedziałam stanowczo, choć w głębi duszy zaczynałam w to wątpić.
Nakryła mnie
Tamtego wieczoru matka przyszła do mnie do kuchni, gdy zmywałam naczynia.
– Widziałam cię dziś na drodze.
Zamarłam.
– Z kimś rozmawiałaś – dodała lodowatym tonem.
Odstawiłam talerz i wytarłam dłonie o fartuch.
– To przyjezdny.
Matka skrzyżowała ręce na piersi.
– O czym rozmawialiście?
– To nie ma znaczenia – odparłam, unikając jej wzroku.
– Ma. Bo w tej wiosce nie ma miejsca na kobiety, które zapominają, gdzie jest ich miejsce.
Poczułam ucisk w gardle.
– A jeśli ja nie chcę tego miejsca?
Matka uderzyła ręką w stół.
– Nie masz wyboru. Jesteś mężatką. To twój obowiązek. Twój los.
– A co, jeśli nie chcę takiego losu? – głos mi zadrżał.
– To zhańbisz rodzinę – odpowiedziała zimno. – I sama skończysz w hańbie.
Odwróciła się i wyszła, zostawiając mnie z tym jednym, paraliżującym słowem.
Chciałam zapomnieć
Następnego dnia poszłam nad rzekę. Wiedziałam, że tam będzie. Stał oparty o drzewo, jakby na mnie czekał.
– Nie możemy się więcej spotykać.
– Dlaczego? – zapytał cicho.
– Bo tak trzeba.
Podszedł bliżej.
– A czego chcesz ty?
Serce waliło mi jak szalone.
– To nie ma znaczenia – wyszeptałam.
– Ma – jego dłoń delikatnie musnęła moją. – Jeśli chcesz, mogę cię stąd zabrać.
Patrzyłam na niego z szeroko otwartymi oczami.
– Uciec?
Skinął głową. Przez kilka sekund w mojej głowie przelatywały wszystkie obrazy mojego dotychczasowego życia. Maciek. Matka. Wioska. Kościół. Wstyd. Hańba. Wyrwałam dłoń.
– Nie mogę – powiedziałam stanowczo. – Moje życie jest tutaj.
– Jeśli kiedykolwiek zmienisz zdanie, wiesz, gdzie mnie szukać.
Nie odpowiedziałam. Odwróciłam się i odeszłam. Nie obejrzałam się ani razu. Ale wiedziałam, że przez resztę życia będę się zastanawiać, co by było, gdybym wtedy została.
Joanna, 25 lat
Czytaj także:
„Powrót z emigracji umiliła mi gorąca współpasażerka. Nie myślałem, że spotkam ją znów i to w takiej sytuacji”
„Mogłem mieć każdą, ale na studniówkę zabrałem nudną, szarą myszkę. Kiedy dowiedziała się, dlaczego, rozpętała się burza”