„Matka wybrała mi męża i dyryguje całym moim życiem. Nie jestem szczęśliwa, ale nie potrafię jej powiedzieć »nie«”
„Zaręczyny były formalnością. Sławek oświadczył się w restauracji, którą wybrała moja matka. Pierścionek też wybrała ona – klasyczny, nudny, drogi. Kiedy go wsuwał na mój palec, czułam ciężar, jakby zakładał mi kajdany”.

To miał być najszczęśliwszy dzień mojego życia, tak przynajmniej twierdziły wszystkie ciotki, kuzynki i oczywiście moja matka. Stałam przed ołtarzem w sukni, której nienawidziłam, obok mężczyzny, którego dotyk sprawiał, że moja skóra cierpła, i uśmiechałam się do obiektywu, czując, jak w środku powoli umieram. Wszyscy gratulowali mi „dobrej partii”, a ja miałam ochotę wyć.
Nie byłam szczęśliwa
Siedziałam przy dębowym stole w jadalni mojej matki. Ten stół pamięta czasy, gdy jako mała dziewczynka rysowałam kredkami po jego spodniej stronie, buntując się przeciwko nieskazitelnej czystości panującej w domu. Dziś już nie rysuję. Dziś siedzę wyprostowana, dłonie mam złożone na kolanach, a przed sobą parujący talerz rosołu z domowym makaronem. Naprzeciwko mnie siedzi Sławek. Mój mąż.
Sławek siorbie. Robi to cicho, dyskretnie, ale ja słyszę każdy ten dźwięk, jakby ktoś wbijał mi szpilkę w bębenki. Jest „dobrym człowiekiem”. Tak mówi o nim moja matka. Jest inżynierem, zarabia powyżej średniej krajowej, nie pije, nie bije, wynosi śmieci i zawsze pamięta o urodzinach teściowej. Idealny kandydat. „Partia”, jak to lubi określać mama. Patrzę na jego rzedniejące włosy, na to, jak metodycznie kroi marchewkę, i czuję falę mdłości. Nie dlatego, że jest odrażający. Jest po prostu… żaden. Jest beżową ścianą, letnią wodą. A ja tonę w tej letniej wodzie od trzech lat.
– Aldonko, dolej Sławusiowi kompotu – głos matki przeciął ciszę jak bicz. Ona nie prosi, ona wydaje polecenia zakamuflowane jako troska.
Słuchałam jej
Wstałam. Moje ciało wykonało ten ruch automatycznie, zanim mózg zdążył zaprotestować.
– Oczywiście, mamo – powiedziałam. Mój głos brzmiał obco, jak głos aktorki w słabym serialu.
– Widzisz, Sławku, jaka dobra żona? – Matka uśmiechnęła się triumfalnie, poprawiając idealnie ułożony kok. – Mówiłam ci, że Aldona to skarb. Tylko trzeba ją było trochę ułożyć.
„Ułożyć”, jak psa, jak niesforny element garderoby. W tym jednym słowie zawiera się cała historia mojego życia.
Pięć lat temu miałam dwadzieścia siedem lat, dyplom z historii sztuki, który matka nazywała nic nie wartym i marzenia o wyjeździe do Włoch. Chciałam pracować w galerii, pić tanie wino na piazza i kochać kogoś, kto ma ogień w oczach. I wtedy pojawił się Michał. Był niespokojny, był artystą, pachniał terpentyną i tytoniem. Kiedy mnie całował, świat wirował. Czułam, że żyję. Ale Michał nie miał etatu. Nie miał „perspektyw”. Miał za to długi i pasję. Kiedy matka się o nim dowiedziała, nie zrobiła awantury. To nie jej styl. Ona działała jak kwas – powoli, niszczycielsko, kropla po kropli.
– Kochanie, czy on na pewno zapewni ci bezpieczeństwo? – pytała, sącząc herbatę. – Czy chcesz żyć w wynajętym pokoju do czterdziestki? Czy chcesz, żeby twoje dzieci wstydziły się biedy?
Nie akceptowała go
Zaczęła podsuwać mi artykuły o bezrobotnych artystach. Zaczęła „chorować” na serce, ilekroć wychodziłam na randkę.
– Przez te twoje nerwy znowu mam ciśnienie – mówiła, łapiąc się za klatkę piersiową.
A potem, „przypadkiem”, na imieninach cioci Krysi, posadziła mnie obok syna swojej przyjaciółki. Sławka. Sławek patrzył na mnie jak na zjawisko. Był onieśmielony, spocony i przeraźliwie nudny. Opowiadał o systemach wentylacyjnych przez dwie godziny.
– Jaki on stateczny – szeptała mi do ucha matka. – Taki mężczyzna to fundament. Na fundamencie buduje się dom, Aldonko. Na wietrze nic nie zbudujesz.
Michał był wiatrem. Sławek był betonem. Zerwałam z Michałem dwa miesiące później, po tym jak matka dostała „ataku duszności”, gdy oznajmiłam, że chcemy razem zamieszkać. Wybrałam jej zdrowie zamiast swojego szczęścia. Klasyk. Zaręczyny były formalnością. Sławek oświadczył się w restauracji, którą wybrała moja matka. Pierścionek też wybrała ona – klasyczny, nudny, drogi. Kiedy go wsuwał na mój palec, czułam ciężar, jakby zakładał mi kajdany.
– Tak – powiedziałam, bo wszyscy na to czekali. Kelner już stał z szampanem, matka płakała w chusteczkę, a Sławek wyglądał jak szczeniak czekający na rzut piłką.
Zrobiłam, co chciała
Planowanie ślubu to był teatr jednego aktora. Mojej matki.
– Nie możesz mieć polnych kwiatów. To wygląda tanio. Będą róże.
– Zaproszenia w kolorze ecru, to jest elegancja.
– Ten DJ gra disco polo, wykluczone. Zamówiłam kwartet smyczkowy.
Ja tylko kiwałam głową. Próbowałam raz zaprotestować przy wyborze sukni. Chciałam coś zwiewnego, prostego, w stylu boho. Matka spojrzała na mnie w lustrze przymierzalni wzrokiem, który mroził krew w żyłach.
– Wyglądasz w tym jak rusałka z bagien. Masz wyglądać jak królowa. Weźmiemy tę księżniczkę z gorsetem.
– Ale mamo, ja się w tym duszę – szepnęłam.
– Piękno wymaga ofiar. Poza tym, co powiedzą goście? Że oszczędzaliśmy?
Dzień ślubu pamiętam jak przez mgłę. Pamiętam wzrok ojca – smutny, zrezygnowany. On też był pod jej pantoflem od trzydziestu lat. Wiedział, co robię i nic nie powiedział. To boli najbardziej. Kiedy ksiądz pytał: „Czy ślubujesz…”, miałam ułamek sekundy, taką mikroskopijną chwilę jasności, by krzyknąć „nie!” i uciec z kościoła. Wyobraziłam sobie, jak biegnę, zrzucam ten gorset i łapię pierwszy pociąg byle gdzie.
Nie protestowałam
Ale wtedy spojrzałam w pierwszą ławkę. Matka patrzyła na mnie z tą swoją żelazną aprobatą. Jeśli ucieknę, ona mnie zniszczy. Nie psychicznie – to już zrobiła. Społecznie. Rodzinnie.
– Tak – powiedziałam. I usłyszałam trzask zamykanej klatki.
Noc poślubna w hotelu SPA. Sławek był delikatny, aż za bardzo. Traktował mnie jak porcelanową lalkę, którą boi się stłuc. Ale ja nie chciałam delikatności. Ja nie chciałam niczego od niego. Kiedy mnie dotykał, musiałam zamykać oczy i wyobrażać sobie, że jestem gdzieś indziej. Że jestem samą wodą, powietrzem, że nie mam ciała.
– Dobrze ci, kochanie? – pytał szeptem, z tą swoją inżynierską precyzją.
– Tak – kłamałam.
Jego zapach – mieszanka drogiej wody kolońskiej i specyficznego, słodkawego zapachu jego skóry – drażnił mnie. Jego oddech na mojej szyi sprawiał, że mięśnie napinały się w obronnym skurczu. Dla Sławka nasze życie erotyczne jest udane. Nie ma porównania, jestem jego pierwszą poważną partnerką. Myśli, że moja bierność to „kobieca subtelność”.
Duszę się
Najgorsze są poranki. Kiedy on budzi się radosny, chce się przytulać, planować dzień, a ja czuję, jakbym obudziła się w więzieniu o zaostrzonym rygorze.
– Może zrobimy dziś te naleśniki, które lubisz? – pyta, gładząc mnie po ramieniu.
Jest dobry i to sprawia, że nienawidzę siebie jeszcze bardziej. Gdyby mnie bił, gdyby pił, miałabym powód, by odejść, ale on mnie kocha. Na swój nudny, duszny sposób. A ja go oszukuję każdym oddechem. Mieszkamy w mieszkaniu, które kupili nam rodzice. Matka dała wkład własny, więc matka decydowała o lokalizacji. Dwa bloki od niej. „Żeby było blisko do wnuków” – mawia. To kolejny front walki. Matka pyta o ciążę przy każdym obiedzie.
– Zegar tyka, Aldonko. Po trzydziestce to już ryzyko.
– Staramy się, mamo – mówi Sławek.
Ja biorę tabletki antykoncepcyjne w tajemnicy przed wszystkimi. Chowam je w pudełku po tamponach, tam Sławek nigdy nie zagląda. To mój jedyny, mały akt buntu. Jedyna rzecz, nad którą mam kontrolę. Nie urodzę dziecka w tym układzie. Nie skażę innej istoty na bycie rekwizytem w teatrze mojej matki. Nie pozwolę, by ona wychowała kolejne pokolenie niewolników.
Jestem na skraju
Zrozumiałam, że ojciec też został „wybrany”. Że on też pewnego dnia zrezygnował i teraz siedzi w fotelu przed telewizorem, milczący, nieobecny, będący tylko cieniem człowieka. Patrzę na Sławka i widzę, że robię mu to samo. On też jest ofiarą, tylko jeszcze o tym nie wie. Myśli, że wygrał los na loterii, a tak naprawdę ożenił się z wydmuszką.
Miesiąc temu wydarzyło się coś, co o mało nie zburzyło tej misternej konstrukcji. Moja firma wysłała mnie na konferencję do Warszawy. Dwa dni bez Sławka, bez matki. W hotelowym barze poznałam faceta. Nie był w moim typie, nawet nie był specjalnie przystojny, ale słuchał.
Rozmawialiśmy o sztuce, o książkach, o rzeczach, które w moim domu są uznawane za fanaberie. Wypiliśmy za dużo wina. Poszłam z nim do pokoju. Nic się nie stało. Prawie. Pocałował mnie przy drzwiach. Jego usta były szorstkie, natarczywe, pachniał whisky i pożądaniem. Przez chwilę moje ciało zareagowało. Czułam ciepło w podbrzuszu, prąd na karku. Chciałam go wciągnąć do środka, zerwać z siebie ubranie i być dzika.
Ale potem zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu: „Mama”. Dźwięk dzwonka był jak kubeł zimnej wody. Odepchnęłam go.
– Nie mogę – powiedziałam, dysząc. – Mam męża.
– To po co tu ze mną przyszłaś? – zapytał zdziwiony.
– Żeby poczuć, czy jeszcze potrafię cokolwiek czuć – rzuciłam i zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem.
Miarka się przebrała
Przepłakałam całą noc na hotelowej podłodze. Nie z żalu za nim. Z żalu za sobą. Zrozumiałam, że jestem tak głęboko zaprogramowana, że nawet zdrada wydaje mi się niemożliwa, bo matka byłaby zawiedziona. Jej głos jest w mojej głowie nawet wtedy, gdy jestem trzysta kilometrów dalej. Po powrocie Sławek czekał na dworcu z kwiatami.
– Tęskniłem – powiedział.
A ja, patrząc na niego, poczułam nienawiść. Czystą, gorącą nienawiść. Nie do niego. Do tego bukietu, do tego uśmiechu, do tego, że on jest taki… poprawny. W domu czekała już matka z obiadem.
– Jak było? Na pewno jadłaś tam same śmieci. Zrobiłam gołąbki.
Usiadłam do stołu. Sławek zaczął opowiadać o tym, że naprawił kran pod moją nieobecność. Matka kiwała głową z uznaniem.
– Prawdziwy mężczyzna w domu to skarb, Aldonko. Pamiętaj o tym.
Wtedy pękła we mnie jakaś mała sprężyna.
– A co, jeśli ja nie chcę skarbu? – powiedziałam głośno.
Zapadła cisza. Sławek przestał przeżuwać. Matka odłożyła widelec z brzękiem o talerz.
– Co powiedziałaś? – zapytała cicho, tonem, który zapowiadał burzę.
– Co, jeśli wolałabym żyć sama, w bałaganie, jedząc pizzę i nie mając „skarbu”? Co, jeśli jestem nieszczęśliwa, mamo?
Postawiłam się
Moje serce waliło jak młot. To było to. Moment prawdy. Matka wstała powoli. Podeszła do mnie i położyła mi rękę na czole.
– Masz gorączkę? Jesteś przemęczona tą pracą. Sławku, nalej jej wody. Bredzi.
– Nie bredzę! – krzyknęłam, wstając. Krzesło przewróciło się z hukiem. – Nienawidzę tego mieszkania, nienawidzę tych niedzielnych obiadów, nienawidzę tego, że ułożyłaś mi życie jak puzzle, w których brakuje najważniejszego elementu!
Sławek wyglądał na przerażonego. Patrzył to na mnie, to na matkę. A ona? Ona się nawet nie skrzywiła.
– Usiądź, Aldono – powiedziała lodowatym tonem. – Zachowujesz się jak histeryczka. Jak twój ojciec, kiedy wpadał w te swoje artystyczne nastroje. Wiesz, ile dla ciebie poświęciłam? Wiesz, ile nas kosztowało to mieszkanie? Wiesz, jak bardzo Sławek cię kocha? Chcesz to wszystko zniszczyć, bo masz jakiś kaprys? Bo ci się nudzi w dobrobycie?
Patrzyła mi prosto w oczy. Jej wzrok był jak świder. Widziałam w nim coś strasznego – absolutną pewność, że ma rację. Że jestem niewdzięcznym bachorem, który nie rozumie, czym jest dobre życie.
Nie miałam siły
Poczułam, jak uchodzi ze mnie powietrze. Jak ten nagły zryw buntu maleje, kurczy się i zmienia w brudną plamę na dywanie. Spojrzałam na Sławka, który trzymał szklankę z wodą jak relikwię. Na matkę, która była opoką, tyranią i bezpieczeństwem w jednym. Nie mam dokąd pójść. Nie mam oszczędności, bo mamy wspólne konto. Nie mam przyjaciół – odeszli, bo Sławek ich męczył. Nie mam siły.
– Przepraszam – szepnęłam, podnosząc krzesło. – Masz rację, mamo. To chyba zmęczenie po podróży.
– No, mam nadzieję – odparła, siadając z powrotem. – Zjedz gołąbka, póki ciepły.
Od tamtej pory gram jeszcze lepiej. Uśmiecham się szerzej. Sławek jest zadowolony, matka triumfuje. Najgorsza prawda jest taka, że to nie matka jest moim największym wrogiem. To ja. Jestem tchórzem. Wygoda mnie znieczuliła. Strach przed samotnością i oceną społeczeństwa jest silniejszy niż pragnienie wolności.
Matka wygrała. Zawsze wygrywa. Ale czasami, w środku nocy, śni mi się zapach terpentyny i czuję, że gdzieś tam, w alternatywnej rzeczywistości, inna Aldona właśnie pije tanie wino w Rzymie i śmieje się głośno. I tylko ta myśl pozwala mi rano wstać z łóżka.
Aldona, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na weselu kuzynki zatańczyłam z przeszłością. Na jedną noc zeszłam się z eks, ale skończyło się wstydem i upokorzeniem”
- „Przyjaciel męża bardzo pomógł mi po jego śmierci. Tak się mną zaopiekował, że wkrótce zostaliśmy parą”
- „Mąż nie lubił zimy, ale chętnie wychodził z córką na sanki. W końcu Zuzia zdradziła mi, co tata wtedy naprawdę robił”

