Reklama

Od zawsze czułam ciężar wzroku mojej matki na sobie. Każdy mój ruch pozostawał pod jej lupą, a najmniejszy szczegół z mojego życia natychmiast stawał się tematem do jej komentarza. Kiedy wchodziłam do kuchni, widziałam, jak spogląda na moje talerze i na to, co wkładam do lodówki. Nawet moje prywatne rzeczy nie były bezpieczne: szuflada z bielizną, notatki, drobiazgi, które chciałam zachować dla siebie, zawsze były przedmiotem jej wnikliwej obserwacji. Nie umiałam się temu sprzeciwić, bo bałam się jej reakcji, a mimo dorosłego wieku czułam się jak dziecko, które musi tłumaczyć każdy gest.

To był początek dnia

Każdego ranka, zanim zdążyłam wstać, słyszałam już kroki matki w kuchni. Nie mogłam nawet sięgnąć po kubek z kawą, nie czując jej spojrzenia. Jej obecność była wszechobecna i niepokojąca. Nawet kiedy starałam się zająć czymś innym, wiedziałam, że za chwilę spojrzy w moje notatki, sprawdzi, co jem, ile i kiedy. Najbardziej niepokojące było to, że zaglądała do lodówki z takim samym zainteresowaniem, z jakim obserwowała moje oceny czy wiadomości w telefonie.

— Co masz zamiar zjeść na śniadanie? — usłyszałam jej głos zza pleców.

Nie odpowiedziałam od razu, czując, że każda sekunda milczenia zwiększa jej irytację.

— Nie mów mi, że sama zdecydujesz… — dodała z lekkim sarkazmem.

Odłożyłam kromkę chleba, próbując ukryć napięcie, które ściskało mi gardło. Jej kontrola nie ograniczała się tylko do jedzenia. Szuflada z bielizną była kolejnym miejscem, które musiała sprawdzić. Nieraz otwierałam ją i zastawałam ją tam, jakby oceniała, czy wszystko jest na swoim miejscu, czy niczego nie ukrywam.

Uporządkuj swoje rzeczy — powiedziała pewnym tonem, gdy odkryła, że jedna z moich bluzek nie leży idealnie złożona.

Nie mogłam się odezwać, bo każda próba wyjaśnienia czegokolwiek kończyła się ostrym wzrokiem i komentarzem o mojej „nieporadności”. Czułam się jak więzień w swoim własnym domu, a każdy ruch był oceniany. Kiedy w końcu udało mi się wyjść z kuchni, serce biło mi tak mocno, że bałam się, że usłyszy każdy jego łomot. Wiedziałam, że nie mogę jej przeciwstawić, bo wtedy konflikt byłby nieunikniony. To był początek dnia, a ja już byłam zmęczona odczuwaniem jej obecności i kontroli, która przenikała każdy zakamarek mojego życia.

Próbowałam zachowywać się naturalnie

Nie mogłam się czuć swobodnie nawet w swoim pokoju. Matka często zaglądała do mojej szuflady z ubraniami, czasem sprawdzając, czy nie włożyłam tam czegoś, co według niej nie powinno się tam znaleźć. Czułam się jak w muzeum, gdzie każda rzecz była pod obserwacją kuratora. Nawet gdy wychodziłam z domu na krótki spacer, nie mogłam być pewna, że nie przyjdzie sprawdzić, co robię, gdzie idę i z kim się spotykam.

— Znowu wychodzisz tak późno? — zapytała pewnego popołudnia, kiedy przygotowywałam się do wyjścia.

Tylko na spacer — odpowiedziałam cicho, wiedząc, że każda moja odpowiedź będzie analizowana.

— Hmm, sama, tak? — dodała, unosząc brew w sposób, który sprawiał, że czułam się winna, mimo że nie zrobiłam nic złego.

Próbowałam zachowywać się naturalnie, ale jej obecność była jak cień, którego nie dało się zgubić. W kuchni znowu przyglądała się temu, co wkładałam do lodówki, zaglądała do szafek, sprawdzała, czy porządek w szufladach jest jej zdaniem wystarczający. Każda próba zignorowania jej kończyła się komentarzem, czasem tylko szeptem, który jednak brzmiał jak wyrok:

— Wiesz, mogłabyś lepiej zadbać o porządek

Nie potrafiłam jej powiedzieć, że jestem dorosła i mogę sama decydować, co i gdzie trzymam. Każde słowo sprzeciwu spotykało się z ostrym spojrzeniem lub cichym pomrukiem dezaprobaty, który sprawiał, że czułam się jak dziecko przyłapane na przewinieniu. Czułam frustrację, narastającą z każdą minutą, kiedy jej kontrola przenikała wszystkie moje działania, nawet te najprostsze, jak przygotowanie herbaty czy ułożenie ubrań w szufladzie.

— Naprawdę musisz trzymać te rzeczy tutaj? — rzuciła wreszcie, wskazując na moje notatki, które miały pozostać tylko dla mnie.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Chciałam krzyczeć, uciec, zamknąć drzwi i mieć wreszcie trochę prywatności, ale nie mogłam. Wiedziałam, że każda moja reakcja zostanie odnotowana i oceniona. Ten dzień minął powoli, pod ciężarem jej spojrzenia, a ja czułam się zmęczona, jakbym prowadziła niekończącą się walkę o własną przestrzeń.

Powoli tracę cierpliwość

Nawet jeśli chciałam odetchnąć, poczytać książkę czy w spokoju posiedzieć przy komputerze, wiedziałam, że jej wzrok jest wszędzie. Nie mogłam nawet otworzyć szuflady z bielizną bez poczucia, że ona w tym momencie decyduje, co jest dla mnie właściwe, a co nie.

Znowu siedzisz przy komputerze? — zapytała pewnego wieczoru, stojąc w progu mojego pokoju.

— Tak, chcę skończyć ten projekt — odpowiedziałam spokojnie, choć w środku rosło we mnie napięcie.

— Hmm… A wszystko na swoim miejscu w lodówce? — dodała, wkradając się w każdy szczegół mojego życia.

Nie potrafiłam odpowiedzieć, bo każda próba sprzeciwu kończyła się jej wzrokiem pełnym niezadowolenia. Każda moja próba zachowania przestrzeni osobistej kończyła się napięciem w powietrzu, które czułam na każdym kroku. Nie mogłam powiedzieć prawdy — że to moje życie, moje wybory, moja prywatność. Każde słowo sprzeciwu mogło sprowokować awanturę, więc milczałam, udając, że wszystko jest w porządku.

Czułam jednak, że powoli tracę cierpliwość i własną przestrzeń mentalną. Każdy dzień z jej kontrolą był jak test, w którym zawsze przegrywałam, bo nigdy nie mogłam być wystarczająco dobra w jej oczach. Kiedy wreszcie udało mi się zamknąć drzwi do pokoju, serce biło mi tak mocno, że czułam każdy jego uderzenie. Wiedziałam, że nawet w tym momencie nie mogę poczuć spokoju, bo jutro kontrola powróci, a z nią poczucie, że nie jestem sobą, że każda moja decyzja jest nie dość dobra, nie dość uważna, nie dość… moja.

Walczyłam o swoją przestrzeń

Każdy mój dzień zaczynał się od małych napięć i kończył na wyczerpaniu. Matka potrafiła pojawić się w moim pokoju bez pukania, przeglądać moje rzeczy, zaglądać do szuflady z bielizną, sprawdzać lodówkę, notatki, a nawet książki, które czytałam. Jej kontrola była wszechobecna, a ja żyłam w ciągłym strachu, że coś jej się nie spodoba. Nie mogłam pozwolić sobie na chwile swobody, bo każda z nich była natychmiast weryfikowana jej spojrzeniem.

— Kiedy w końcu posprzątasz w szufladzie? — zapytała pewnego popołudnia, unosząc brwi w sposób, który zawsze mnie peszył.

— Już sprzątam — odpowiedziałam cicho, choć wiedziałam, że to nie wystarczy, by ją uspokoić.

— Hmm… A lodówka? Sprawdziłaś, czy wszystko jest poukładane jak należy? — dodała, patrząc, jak wypełniam kubki wody i chowam resztki jedzenia.

Nie mogłam powiedzieć, że to moje życie, że moja przestrzeń powinna należeć do mnie. Nawet chwila relaksu była niemożliwa, bo wiedziałam, że jej obserwacja może nadejść w każdej sekundzie.

— Może powinnaś się trochę bardziej starać — powiedziała wreszcie, unosząc ręce w geście dezaprobaty.

Nie miałam odwagi odpowiedzieć, więc tylko milczałam, starając się zachować spokój. Czułam, jak narasta we mnie frustracja i bezsilność. Każdy gest, każda decyzja, nawet najmniejsza, była pod jej kontrolą. Każdego dnia walczyłam o swoją przestrzeń, a mimo to wydawało się, że wszystko, co robię, jest niewystarczające. Wiedziałam, że jutro wszystko zacznie się od nowa: kontrola, obserwacja, sprawdzanie mojej lodówki, szuflady, ubrań, notatek… i ja znów będę musiała udawać, że wszystko jest w porządku, choć czułam, że coraz trudniej mi zachować spokój.

Jej spojrzenie było ciężkie

Pewnego dnia poczułam, że nie mogę już dłużej żyć pod jej stałą obserwacją. Wiedziałam, że muszę coś zmienić, zanim całkowicie zatracę własną przestrzeń i poczucie wolności. Spakowałam kilka rzeczy, rzeczy, które były tylko moje.

— Dokąd idziesz? — usłyszałam jej głos, gdy zamykałam drzwi.

Muszę mieć trochę przestrzeni — odpowiedziałam, starając się zachować spokój, choć serce biło mi jak oszalałe.

Nie było odwrotu. Wiedziałam, że jeśli zostanę, jej kontrola nigdy się nie skończy. Lodówka, szuflada, notatki — wszystko stało się symbolem mojej bezsilności. Wyprowadzka była jedynym sposobem, by odzyskać siebie.

— Nie myśl, że to cię uratuje — powiedziała, a w jej głosie słychać było mieszankę złości i rozczarowania.

— Nie chodzi o ucieczkę — odpowiedziałam cicho. — Chodzi o mnie.

Jej spojrzenie było ciężkie, ale nie mogłam pozwolić sobie na cofnięcie się. Krok po kroku oddalałam się od domu, od jej kontroli, od poczucia, że każdy mój gest jest niewłaściwy. Czułam, jak ciężar spada z moich ramion. W końcu mogłam oddychać. Moja przestrzeń, moja wolność, moje życie — wszystko zaczynało należeć do mnie. Nie było łatwo. Każdy dzień wymagał odwagi i zdecydowania, by nie wracać do starej rutyny, do domu, gdzie prywatność była luksusem, a kontrola codziennością. Na szczęście odzyskałam siebie.

Lidia, 25 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama