„Matka skrytykowała moje ciasto na pierogi i się zaczęło. Nie wytrzymałam i w końcu powiedziałam, co o niej myślę”
„Otworzyłam drzwi do przedpokoju i zamknęłam je za sobą z takim impetem, że aż zadźwięczała szyba w kredensie. Stałam przez chwilę na klatce schodowej, z bijącym sercem i mąką na rękawach. Po raz kolejny uciekłam zamiast zostać i powiedzieć to wszystko spokojnie. Tylko czy w tej kuchni kiedykolwiek było miejsce na spokojne rozmowy?”.

- Redakcja
Kiedy mama zaproponowała wspólne lepienie pierogów, poczułam coś na kształt ulgi. Ostatnie miesiące były napięte, pełne niedopowiedzeń i drobnych złośliwości, które niby nic nie znaczyły, a jednak zostawały pod skórą. Myślałam, że mąka, stolnica i zapach farszu pomogą nam wrócić do dawnych, spokojniejszych relacji. Nie przypuszczałam, że wystarczy jedno zdanie o cieście, bym wyszła z kuchni, trzaskając drzwiami.
Matka mnie krytykowała
Weszłam do domu rodziców z torbą pełną składników, choć mama zawsze powtarzała, że wszystko ma.
– Po co to dźwigasz? – westchnęła już w progu. – U mnie niczego nie brakuje.
– Wiem, mamo. Po prostu chciałam pomóc – odpowiedziałam, zdejmując płaszcz.
W kuchni było ciepło, szyby lekko zaparowane, a na stole leżała ogromna misa z mąką. Tata siedział przy oknie i obierał cebulę, nucąc pod nosem starą piosenkę. Przez chwilę poczułam się jak kiedyś, gdy jako dziecko podkradałam skrawki ciasta i udawałam, że pomagam. Zaczęłyśmy wyrabiać. Mama robiła to pewnie, energicznie, jakby jej dłonie znały każdy ruch na pamięć. Ja starałam się nadążyć.
– Dolej trochę wody – rzuciła, nie patrząc na mnie.
Dolałam.
– Za dużo – stwierdziła po sekundzie. – Ciasto nie może być takie rzadkie.
Zagryzłam wargę.
– Myślałam, że mówiłaś „trochę więcej”.
– Ja zawsze mówię „trochę”, a ty zawsze rozumiesz „za dużo” – odpowiedziała spokojnie, ale w jej głosie zabrzmiała nuta, którą dobrze znałam.
Tata uniósł wzrok znad cebuli.
– Dajcie spokój, dziewczyny. To tylko ciasto.
Mama zaczęła podsypywać mąkę.
– Zobacz, jakie się klei. Trzeba było słuchać.
Poczułam, jak wzbiera we mnie złość.
– Mamo, to naprawdę nie jest wielka tragedia.
– Oczywiście, że nie. Ja tylko poprawiam – odparła. – Zawsze muszę poprawiać.
Te słowa zawisły w powietrzu ciężej niż mąka, która osiadała na blacie. „Zawsze muszę poprawiać”. Nie chodziło już o ciasto.
– Czyli znowu robię wszystko źle? – zapytałam, odkładając wałek.
– Nie przesadzaj. Mówię tylko, że trzeba uważać. W pracy też tak wszystko robisz na oko?
Zamarłam.
– Co ma do tego moja praca?
– Nic. Po prostu pytam.
Ale wiedziałam, że nie „po prostu”. Od kiedy zmieniłam pracę na mniej stabilną, mama co chwilę wracała do tematu. „A może jednak coś pewniejszego?”, „Nie boisz się, że to chwilowe?”. Teraz wystarczyła miska z ciastem, żeby znów to usłyszeć między wierszami.
Nie chciałam być oceniana
Odezwałam się do niej po dłuższej chwili milczenia.
– Może po prostu pozwól mi zrobić po swojemu – powiedziałam ciszej.
– A potem będziemy jeść twarde pierogi? – odpowiedziała bez uśmiechu.
Tata chrząknął, jakby chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. W kuchni zrobiło się duszno.
– Wiesz co, mamo? – podniosłam głos, zanim zdążyłam się powstrzymać. – Mam trzydzieści dwa lata. Naprawdę umiem zrobić ciasto.
– To czemu za każdym razem wychodzi inaczej? – odbiła.
Zobaczyłam, że w jej oczach nie ma złości, raczej zmęczenie i coś, co przypominało rozczarowanie. Tylko że ja miałam dość bycia projektem do poprawy.
– Może dlatego, że nie jestem tobą – powiedziałam.
Mama odłożyła dłonie na stół.
– Nie musisz być mną. Wystarczy, że przestaniesz wszystko odbierać jak atak.
To było za dużo. Odsunęłam krzesło tak gwałtownie, że zaskrzypiało o podłogę.
– Nie odbieram jak atak. Ja po prostu mam dość ciągłego oceniania.
– To nie ocena, tylko doświadczenie – odpowiedziała chłodno.
Nie pamiętam nawet, kiedy znalazłam się przy drzwiach. Chwyciłam torebkę.
– Idę się przewietrzyć.
– Teraz? Zostawisz nas z tym bałaganem? – zapytała.
Nie odpowiedziałam. Otworzyłam drzwi do przedpokoju i zamknęłam je za sobą z takim impetem, że aż zadźwięczała szyba w kredensie. Stałam przez chwilę na klatce schodowej, z bijącym sercem i mąką na rękawach. Z kuchni nie dochodził już żaden dźwięk. Po raz kolejny uciekłam zamiast zostać i powiedzieć to wszystko spokojnie. Tylko czy w tej kuchni kiedykolwiek było miejsce na spokojne rozmowy?
Miałam dość jej uwag
Oparłam się plecami o chłodną ścianę i przez chwilę patrzyłam w dół, na wycieraczkę z wyblakłym napisem „Witamy”. Serce waliło mi jak oszalałe, a w głowie wciąż słyszałam: „Zawsze muszę poprawiać”. To zdanie nie dotyczyło tylko ciasta. Ono towarzyszyło mi od lat. Z dołu dobiegł mnie stukot czyichś kroków. Sąsiadka z pierwszego piętra spojrzała na mnie z zaciekawieniem.
– Wszystko w porządku, Haniu? – zapytała.
– Tak, tylko za ciepło w kuchni – odpowiedziałam z wymuszonym uśmiechem.
Wyszłam przed blok. Powietrze było ostre, chłodne, zupełnie inne niż duszna atmosfera w środku. Usiadłam na ławce i wyciągnęłam telefon. Przez chwilę wpatrywałam się w ekran, aż w końcu wybrałam numer do młodszej siostry.
– Już się pokłóciłyście? – odebrała bez przywitania.
– Skąd wiesz?
– Bo znam was obie. O co tym razem?
Zawahałam się.
– O ciasto.
Po drugiej stronie zapadła cisza, a potem krótki śmiech.
– Serio?
– To nie chodzi o ciasto – syknęłam. – Ona znowu zaczęła. O pracy, o tym, że wszystko robię na oko. Jakbym wciąż była w liceum.
– Hania… – westchnęła Zosia. – Mama po prostu się martwi.
– Martwi się czy kontroluje? – zapytałam ostro.
Zosia nie odpowiedziała od razu.
– Pamiętasz, jak rok temu powiedziała mi, że powinnam „rozsądniej” wybrać kierunek studiów? – odezwała się w końcu. – Też się wściekłam, ale potem z nią pogadałam. Bez trzaskania drzwiami.
Poczułam ukłucie.
– Czyli to ja przesadzam?
– Nie. Tylko uciekasz, zanim powiesz, co naprawdę czujesz.
Zacisnęłam palce na telefonie.
– A co mam powiedzieć? Że mam dość bycia poprawianą? Że czuję się przy niej jak ktoś, kto ciągle zdaje egzamin?
– Właśnie to – odpowiedziała spokojnie.
Rozłączyłyśmy się, a ja siedziałam jeszcze chwilę, obserwując ludzi przechodzących z torbami zakupów. W oknie mieszkania rodziców paliło się światło. Widziałam cień taty, który przesuwał się od stołu do zlewu.
Próbowałam się z nią dogadać
Nagle telefon zawibrował. Wiadomość od taty: „Wracaj. Pierogi same się nie ulepią”. Uśmiechnęłam się mimowolnie. Tata zawsze był mediatorem, choć rzadko stawał po czyjejś stronie wprost. Wstałam, ale nogi miałam ciężkie. Wiedziałam, że jeśli wrócę tylko po to, by dalej udowadniać swoje racje, to znowu skończy się tak samo. A jednak coś mnie ciągnęło do tej kuchni – może wspomnienie z dawnych lat, kiedy mama pozwalała mi lepić krzywe pierogi i mówiła, że „najważniejsze, że robimy je razem”.
Weszłam cicho do mieszkania. W przedpokoju było spokojnie. Z kuchni dochodził stukot talerzy. Stanęłam w drzwiach. Mama stała przy blacie, odwrócona do mnie plecami. Tata siedział przy stole i sklejał pierogi z miną skupionego dziecka.
– Już wróciłaś? – zapytał lekko.
– Tak.
Mama nie odwróciła się od razu.
– Ciasto odpoczęło – powiedziała w końcu. – Łatwiej się wałkuje.
Brzmiało to zwyczajnie, ale czułam, że pod tą zwyczajnością kryje się napięcie.
– Mamo… – zaczęłam, ale głos mi zadrżał. – Ja naprawdę staram się robić wszystko dobrze. Nie tylko w kuchni.
Odłożyła wałek i wytarła ręce w ściereczkę.
– Wiem.
To jedno słowo zbiło mnie z tropu.
– Tylko czasem mam wrażenie, że cokolwiek zrobię, i tak będzie do poprawy – dodałam ciszej.
Mama spojrzała na mnie uważnie.
– Myślisz, że ja nie mam takiego wrażenia wobec siebie? – zapytała nagle.
Nie spodziewałam się tego.
– Co masz na myśli?
– Twoja babcia była jeszcze bardziej wymagająca niż ja. Zawsze mówiła, że mogłam zrobić coś lepiej. Obiecałam sobie, że nie będę taka. – Uśmiechnęła się krzywo. – A chyba wyszło inaczej.
W kuchni zapadła cisza, ale tym razem nie była ciężka. Tata odchrząknął.
– Może zamiast analizować, ktoś w końcu poda mi farsz? – wtrącił z udawaną powagą.
Nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem. Mama też, ale w jej oczach wciąż widziałam coś niedopowiedzianego. Czułam, że to dopiero początek rozmowy, której unikałyśmy od lat.
Powiedziałyśmy sobie prawdę
Tata rozładował napięcie żartem, ale to, co zostało między mną a mamą, nie zniknęło samo. Podeszłam do stołu i bez słowa wzięłam kawałek ciasta. Było gładkie, sprężyste – idealne. Mama podała mi wałek.
– Spróbuj teraz – powiedziała ciszej.
Rozwałkowałam cienki placek. Tym razem nic nie komentowała. Wykroiłam kółka i zaczęłam nakładać farsz.
– Za dużo – rzucił tata z uśmiechem.
Spojrzałam na niego groźnie, a on uniósł ręce w geście poddania. Mama obserwowała mnie przez chwilę.
– Hania – zaczęła powoli – ja naprawdę nie chcę cię poprawiać dla zasady. Po prostu… boję się o ciebie.
Westchnęłam.
– Wiem. Tylko że kiedy mówisz to w taki sposób, czuję się, jakbym wciąż była dziewczynką, która nie umie zawiązać butów.
Mama usiadła naprzeciwko mnie.
– Może trudno mi pogodzić się z tym, że już nie muszę cię prowadzić za rękę – przyznała. – Kiedy zmieniłaś pracę, kiedy wyprowadziłaś się tak daleko… poczułam, że cię tracę. A ja całe życie wierzyłam, że jeśli będę czuwać, wszystko będzie jak dawniej.
– Ale ja nie chcę, żebyś nade mną czuwała. Chcę, żebyś mi ufała.
To było pierwsze tak proste zdanie, jakie padło tego dnia. Mama spuściła wzrok na pierogi.
– Ufam ci – powiedziała po chwili. – Tylko muszę się nauczyć nie wtrącać w każdy szczegół.
– A ja muszę przestać uciekać przy pierwszej uwadze – odpowiedziałam.
Tata wstał i postawił przed nami talerz z gotowymi pierogami.
– To co, rozejm przy kolacji? – zapytał.
Spojrzałyśmy na siebie z mamą. Kiwnęłam głową.
– Rozejm – powiedziałyśmy niemal jednocześnie.
Gotowałyśmy w ciszy, ale była to zupełnie inna cisza niż wcześniej. Gdy usiadłyśmy do stołu, mama spróbowała pierwszego pieroga, tego, którego lepiłam już po powrocie.
– Dobry – stwierdziła krótko.
Uniosłam brwi.
– Tylko dobry?
Uśmiechnęła się lekko.
– Bardzo dobry. Może nawet lepszy niż moje.
To był drobiazg, ale dla mnie znaczył więcej niż długie przemowy. Nie musiałam już walczyć o każdą decyzję ani udowadniać, że dorosłam. Wystarczyło, że powiedziałyśmy sobie prawdę. Kiedy wychodziłam wieczorem z torbą pełną pierogów, mama przytuliła mnie mocno.
– Następnym razem ty będziesz dowodzić w kuchni – szepnęła.
– Zastanowię się – odparłam z uśmiechem.
Schodząc po schodach, pomyślałam, że to nie było tylko lepienie pierogów. To było odzyskanie roli córki, która już nie musi być poprawiana na każdym kroku. A jeśli nawet czasem usłyszę uwagę o cieście, spróbuję najpierw zapytać, co naprawdę się za nią kryje. Tym razem drzwi zamknęłam cicho.
Hanna, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wysłałam męża na ferie, bo miałam robić remont, ale zamiast fachowca przyszedł kochanek. Wyszło taniej i przyjemniej”
- „Wzięłam kredyt na remont poddasza dla córki i zięcia. Rachunki rosły, a moja emerytura topniała jak śnieg w marcu”
- „W sanatorium leżałam w borowinach i cudzych ramionach. Dałam się oszukać i na stare lata zostanę samotną matką”

