„Matka ma pretensje, że uciekłam ze wsi do miasta. Marzę o czymś więcej niż gromadzie dzieci i schabowym co niedzielę”
„Czułam coraz większy ciężar na sercu. Nie byłam w stanie powiedzieć, czy to podekscytowanie, czy raczej strach. Matka nie odzywała się do mnie cały dzień, jakby czekała, aż sama do niej podejdę. W końcu nie wytrzymałam”.

- Redakcja
Dorastałam w małej wiosce, gdzie życie toczyło się według stałego rytmu. Urodzić się, chodzić do szkoły, znaleźć pracę w okolicy, wyjść za mąż, mieć dzieci, doglądać rodziców na starość i umrzeć w tym samym domu, w którym się dorastało. Dla większości moich znajomych to było wystarczające. Dla mnie – nigdy.
Miałam ambicje
Już jako dziecko marzyłam o czymś więcej. Chciałam podróżować, mieć pracę, która będzie mnie ekscytować, zarabiać własne pieniądze, być niezależna. Gdy inne dziewczyny w moim wieku plotkowały o tym, który chłopak poprosił je do tańca na zabawie, ja czytałam o kobietach, które zdobywały świat. Matka powtarzała wtedy:
– Przestań bujać w obłokach. Kobieta powinna myśleć przede wszystkim o rodzinie, a nie o głupich rzeczach.
Gdy dostałam pracę w dużej, zagranicznej korporacji, miałam wrażenie, że wreszcie zrobiłam pierwszy krok ku wolności. Wciąż pamiętam ten dzień. Zadzwoniłam do matki, podekscytowana, chcąc podzielić się swoją radością.
– Mamo, dostałam pracę w Warszawie! Będę zarządzać projektami w międzynarodowej firmie!
Cisza w słuchawce trwała dłużej niż się spodziewałam. A potem usłyszałam ten ton zawodu i pretensji.
– A jeśli zachoruję? A jeśli mnie zabraknie? Nawet nie pomyślałaś!
Nie była dumna
Dzień przed wyjazdem spakowałam walizki i z każdą kolejną rzeczą wrzucaną do środka czułam coraz większy ciężar na sercu. Nie byłam w stanie powiedzieć, czy to podekscytowanie, czy raczej strach. Matka nie odzywała się do mnie cały dzień, jakby czekała, aż sama do niej podejdę. W końcu nie wytrzymałam.
– Chcesz porozmawiać? – zapytałam, stając w progu kuchni.
Obierała ziemniaki. Jeden wypadł jej z rąk i potoczył się po podłodze. Podniosła go, a potem spojrzała na mnie takim wzrokiem, że aż mnie ścisnęło w środku.
– A o czym tu rozmawiać? – prychnęła. – Już postanowiłaś.
– Mamo, przecież wiesz, że to dla mnie ważne. To ogromna szansa.
– Szansa na co? Żeby zapomnieć o rodzinie? – odłożyła nóż i otarła dłonie o fartuch. – Wiesz, co mi powiedziała sąsiadka? Że teraz młodzi nie mają już wstydu. Wyjeżdżają, zostawiają rodziców i myślą tylko o sobie.
Westchnęłam ciężko. Nie chciałam kolejny raz słuchać tego samego.
– Nikt nikogo nie zostawia. Przecież będę przyjeżdżać, dzwonić…
– Dzwonić? – Matka uniosła brwi. – Boże, dziewczyno, co ja z tego będę miała? Głos w słuchawce zamiast córki? A jak coś mi się stanie?
Wpadła w histerię
– Nie dramatyzuj, nic ci się nie stanie.
– A jak się stanie? Co wtedy? Przylecisz na pogrzeb, wielka pani z miasta?
To było okrutne. Poczułam, jak coś mnie ściska w gardle, ale nie dałam się sprowokować.
– Chcę po prostu żyć po swojemu.
– Po swojemu… – powtórzyła z goryczą. – A gdzie w tym wszystkim jestem ja? Całe życie cię wychowywałam, poświęcałam się, a teraz ty mi mówisz, że chcesz żyć po swojemu?
– Sama podjęłaś decyzję, żeby zostać tu, założyć rodzinę, poświęcić się. Ja chcę inaczej.
Patrzyła na mnie długo, a w jej oczach nie widziałam już tylko złości. Było tam coś więcej – może rozczarowanie, a może smutek, którego nie chciała okazać. W końcu odwróciła się do mnie plecami i zaczęła ponownie obierać ziemniaki.
– Będziesz tego żałować. Zobaczysz, że nie będziesz miała do kogo wrócić.
Nie odpowiedziałam. Nie było już sensu. Poszłam do swojego pokoju, gdzie stała moja spakowana walizka. Rano miałam wyjechać. Czułam, że coś w moim życiu właśnie pękło i nie byłam pewna, czy da się to jeszcze posklejać.
Miała pretensje
Warszawa pachniała inaczej. Mniej było w niej wilgoci, mniej znajomych zapachów starych domów, palonych liści, tego specyficznego powietrza, którym oddychałam przez całe życie. Tu wszystko było szybsze, głośniejsze i obce. Ale to było moje nowe życie i nie zamierzałam się cofać.
Praca pochłonęła mnie od razu. Długie godziny w biurze, spotkania, maile, projekty, terminy, których nie można było przekroczyć. Czułam zmęczenie, ale było to dobre zmęczenie, takie, które sprawia, że człowiek zasypia z satysfakcją. Wreszcie robiłam coś, co miało znaczenie. Czułam, że mam kontrolę nad swoim życiem.
Matka dzwoniła coraz rzadziej, a kiedy już to robiła, nasze rozmowy wyglądały zawsze tak samo.
– Sąsiadka pytała mnie ostatnio, kiedy wreszcie przyjedziesz, bo córka Zosi wraca co tydzień. A ty? Zapomniałaś, gdzie twój dom?
– Mamo, mam bardzo dużo pracy. Poza tym to nie jest tak, że zapomniałam. Po prostu…
– Po prostu nie masz czasu dla własnej matki.
Czasem próbowałam przekierować rozmowę na inne tematy. Pytałam, co u niej, co u sąsiadów, czy zdrowie w porządku. Ale zawsze wracała do tego samego.
– Ty nawet nie wiesz, co tu się dzieje. Ciebie to nie obchodzi.
– Gdyby mnie nie obchodziło, nie dzwoniłabym, prawda?
– Dzwonić to nie to samo, co być.
Musiałam wrócić
Za każdym razem, gdy odkładałam telefon, czułam się winna. Przecież dzwoniłam, pomagałam jej finansowo, pamiętałam o jej urodzinach. Co jeszcze mogłam zrobić?
Pewnego dnia przyszłam do mieszkania późno, wykończona kolejnym dniem pełnym spotkań. Usiadłam na kanapie, włączyłam telefon i zobaczyłam pięć nieodebranych połączeń. Wszystkie od matki. Serce zabiło mi szybciej. Oddzwoniłam natychmiast, ale zamiast matki odezwała się sąsiadka.
– Asiu, dzwoniłam, bo twoja mama gorzej się czuje. Może powinnaś przyjechać.
Bilety na pociąg kupiłam tego samego wieczoru. Całą drogę do domu patrzyłam przez okno, choć nie widziałam nic poza zamazanymi światłami mijanych stacji. Gdy wysiadłam na peronie, przez chwilę stałam w miejscu, niepewna, czy dobrze robię, wracając.
Sąsiadka czekała na mnie pod domem.
– Dobrze, że przyjechałaś – powiedziała cicho. – Nie jest dobrze.
Weszłam do środka i przez moment miałam wrażenie, że nic się nie zmieniło. Te same meble, ten sam zapach gotowanego rosołu, który wsiąkł w ściany przez lata. Tylko matka wyglądała inaczej. Była chudsza, jakby skurczona. Siedziała na fotelu i patrzyła na mnie tak, jakby nie mogła uwierzyć, że naprawdę tu jestem.
Była obrażona
– No proszę, wielka pani raczyła wrócić – mruknęła, ale jej głos był słabszy niż zapamiętałam.
– Mamo, co się stało?
– A co miało się stać? – wzruszyła ramionami. – Człowiek się starzeje, to i choruje. Ale ty masz ważniejsze sprawy w Warszawie.
Westchnęłam ciężko. Nie miałam siły na kolejną kłótnię. Usiadłam obok niej i wzięłam ją za rękę. – Lekarz coś mówił?
– Mówił. Że serce słabe, że trzeba dbać, mniej się denerwować – spojrzała na mnie znacząco.
Siedziałyśmy w milczeniu, a ja nagle poczułam, że ten dom już nie jest mój. Że jestem tu tylko gościem, który nie pasuje do tej układanki.
Następnego dnia poszłam na cmentarz. Nie wiem dlaczego. Może chciałam pobyć chwilę sama, może potrzebowałam przypomnieć sobie, skąd pochodzę. Stałam nad grobem babci, próbując zebrać myśli, gdy usłyszałam za plecami czyjeś kroki.
– No, jednak sobie przypomniałaś.
Odwróciłam się i zobaczyłam ciotkę.
– Wszyscy wiedzą, że porzuciłaś matkę, że nie dzwonisz, nie przyjeżdżasz. Myślisz, że ludzie nie gadają?
Nakłamała o mnie
Zacisnęłam pięści.
– Przecież dzwoniłam, pomagałam jej, wysyłałam pieniądze.
Ciotka uśmiechnęła się krzywo.
– Może i tak. Ale wiesz, co mówiła twoja matka? Że nie odbierasz, że nie masz dla niej czasu. Że zapomniałaś o rodzinie.
Słowa ciotki dudniły mi w głowie jeszcze długo po tym, jak się oddaliła. To nie była prawda. Wysyłałam jej pieniądze, pytałam, jak się czuje. Może nie tak często, jakby chciała, ale nigdy jej nie zostawiłam.
Wróciłam do domu i zastałam matkę siedzącą w kuchni z sąsiadką. Przerwały rozmowę, gdy tylko mnie zobaczyły.
– Może byś coś zjadła – powiedziała matka, jak gdyby nigdy nic.
Usiadłam naprzeciwko niej i spojrzałam jej prosto w oczy.
– Czemu mówiłaś ludziom, że o tobie zapomniałam?
Sąsiadka wstała gwałtownie.
– Może ja już pójdę…
– Niech pani zostanie – powiedziałam stanowczo.
Matka westchnęła ciężko.
– Bo tak to wyglądało.
– Nie. Tak to wyglądało dla ciebie – powiedziałam ostro. – Ja cię nie zostawiłam. Dzwoniłam, wysyłałam pieniądze, pytałam, czy czegoś ci potrzeba. Ale to nigdy nie było dość, prawda?
Miałam tego dość
Matka patrzyła na mnie przez chwilę bez słowa.
– Bo nie o to chodzi – powiedziała w końcu. – Człowiek nie chce pieniędzy ani telefonów. Człowiek chce bliskości.
– A co ze mną? – zapytałam, a mój głos lekko zadrżał. – Kiedy ja byłam dzieckiem, kiedy marzyłam o czymś więcej, kiedy mówiłam ci, że chcę żyć inaczej, niż wszyscy tutaj… Kiedy ja potrzebowałam bliskości, co mi mówiłaś? Że mam przestać bujać w obłokach. Że mam myśleć o rodzinie. Ale ja też jestem rodziną, mamo.
Matka odwróciła wzrok.
– Wszystkie dzieci sąsiadów tutaj zostały.
– Ale ja nie jestem wszystkimi – powiedziałam cicho. – I nigdy nie byłam.
Cisza, jaka zapadła, była gęsta jak mgła. Sąsiadka chrząknęła i szybko się pożegnała. Matka siedziała nieruchomo, a ja czułam, że niczego już nie zmienię.
Joanna, 28 lat
Czytaj także:
„Mąż nie wspierał mnie w ciąży. Gdy zrozumiałam dlaczego, pożałowałam, że będzie ojcem tego dziecka”
„Po 40-stce zacząłem uganiać się za stażystką. Żona nie ma pojęcia, co zrobiłem na wyjeździe integracyjnym”
„Syn się wyprowadził, a ja tęskniłam. Gdy nagle wrócił, myślał, że będę jego służącą przez całą dobę”