Reklama

„W tym roku postanowiłam zorganizować Wigilię u nas, w domu. To miał być piękny, rodzinny wieczór – zapach choinki, dzieci biegające po mieszkaniu, wspólne kolędowanie. Mąż zgodził się od razu, a ja zaczęłam planowanie z wyprzedzeniem. Wiedziałam, że moja mama i teściowa mają silne charaktery, ale naiwnie wierzyłam, że dla dobra atmosfery odpuszczą. Każda z nich obiecała przygotować swoje popisowe dania. Nie przewidziałam tylko jednego – że pierogi i karp mogą stać się początkiem rodzinnej wojny. I że ja znajdę się dokładnie pośrodku.

Powinnam była przewidzieć, że coś się święci

Wszystko zaczęło się już pod koniec listopada. Usiadłam z kubkiem herbaty i notesem w ręku, rozrysowując plan Świąt. Chciałam, żeby było jak z reklamy – ciepło, domowo, pachnąco. Przemyślałam każdy szczegół. Nawet kupiłam jednakowe serwetki i świeczniki, żeby wszystko pasowało do obrusu z haftem, który dostałam od cioci. Wiedziałam, że to moje pierwsze Święta jako gospodyni, więc chciałam wypaść dobrze. Zadzwoniłam do mamy z zaproszeniem. Ucieszyła się, choć jak zwykle nie mogła się powstrzymać od komentarza.

– No nareszcie się zdecydowałaś! W końcu ktoś musi te dzieci nauczyć, jak wygląda prawdziwa Wigilia.

Ugryzłam się w język. Mama zawsze była typem dominującej matki. Od dziecka wszystko musiało być po jej myśli. Ale miałam nadzieję, że przy stole odpuści. Zresztą, szybko potem zadzwoniłam do teściowej. Ona z kolei odebrała z lekkim dystansem, ale zgodziła się bez większych problemów.

– Oczywiście, przyjdziemy. Przygotuję swojego karpia i może jeszcze pierogi z grzybami?

Tu mnie zamurowało. Bo pierogi z grzybami miała robić moja mama. Popisowe danie, które przygotowuje od lat. Już wtedy powinnam była przewidzieć, że coś się święci. Ale zamiast zareagować, odparłam tylko:

– Świetnie! Na pewno wszystko się zmieści.

Niepotrzebnie.

Powietrze w kuchni zgęstniało

Mama przyjechała dzień przed Wigilią. Wniosła trzy siatki jedzenia i worek z prezentami, a przy okazji od razu oceniła mój salon wzrokiem eksperta.

– Choinka trochę za mała, nie sądzisz? – rzuciła, rozpinając płaszcz. – No i te światełka… Migające? Dziecko, przecież to jak z dyskoteki.

Westchnęłam tylko i zaprowadziłam ją do kuchni. Tam wyciągnęła z torby swoje pierogi, zamrożone jak bryły lodu, i postawiła na blacie z dumą.

– Żadne inne nie smakują tak, jak moje. Twoje dzieci wreszcie zjedzą coś porządnego.

Następnego dnia rano zjawiła się teściowa. Zawsze elegancka, pachnąca perfumami, z uśmiechem, który w jej przypadku nigdy nie znaczył nic dobrego. W rękach niosła ozdobną misę z karpiem i ogromny pojemnik pierogów.

– Przygotowałam moje. Ciasto cieniutkie, farsz z suszonych prawdziwków, tak jak mój ojciec lubił.

Mama spojrzała na nią, jakby chciała spalić wzrokiem. Odwróciła się do mnie i syknęła:

– Nie mówiłaś, że Halina robi pierogi.

– No… mówiłam. Tylko może nie do końca...

– Może to ty nie słuchałaś – wtrąciła się teściowa, z pozornym uśmiechem.

Powietrze w kuchni zgęstniało. Ja stałam między nimi z łyżką w ręku, czując się jak sędzia na ringu. A to był dopiero początek.

Rozdział 3: Pierogi jak z nieba (albo piekła)

W południe zaczęły się przygotowania do kolacji. Mama gotowała barszcz, teściowa kończyła karpia w galarecie. Ja lawirowałam między nimi jak kelnerka w restauracji na skraju wojny. Próbowałam rozładować napięcie, ale każda próba kończyła się czymś w rodzaju cichego sabotażu.

– Kto solił farsz do tych pierogów? – zapytała mama, patrząc w stronę stołu.

– Ja – odpowiedziała teściowa z dumą. – I nie potrzebują więcej przypraw. Grzyby robią robotę.

– Hm – mruknęła mama, odkładając łyżkę. – Może dla niektórych.

– Może nie wszyscy lubią przesolone, jak za PRL-u – odbiła z uśmiechem Halina.

– Za PRL-u to ludzie jeszcze wiedzieli, jak gotować – odparła mama. – A nie kupowali wszystko gotowe w słoikach.

Zaparzyła mi się herbata, którą zostawiłam na blacie. Nikt jej nie ruszył, wszyscy byli zajęci wyścigiem o miano królowej pierogów. Mąż zamknął się z dziećmi w salonie, tłumacząc, że „pomaga ubierać aniołka na czubek choinki”. Zostawił mnie samą w strefie wojennej.

Gdy zaczęły się próby – każda chciała, żeby to jej pierogi zostały podane jako pierwsze. Mama wręcz przestawiła półmiski, które ustawiłam w neutralnym porządku. Halina za to ukradkiem dolała rosołu do barszczu, twierdząc, że „potrzebował ciała”.

Chciało mi się śmiać i płakać jednocześnie. A przecież jeszcze nie zaczęliśmy kolacji.

Każdy kęs był jak decyzja w konkursie kulinarnym

Zgodnie z tradycją, kolację rozpoczęliśmy modlitwą i łamaniem się opłatkiem. Mama i teściowa wymieniły się krótkimi życzeniami, suchymi jak wafle, po czym natychmiast wróciły do swoich miejsc. Stół uginał się od potraw, a ja miałam wrażenie, że siedzimy przy stole sędziowskim, nie wigilijnym. Pierwszy na stół trafił karp. A raczej dwa karpie – jeden w galarecie, zrobiony przez teściową, drugi smażony, przygotowany przez mamę. Obie patrzyły na siebie z ukosa, jakby każda z nich czekała na werdykt jury.

– Proszę, kochanie – mama nałożyła mężowi swoją wersję. – Zjedz, przypomnisz sobie smak dzieciństwa.

– Dziękuję, mamo, zaraz spróbuję też tego w galarecie – próbował łagodzić sytuację mój mąż.

– Nie musisz się zmuszać – mruknęła Halina, odwracając wzrok. – Nie każdy lubi panierkę jak z frytury.

– To nie jest frytura, tylko masło klarowane, droga pani – odpowiedziała moja mama z teatralnym spokojem. – Ale co kto lubi, wiadomo.

Rozmowy ucichły. Dzieci zajęły się piernikami, a dorośli jedli w napięciu. Każdy kęs był jak decyzja w konkursie kulinarnym. Ja próbowałam wszystkiego po równo, udając, że nie dostrzegam rywalizacji. Prawda była taka, że smażony karp był suchy, a galareta za słona. Ale nie śmiałam nic powiedzieć. Kiedy Halina zauważyła, że mama dostała pochwałę od cioci za jej pierogi, w jej oczach pojawił się cień triumfu.

To były najgorsze święta w moim życiu

Kiedy przyszła pora deseru, napięcie sięgnęło zenitu. Mama wyjęła z lodówki swój sernik, który piekła dzień wcześniej, a teściowa przyniosła makowiec „na parze”, który podobno był przepisem jej babci. Ustawiły ciasta obok siebie na stole, każda z miną mówiącą: „To teraz, drodzy goście, wybierajcie, kogo kochacie bardziej”.

– Nałóż dzieciom sernika – rzuciła mama w moją stronę, nawet nie pytając, czy mają na niego ochotę.

– Może najpierw zapytajmy, czego chcą – ucięła Halina, podsuwając makowiec bliżej talerzy.

– A co dziecko może wiedzieć o dobrym cieście? – prychnęła mama. – Twoje to wygląda jak gąbka.

– Lepsza gąbka niż glina, która obciąży żołądek na trzy dni – odpowiedziała z lodowatym uśmiechem teściowa.

Wtedy obie sięgnęły po tacę z ciastem z taką siłą, że aż się przewrócił talerz z pierogami. Rozsypały się po całym stole. Dzieci zapiszczały, ciotka zrobiła się blada. A one stały nad stołem jak dwie lwice, gotowe skoczyć sobie do gardła.

– Dość! – krzyknęłam, aż sama się przestraszyłam tonu własnego głosu. – Naprawdę o to wam chodzi? O to są Święta?

Obie zamarły, jakby pierwszy raz się zorientowały, że nie są same. Przez chwilę panowała absolutna cisza, przerywana tylko dźwiękiem płaczącej Zosi, która wciąż trzymała kawałek pieroga w ręce. To były najgorsze święta w moim życiu. I to jeszcze nie był koniec.

Każda z nich chciała być tą najważniejszą

Po całym zamieszaniu usiadłam w kuchni z kubkiem zimnej herbaty i sercem bijącym jak po maratonie. Goście siedzieli w salonie, starając się udawać, że nic się nie stało. Mama milczała, patrząc przez okno, a teściowa poprawiała makowiec, którego i tak nikt już nie miał ochoty jeść. Dzieci zaczęły bawić się prezentami, udając, że są gdzieś indziej. Mąż podszedł i położył mi rękę na ramieniu, ale nawet nie spojrzałam w jego stronę.

– Może trzeba było zaprosić tylko jedną z nich – powiedział cicho. – Albo nikogo.

Nie odpowiedziałam. Wiedziałam, że miał rację, ale miałam też żal, że zostawił mnie samą, kiedy dwie kobiety, które powinny mnie wspierać, toczyły bitwę na moich oczach. Nie chodziło przecież o pierogi. Ani o karpia, ani o makowiec. Chodziło o to, że każda z nich chciała być tą najważniejszą – matką, której tradycja wygra. Teściową, której przepisy będą kontynuowane. A ja? Ja byłam tylko polem bitwy.

Na drugi dzień rano w domu panowała cisza. Mama wyjechała wcześnie, zostawiając liścik, którego nawet nie otworzyłam. Teściowa pomogła posprzątać, nie odzywając się ani słowem. Po południu wyszłam na spacer sama. Śnieg skrzypiał pod butami, a powietrze było rześkie. I wtedy zadałam sobie pytanie: czy naprawdę o to chodziło? O wygraną przy stole? W przyszłym roku zamawiam pizzę. I nie zapraszam nikogo.

Basia, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama