Reklama

Wychowałem się w domu, gdzie Bóg, Kościół i modlitwa były ważniejsze niż wszystko inne. Moja matka potrafiła latami nie odzywać się do swojej siostry, ale dla proboszcza w parafii zrobiłaby wszystko. W moim dzieciństwie nie było niedzieli bez mszy, żadnego posiłku bez modlitwy i żadnej rozmowy, która nie kończyłaby się kazaniem o grzechu. Ja i moje rodzeństwo byliśmy jak statyści w jej religijnym teatrze.

Reklama

Mówiła, że tak trzeba

Zawsze mieliśmy wyglądać i zachowywać się tak, żeby mama mogła pokazać światu, jak wspaniale wychowuje swoje dzieci w wierze. Problem w tym, że ciepła i miłości w naszym domu było mniej niż w kościelnej ławce w styczniu.

– Wstawaj, nie udawaj, że śpisz! – głos matki przeciął ciszę niedzielnego poranka.

Przekręciłem się na drugi bok, wciskając twarz w poduszkę, ale to było bez sensu. Wiedziałem, że jeśli się nie podniosę, zaraz zrzuci ze mnie kołdrę albo zacznie ciągnąć mnie za rękę.

– Piotrek, ile razy mam ci powtarzać, że w niedzielę idziemy do kościoła?! –

Jej głos był tak natarczywy, że bolała mnie od niego głowa. Wstałem, choć całym sobą czułem opór. Kątem oka spojrzałem na mojego młodszego brata, Kubę. Siedział już na łóżku, zaspany i zrezygnowany, ale przynajmniej nie protestował. On zawsze był bardziej uległy. Ja – nie.

– Nie pójdę – powiedziałem cicho, ale wyraźnie.

Mama zamarła na chwilę, a potem jej twarz wykrzywiła się w gniewie.

– Co ty powiedziałeś?!

– Nie pójdę.

Podniosła rękę i przez chwilę myślałem, że mnie uderzy. Ale nie. Wzięła głęboki oddech i zacisnęła usta.

– Jak tak dalej pójdzie, skończysz jak ojciec – syknęła i odwróciła się na pięcie.

Zimny dreszcz przeszedł mi po plecach. Ojciec. Ten, o którym nie wolno było mówić. Ten, który „odwrócił się od Boga” i „poszedł w grzech”. Zostałem sam w pokoju, patrząc na krzyż wiszący nad drzwiami. Krzyż, na który matka patrzyła z większym ciepłem niż na własne dzieci.

Dłużej tego nie wytrzymam

Śniadanie było jak zawsze – ciche i pełne napięcia. Matka układała na talerzach kanapki, ale nawet nie spojrzała w moją stronę. Odkąd ojciec odszedł, stała się mistrzynią w ignorowaniu ludzi, którzy nie pasowali do jej wizji świata. Kuba jadł w milczeniu, jakby liczył na to, że jeśli nie będzie się odzywał, matka o nim zapomni. Ja jednak nie zamierzałem się ukrywać.

– Dlaczego muszę chodzić do kościoła, skoro nie chcę? – rzuciłem nagle, łamiąc ciszę.

Kuba przestał przeżuwać i spojrzał na mnie przestraszony. Matka odłożyła nóż i spojrzała na mnie z taką pogardą, jakbym właśnie powiedział, że zamierzam się zapisać do sekty satanistów.

– Bo tak trzeba – odpowiedziała szorstko.

– Kto tak mówi? Ty? Ksiądz? Bóg?

Wiedziałem, że ją prowokuję, ale nie mogłem się powstrzymać.

– Nie pyskuj mi tutaj! – jej głos zabrzmiał ostrzej, niż się spodziewałem. –Masz obowiązek chodzić do kościoła, tak jak masz obowiązek oddychać i żyć jak porządny człowiek. Nie będziesz mi tu bezcześcił niedzieli swoją bezbożnością!

– Oddychać muszę, ale do kościoła chodzić nie – odparłem spokojnie.

Jej dłoń drgnęła, jakby znów chciała mnie uderzyć. Ale zamiast tego podniosła się gwałtownie, niemal przewracając krzesło.

– Wiesz co? Rób, co chcesz! Ale zapamiętaj jedno: jak przyjdą kłopoty, Bóg się od ciebie odwróci. I nie myśl, że wtedy tu znajdziesz pomoc.

Spojrzałem na nią i poczułem, jak ściska mnie w gardle. Wcale nie mówiła tego w emocjach. Ona naprawdę tak myślała. Wstała, zgarnęła talerz i poszła do kuchni. Chwilę potem usłyszeliśmy trzaśnięcie drzwiami.

Siedziałem nieruchomo. Kuba patrzył na mnie przerażonym wzrokiem.

– Po co ty to robisz? – wyszeptał. – Przecież wiesz, jaka jest.

– Wiem – odpowiedziałem. – Ale czy ona wie, jaki ja jestem?

Tylko kościół się dla niej liczy

Matka wróciła z kościoła kilka godzin później. Jak zwykle po mszy, miała w sobie tę specyficzną mieszankę zadowolenia i surowości. Kuba w tym czasie zaszył się w swoim pokoju, a ja siedziałem w salonie, udając, że oglądam telewizję. Nie zamieniliśmy ani słowa. W końcu, jakby nie wytrzymała tej ciszy, powiedziała:

– Powiedziałam księdzu, żeby się za ciebie pomodlił.

Zaśmiałem się cicho i pokręciłem głową.

– Serio? Myślisz, że jakaś modlitwa zmieni moje zdanie?

Usiadła naprzeciwko mnie, skrzyżowała ręce na piersi i spojrzała tym swoim lodowatym wzrokiem.

– Nie wiesz, co mówisz. Kiedyś dziękować mi będziesz, że próbowałam cię uratować.

– Uratować? – Uniosłem brwi. – Przed czym?

– Przed piekłem.

Pokręciłem głową.

– Mamo, piekło jest tutaj. W tym domu, w którym nigdy nie mogę być sobą, bo ty widzisz tylko to, co chcesz widzieć.

Nie pozwolę ci bluźnić w moim domu! – syknęła, ale w jej oczach dostrzegłem coś innego niż gniew. Może strach?

Złapałem pilota i ściszyłem telewizor.

– Wiesz, co mnie najbardziej boli? Że kiedy się urodziłem, byłem dla ciebie tylko kolejnym obowiązkiem. Tak samo jak Kuba. Nigdy nie chodziło o to, co czujemy, czego chcemy. Ważne było tylko, żebyśmy dobrze wyglądali w oczach Boga. A co z nami? Co z naszymi uczuciami?

Przez chwilę myślałem, że powie coś w rodzaju: „Przecież cię kocham”, ale ona tylko zacisnęła usta.

– Wiesz, co powiedział ksiądz? – zapytała cicho.

– Pewnie, że jestem zgubioną owcą albo coś w tym stylu.

– Powiedział, że młodzi czasem się buntują, ale wracają do Boga. I że jeśli rodzic jest cierpliwy, jego dziecko odnajdzie właściwą drogę.

Westchnąłem.

– A jeśli nie wrócę? Co wtedy?

Nie odpowiedziała. Po prostu wstała i poszła do swojego pokoju.
Czułem, że w jej głowie byłem już stracony.

Dla niej byłem już stracony

Wieczorem wyszedłem na spacer. Musiałem przewietrzyć głowę, uciec od tej atmosfery, od zimnych spojrzeń matki i ciszy, którą karała mnie za moje „grzechy”. Chodziłem bez celu, aż znalazłem się pod blokiem Szymona. Był moim najlepszym kumplem i jedyną osobą, która naprawdę rozumiała, przez co przechodzę. Wystarczyło kilka wiadomości na Messengerze i po chwili stałem już w jego pokoju, rzucając się na kanapę.

– Znowu matka? – zapytał bez zbędnych ceregieli.

– A jak myślisz? – westchnąłem.

Szymon uśmiechnął się krzywo i rzucił mi puszkę coli.

– Stary, to się nie zmieni. Moja babka była taka sama. Wiesz, co mówiła, jak mój ojciec przestał chodzić do kościoła? Że „diabeł go opętał” i „jeszcze umrze w grzechu”.

– No to wygląda na to, że mnie też czeka piekło – prychnąłem.

– Gorzej – Szymon wziął łyk coli. – Czeka cię życie z człowiekiem, który nie widzi w tobie nic poza „grzesznikiem”.

Milczeliśmy przez chwilę.

– Co zamierzasz? – zapytał w końcu.

– Nie wiem – powiedziałem szczerze. – Nie mogę dłużej tam siedzieć. Każdego dnia czuję, że się duszę.

Szymon spojrzał na mnie uważnie.

– Masz osiemnaście lat. Możesz się wynieść.

Parsknąłem śmiechem.

– A gdzie niby? Na ulicę?

– Możesz u mnie pomieszkać – wzruszył ramionami. – Moi starzy cię lubią. A jak znajdziesz jakąś robotę, to uzbierasz na coś własnego.

Patrzyłem na niego i próbowałem sobie wyobrazić, jak to by było: żyć w miejscu, gdzie nikt nie patrzy na mnie jak na zagubioną owcę, którą trzeba sprowadzić na właściwą drogę. Po raz pierwszy od dawna poczułem, że mam jakiś wybór.

Moja matka jest fanatyczką

Następnego dnia wróciłem do domu późno. Matka już spała, a przynajmniej tak mi się wydawało. Kiedy zamykałem drzwi do pokoju, usłyszałem jej głos:

– Gdzie byłeś?

Zatrzymałem się, ale nie odwróciłem.

– U Szymona.

– Znów?

– Tak.

– Wiesz, że jego matka żyje w konkubinacie? – jej głos był pełen pogardy.

Przewróciłem oczami.

– A co mnie to obchodzi?

Wyszła z sypialni i spojrzała na mnie w ten swój zimny, oceniający sposób.

– Mnie obchodzi. Bo się staczasz. Bo przesiadujesz u ludzi, którzy mają Boga gdzieś. Bo jesteś moim synem, a ja nie pozwolę ci zniszczyć sobie życia.

Parsknąłem śmiechem.

– No tak, bo życie bez kościoła to zniszczone życie, nie?

– Nie wyśmiewaj się! – w jej głosie było coś nowego. Nie tylko złość, ale coś jeszcze. Może strach. Może smutek.

Patrzyliśmy na siebie przez dłuższą chwilę.

– A gdybym odszedł? – zapytałem cicho.

– Co?

– Gdybym się wyprowadził?

Widziałem, jak robi się blada.

– To byłoby najgorsze, co mógłbyś zrobić.

– Dlaczego? – podszedłem bliżej. – Bo nie będziesz mogła już kontrolować mojego życia? Bo nie będziesz mogła mówić, że „uratowałaś” mnie przed piekłem?

Nie odpowiedziała. Jej palce zacisnęły się na krawędzi stołu.

– Zrobię to, mamo – powiedziałem w końcu. – Spakuję się i odejdę.

– Nie masz dokąd.

– Mam.

Przez moment myślałem, że się rozpłacze. Ale nie. Tylko pokręciła głową i powiedziała cicho:

– Wybaczę ci. Gdy wrócisz.

Odwróciłem się i poszedłem do pokoju. Już wiedziałem, że nie wrócę. Spakowałem się następnego dnia. Bez pośpiechu, bez nerwów. Wrzucałem ubrania do plecaka, czując dziwną lekkość. Nie bałem się już. Po raz pierwszy od dawna miałem wrażenie, że idę dokądś, a nie uciekam. I że po raz pierwszy w życiu jestem naprawdę wolny.

Piotr, 18 lat

Reklama

Czytaj także:
„Współczułam teściowi, gdy stracił dorobek życia. Nie wiedziałam wtedy, że przepuścił majątek na zabawę i panienki”
„Nie szukałem miłości, więc sama mnie znalazła. Szkoda tylko, że kosztowała mnie wszystkie oszczędności i nowe mieszkanie”
„Przyłapałam teścia na randce z jakąś panną. Pomyślałam, że szantaż to świetny pomysł, by wyciągnąć z niego kasę”

Reklama
Reklama
Reklama