Reklama

Walentynki od zawsze budziły we mnie mnóstwo emocji. Niezależnie od tego, czy byłam akurat w związku, czy nie, ten dzień wydawał mi się jakby kluczowy — taki, w którym miłość pokazuje się światu, a romantyczne gesty mają moc uzdrawiania codziennych rozczarowań. Przez ostatnie trzy lata byłam z Filipem i może to naiwność, ale wierzyłam, że ten luty będzie inny niż poprzednie. Po cichu liczyłam, że właśnie wtedy padnie to najważniejsze pytanie. Miałam w głowie gotowe scenariusze: świece, szampan, szczere wyznanie i pierścionek. Każdy szczegół wydawał się tak realny, że niemal czułam już ten moment. Przecież byłam gotowa, by być żoną, a Filip dobrze o tym wiedział. Chciałam w końcu poczuć się naprawdę ważna.

To pewnie tylko pozory

Zawsze lubiłam wybiegać myślami w przyszłość i wyobrażać sobie, jak potoczą się różne sytuacje. Im bliżej było walentynek, tym bardziej dawałam się ponieść marzeniom. W pracy łapałam się na tym, że przeglądałam zdjęcia pierścionków zaręczynowych, a wieczorami przewijałam profile par, które właśnie się zaręczyły. Każda z nich miała własną historię, ale łączyło je to jedno — błysk w oku i szczęście, które wręcz wylewało się z ich zdjęć. Kiedy opowiadałam o tym przyjaciółce, machała tylko ręką.

Nie nakręcaj się tak, bo się rozczarujesz — mówiła Klaudia, popijając kawę na naszej ulubionej kanapie.

— Przecież Filip mnie kocha, wiem to. Czuję, że planuje coś wyjątkowego — próbowałam się bronić.

— Może po prostu nie licz na to aż tak bardzo. Lepiej się miło zaskoczyć, niż potem płakać, że się nie spełniło — odpowiedziała, uśmiechając się lekko.

Mruknęłam, że ma rację, ale i tak nie umiałam przestać marzyć. Zaczęłam nawet zwracać uwagę na drobiazgi: jak Filip unikał tematu ślubu, jak szybko zmieniał temat, gdy coś wspominałam o przyszłości. Wmawiałam sobie, że to pewnie tylko pozory, że on chce zrobić mi niespodziankę. Miałam przecież swoje wymarzone zaręczyny i byłam gotowa na nie czekać, ile trzeba.

To wszystko część większego planu

Z perspektywy czasu aż trudno mi uwierzyć, jak bardzo potrafiłam ignorować pewne znaki. Filip coraz częściej wracał późno do domu, twierdząc, że musi zostać dłużej w pracy. Zamiast wspólnych wieczorów z serialem czy kolacji na mieście, częściej słyszałam „może innym razem, jestem padnięty”. Próbowałam tłumaczyć to sobie na milion sposobów — przecież awansował, miał więcej obowiązków, był zmęczony. Kiedy jednak zapytałam go wprost, czy planuje coś na walentynki, spojrzał na mnie z uśmiechem, ale wydawał się nieobecny.

— Zobaczysz, nie zawiedziesz się — rzucił tylko krótko.

Zamiast poczuć ulgę, doświadczyłam lekkiego niepokoju. Ostatnio coraz częściej zostawiał telefon ekranem do dołu, a rozmowy kończył, gdy wchodziłam do pokoju. Raz nawet usłyszałam w łazience jego szept, jakby rozmawiał z kimś bardzo bliskim, a gdy zapytałam, kto to był, tylko machnął ręką i zmienił temat.

— To nic ważnego, nie wnikaj — burknął.

Mimo tych sygnałów, wciąż pielęgnowałam w sobie nadzieję, że moje wyczekiwane zaręczyny jednak nadejdą. Wmawiałam sobie, że to wszystko część większego planu, którego po prostu nie rozumiem.

Próbowałam podtrzymać rozmowę

Nadszedł dzień walentynek. Od rana byłam podekscytowana, choć próbowałam nie dać tego po sobie poznać. W pracy wszystko mnie rozpraszało — nie potrafiłam się skupić ani na mailach, ani na rozmowach z klientami. Myślałam tylko o tym, co wydarzy się wieczorem. Filip napisał mi krótką wiadomość: „Ubierz się elegancko. Zabieram cię na kolację”. Moje serce przyspieszyło. Zaczęłam wyobrażać sobie każdy szczegół. Wybierałam sukienkę z największą starannością, a włosy układałam chyba dłużej niż przed balem studniówkowym.

Gdy w końcu pojawił się pod naszym blokiem, wyglądał jak zwykle — trochę zaspany, trochę nieobecny, ale uśmiechnął się na mój widok.

— Gotowa na niespodziankę? — zapytał, a ja prawie podskoczyłam z radości.

Kolacja była w niewielkiej włoskiej restauracji, którą bardzo lubiłam. Zamówiliśmy wino i makaron. Filip wydawał się jednak dziwnie spięty. Co chwila zerkał na telefon, a potem na zegarek. Próbowałam podtrzymać rozmowę, ale miałam wrażenie, że jego myśli krążą gdzieś daleko. Im bliżej było końca kolacji, tym bardziej czułam, że coś jest nie tak.

— Dobrze się bawisz? — zapytałam cicho.

Uśmiechnęłam się słabo

Siedzieliśmy przy stoliku, a wokół nas pary wymieniały się czułymi gestami, kelnerzy roznosili desery w kształcie serca, a w tle cicho sączyła się romantyczna muzyka. Filip nagle wstał, tłumacząc, że musi zadzwonić. Zostałam sama przy świeczce, z kieliszkiem wina i próbowałam się uspokoić. Wrócił po kilku minutach, ale nie był już nawet uprzejmie uśmiechnięty. Przeprosił mnie za chwilową nieobecność i zaczął opowiadać o pracy, o jakimś kliencie, o projekcie, który musiał „dopić na już”. Słuchałam jednym uchem, bo w środku krzyczała we mnie cisza — nie tak wyobrażałam sobie ten wieczór. Czekałam na jakiś gest, jakąkolwiek aluzję, znak, że to właśnie dziś wydarzy się coś szczególnego. Czułam się coraz bardziej rozczarowana.

Pod koniec kolacji Filip zamówił tiramisu, podał mi łyżeczkę i mrugnął.

— Chcesz kawałek? Dzisiaj ty możesz zjeść całość, nie będę się z tobą kłócił — zażartował.

Uśmiechnęłam się słabo, ale tak naprawdę miałam ochotę wstać i wyjść. Zjadłam tiramisu niemal ze łzami w oczach, udając, że cieszę się z tego wieczoru. Filip nawet nie zauważył, że myślami jestem zupełnie gdzie indziej.

Nie będę już czekać na nic

Po powrocie do domu rozebrałam się niemal mechanicznie, nie patrząc na Filipa. Chciałam po prostu zniknąć pod kołdrą i zasnąć, żeby nie musieć myśleć o tym, co się wydarzyło — a raczej o tym, co się nie wydarzyło. Filip usiadł w salonie, włączył telewizor i udawał, że wszystko jest jak zawsze. Przez chwilę obserwowałam go z korytarza. Miałam ochotę rzucić mu w twarz wszystkie swoje rozczarowania, żale, nadzieje, które zamieniły się w popiół. Zamiast tego po prostu weszłam do sypialni i bez słowa zamknęłam drzwi.

Położyłam się na łóżku, patrząc w sufit. Poczułam, że coś się we mnie zmieniło. Ta noc była jak zimny prysznic, zmywający ze mnie resztki złudzeń. Przestałam wierzyć, że można budować szczęście na czyichś obietnicach i domysłach. Postanowiłam, że nie będę już czekać na nic, co zależy od kogoś innego. Jeśli chcę być szczęśliwa, muszę zacząć od siebie.

Filip jeszcze próbował zagaić rozmowę, ale udawałam, że już śpię. W końcu zgasił światło w salonie i położył się obok mnie, ale nawet mnie nie dotknął. W ciszy tej nocy podjęłam decyzję, której sama się nie spodziewałam.

Przestałam liczyć na niego

Rano obudziłam się dziwnie spokojna. Filip jeszcze spał, a ja przez chwilę przyglądałam mu się, jakby był kimś zupełnie obcym. Zdałam sobie sprawę, że to nie on jest winny moich rozczarowań. Wina leżała po mojej stronie — zbyt mocno ufałam własnym wyobrażeniom, zbyt długo czekałam, aż ktoś inny zrobi mnie szczęśliwą. Pomyślałam, że skoro do tej pory stawiałam na czyjeś plany zamiast własnych, to najwyższa pora coś zmienić.

Zeszłam do kuchni i zaczęłam przygotowywać sobie śniadanie, pierwszy raz od dawna nie oglądając się na Filipa. Wiedziałam, że nasza relacja już nigdy nie będzie taka jak wcześniej. Przestałam liczyć na niego: na gesty, na słowa, na pierścionek z księżycowym blaskiem. Zaczęłam liczyć na siebie — na własne decyzje, odwagę i codzienną siłę, by budować swoją rzeczywistość bez złudzeń. Może ten luty nie był miesiącem spełnionych marzeń, ale okazał się miesiącem przebudzenia.

Kiedy Filip wszedł do kuchni i zapytał, czy wszystko w porządku, odpowiedziałam mu krótko i spokojnie:

Tak, wszystko w porządku. Po prostu od dziś chcę trochę inaczej patrzeć na życie.

I tego się trzymałam.

Zofia, 31 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama