„Marzyłam o walentynkach we dwoje, ale mąż miał inny plan. Okupował kanapę i zajadał chipsy, gdy ja płakałam”
„Spojrzałam na blat. Żadnych kwiatów, żadnej kartki. Chciałam zapytać, czy coś planuje, ale zabrakło mi odwagi. Wiedziałam, że jeśli cokolwiek miałoby się wydarzyć, już by to zrobił. Stłumiłam westchnienie i usiadłam naprzeciwko niego, udając, że wszystko jest w porządku”.

- Redakcja
Walentynki zawsze były dla mnie wyjątkowym dniem, nawet gdy byłam nastolatką i dostawałam tylko anonimowe liściki w szkolnej szafce. Wierzyłam, że kiedyś będę świętować je z kimś, kto mnie naprawdę kocha i dla kogo będą one równie ważne. Kiedy wyszłam za mąż, wydawało mi się, że teraz już co roku będę mogła liczyć na romantyczną kolację, kwiaty, jakiś miły gest, nawet jeśli będzie to tylko zwykła kawa wypita razem przy świecach.
Niestety z biegiem lat mój mąż coraz mniej przykładał do tego wagę. Zaczęłam się zastanawiać, czy dla niego to święto w ogóle ma jakieś znaczenie, czy może po prostu nie rozumie, jak bardzo mi na tym zależy. Tegoroczne walentynki były dla mnie szczególnie ważne, bo koleżanki w pracy nieustannie opowiadały o swoich planach, a ja… miałam coraz więcej obaw, że znowu się rozczaruję.
Nie prosiłam o wiele
Od kilku tygodni atmosfera w pracy była przepełniona podekscytowaniem. Każda z nas dzieliła się swoimi planami na walentynki, prześcigając się w pomysłach na idealny wieczór. Alicja opowiadała o zarezerwowanym stoliku w modnej restauracji, Ela wybierała się z mężem na weekend do spa, a nawet Kamila, która zawsze podchodziła do wszystkiego z dystansem, tym razem chwaliła się bukietem, jaki dostała już rano.
Z każdym kolejnym dniem czułam coraz większą presję. W domu natomiast nie działo się nic, co mogłoby zwiastować niespodziankę ze strony Marcina. Przypominałam sobie pierwsze lata naszego małżeństwa, kiedy potrafił mnie zaskoczyć drobnym gestem, samodzielnie upieczonym ciastem czy nawet śniadaniem do łóżka. Teraz wydawał się bardziej zainteresowany serialami i sportem niż tym, co mnie cieszyło.
Po pracy, w przeddzień walentynek, zagadnęłam Marcina podczas kolacji:
– Wiesz, jutro są walentynki… Może byśmy gdzieś wyskoczyli, tylko we dwoje?
Marcin ledwie oderwał wzrok od ekranu.
– A musimy? Przecież to środek tygodnia… Może kiedy indziej?
Poczułam, jak robi mi się gorąco ze złości i smutku. Próbowałam się uśmiechnąć, ale czułam, że kolejny raz moje święto przejdzie bez echa. A przecież nie chciałam wiele, tylko trochę uwagi.
Czułam rosnący żal
Walentynkowy poranek powitał mnie szarym niebem i szelestem wiatru za oknem. Leżałam przez chwilę z nadzieją, że może jednak Marcin wstał wcześniej i szykuje jakąś niespodziankę. Nasłuchiwałam odgłosów z kuchni, ale poza brzękiem kubka i stuknięciem drzwi od lodówki nie było nic, co mogłoby zapowiadać coś specjalnego. Przewróciłam się na drugi bok, próbując nie czuć rozczarowania.
W końcu podniosłam się i poszłam do kuchni. Marcin siedział przy stole w piżamie, wpatrzony w ekran telefonu.
– Cześć – powiedział bez entuzjazmu. – Chcesz kawy?
– Dzięki, sama sobie zrobię – odpowiedziałam chłodno.
Spojrzałam na blat. Żadnych kwiatów, żadnej kartki. Chciałam zapytać, czy coś planuje, ale zabrakło mi odwagi. Wiedziałam, że jeśli cokolwiek miałoby się wydarzyć, już by to zrobił. Stłumiłam westchnienie i usiadłam naprzeciwko niego, udając, że wszystko jest w porządku.
Zamieniłam się w słuchaczkę, gdy w pracy koleżanki od rana pokazywały zdjęcia prezentów. Uśmiechałam się, gratulowałam im, a w środku czułam coraz większy żal. W myślach powtarzałam sobie: nie mogę być jedyną, dla której ten dzień przebiega bez fajerwerków.
Byłam bliska płaczu
Po pracy wróciłam do domu szybciej niż zwykle, choć wcale nie miałam na to ochoty. Marcin już był w salonie, rozparty w fotelu z pilotem w ręku. Na stoliku piętrzyły się puste puszki i opakowania po chipsach. Telewizor grał głośno, emitując program o miłosnych perypetiach celebrytów.
Kątem oka spojrzałam na niego, licząc na jakąś reakcję, może chociaż uśmiech, może zaproszenie na spacer. Nic. Tylko dźwięk meczu, który miał się zaraz zacząć.
– Może zjemy razem kolację? – zaproponowałam, próbując jeszcze uratować ten wieczór.
– Teraz? Zaraz zaczyna się mecz. Zamówiłem pizzę, chcesz kawałek? – rzucił bez zastanowienia.
– Nie, dzięki. Zjem później.
Westchnęłam i usiadłam obok niego, przez chwilę patrząc na ten cały zgiełk na ekranie. Na moment wyobraziłam sobie, że to nie my, tylko jakaś inna para, gdzie mąż w ostatniej chwili wyciąga zza pleców bukiet róż i przytula swoją żonę. Tymczasem mój mąż przełączył kanał i nawet nie zauważył, że jestem bliska płaczu.
Po kilkunastu minutach zrezygnowałam i wyszłam do sypialni. Zostawiłam za sobą śmiech publiczności z telewizora i dźwięk bramki, o której Marcin potem długo opowiadał przez telefon koledze.
Serce ściskał mi wstyd
Następnego dnia rano w pracy znowu zaczęły się rozmowy o walentynkach. Alicja przyniosła do kuchni ciasto, które upiekł dla niej mąż, Ela pokazywała zdjęcia z kolacji przy świecach, a Kamila z dumą prezentowała nową bransoletkę. Zapytały mnie, jak spędziłam wczorajszy wieczór. Poczułam, jak ściska mnie w gardle.
– A, wiesz… Spokojnie. Obejrzeliśmy z Marcinem film, zamówiliśmy pizzę, trochę się pośmialiśmy… – odpowiedziałam wymijająco, uśmiechając się blado.
Nie miałam odwagi powiedzieć, że siedziałam sama w sypialni, podczas gdy mój mąż emocjonował się meczem. Nie chciałam się przyznać, że nawet nie usłyszałam „kocham cię”, ani nie dostałam choćby jednego kwiatu. Uciekałam wzrokiem, kiedy koleżanki mówiły o swoich planach na weekend, a każda z nich była przekonana, że mój Marcin po prostu jest inny – spokojny, mało wylewny, ale na pewno coś dla mnie szykuje.
Wróciłam do swojego biurka, ale nie mogłam skupić się na pracy. W głowie powtarzałam scenariusz wczorajszego wieczoru, a serce ściskał mi wstyd i żal. Wiedziałam, że one by tego nie zrozumiały. Kiedy zadzwoniła do mnie mama, rzuciłam od niechcenia:
– Wszystko było super, nie przejmuj się.
Przecież nie chciałam nikomu tłumaczyć, że znów byłam tą jedyną, która nie miała czego świętować.
Przeprosiny nic nie zmienią
Kiedy wróciłam do domu po pracy, Marcin siedział przy stole i coś pisał na laptopie. Nawet nie podniósł wzroku, kiedy weszłam.
– Cześć, jak tam w pracy? – rzucił od niechcenia.
– W porządku – odpowiedziałam, zdejmując płaszcz i próbując zapanować nad emocjami.
Chciałam z nim porozmawiać, powiedzieć, jak bardzo było mi przykro, ale coś mnie powstrzymało. Może duma, a może zwykłe zmęczenie. Przeszłam do kuchni, gdzie na stole leżał pusty karton po wczorajszej pizzy. Przez chwilę stałam i patrzyłam na niego, aż w końcu usiadłam na krześle i poczułam, jak łzy napływają mi do oczu.
Po kilku minutach Marcin wszedł do kuchni, spojrzał na mnie i zapytał:
– Coś się stało?
– Nie… – zaczęłam, ale głos mi zadrżał. – Po prostu… wiesz, czasem chciałabym, żebyś chociaż udawał, że to dla ciebie ważne. Nawet nie muszą być kwiaty, po prostu… żebym nie czuła się jak powietrze.
Marcin zmieszał się, spuścił wzrok. Przez chwilę milczał, a potem wycedził:
– Przepraszam. Nie wiedziałem, że to dla ciebie aż takie istotne.
Nie odpowiedziałam. Czułam, że jego przeprosiny nic nie zmienią. Wiedziałam, że jutro wszystko wróci do normy, a ja znowu będę udawać przed światem, że jest dobrze.
Żyjemy obok siebie
W kolejnych dniach próbowałam nie wracać myślami do tamtych walentynek, ale przecież nie da się tak po prostu wymazać uczuć. Marcin był taki jak zawsze – uprzejmy, spokojny, ale zajęty swoimi sprawami. Ja coraz częściej czułam się w naszym domu jak gość. Zaczęłam zastanawiać się, kiedy dokładnie przestaliśmy być dla siebie ważni, kiedy nasze życie stało się tak zwyczajne, że nie starczało już sił na gesty, nawet te najprostsze.
Znajome nadal dzieliły się swoimi szczęśliwymi chwilami. Słuchałam ich, uśmiechałam się, ale gdzieś głęboko czułam, że im zazdroszczę – nie tych prezentów, nie kolacji, tylko poczucia, że są dla kogoś ważne. Może powinnam bardziej dosadnie powiedzieć Marcinowi, jak się czuję? Może powinnam zawalczyć o coś więcej niż wygodne trwanie obok siebie?
Wieczorem usiadłam na łóżku, otulona ciszą. Spojrzałam na Marcina, który jak zwykle zajął miejsce przed telewizorem. Przez chwilę miałam ochotę do niego podejść, przytulić się, zacząć od nowa rozmowę, której tak bardzo mi brakowało. W końcu wstałam, nalałam sobie herbaty i wyszłam na balkon. Może kiedyś zbiorę się na odwagę, by coś zmienić. Może.
Aldona, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Chciałam, żeby dzieci choć raz miały lepsze ferie. Z naszym budżetem mogę zapomnieć o weekendzie w Tatrach”
- „Podczas ferii odkryłam, że jestem w ciąży. Ojciec dziecka uznał, że wybrałam kiepski moment”
- „Dla wnuków byłem dziadkiem, który nie nadąża za pędzącym światem. Nowa sąsiadka odnalazła we mnie duszę nastolatka”

