Reklama

Przez trzydzieści lat wchodziłam do tej samej kuchni i zawsze wiedziałam, gdzie skrzypnie podłoga, a który zawias jęknie przy otwieraniu szafki. Ta przestrzeń widziała mnie młodą, zakochaną, potem zmęczoną i niewyspaną. Myślałam, że tak już zostanie – że będę w niej tylko doglądać garnków i wspomnień. Aż któregoś dnia zrozumiałam, że bardziej niż nowej patelni potrzebuję odwagi.

W tym wieku to już niepotrzebne

Mąż wstał z kanapy i rozejrzał się po kuchni. Odpadająca okleina na jednej z szafek od dawna działała mi na nerwy i poprosiłam go, żeby wreszcie coś z tym zrobił, bo sam oczywiście się nie domyślił.

– Co to się znowu odkleiło? – zapytał, dotykając brzegu drzwiczek.

– No właśnie, znowu – odpowiedziałam. – Myślałam ostatnio, żeby zrobić tu mały remont.

Odwrócił się do mnie powoli.

– Remont? – powtórzył, jakby sprawdzał, czy dobrze usłyszał.

– No… nowe szafki, może jaśniejsze. Blat wyższy, żebym nie musiała się tak schylać.

Zapadła chwila ciszy.

– Po co ci to? – odezwał się w końcu – Przecież to wszystko działa.

– Działa, ale… – urwałam, bo nagle zabrakło mi pewności. – Chciałabym, żeby było wygodniej.

– W tym wieku to już niepotrzebne – powiedział spokojnie, niemal łagodnie. – Lepiej zostawić pieniądze na ważniejsze sprawy. Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy.

Słowo „w tym wieku” zabrzmiało jak wyrok. Stałam przy zlewie i patrzyłam na swoje odbicie w szybie. Siwe włosy, drobne zmarszczki. Czy to już ten moment, kiedy człowiek przestaje planować, a zaczyna tylko zabezpieczać się na koniec?

– Przecież mamy trochę oszczędności – powiedziałam ciszej, niż zamierzałam.

– Właśnie dlatego trzeba nimi mądrze gospodarować – odparł.

– To może chociaż wymiana blatu?

Nawet na mnie nie spojrzał, tylko wrócił do salonu. Poczułam się tak, jakbym prosiła o coś zbyt drogiego. A przecież przez lata nie mówiłam nic, kiedy on wydawał nasze pieniądze na nowe auto czy inne zachcianki.

– To tylko kuchnia – dodał jeszcze. – Szkoda pieniędzy.

Wtedy coś we mnie drgnęło. Nie złość, nie bunt. Raczej ciche ukłucie. Jakby ktoś postawił mnie w kącie i powiedział: „Twoje potrzeby mogą poczekać”. Resztę obiadu zjedliśmy w milczeniu. Słyszałam tykanie zegara i brzęk widelca o talerz. Każdy dźwięk wydawał się głośniejszy niż zwykle. Przesunęłam dłonią po blacie, który pamiętał jeszcze czasy, gdy kuchnia była „sercem naszego domu”. Serce było już zmęczone. Tak jak ja. Stałam tak dłuższą chwilę, aż w końcu wyszeptałam:

– A jeśli ja też chcę jeszcze czegoś od życia?

I pierwszy raz od dawna to pytanie nie wydało mi się śmieszne.

A kiedy właściwie miało być to później?

Tamtej nocy nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, a w głowie wciąż słyszałam spokojny głos Tomasza: „W tym wieku to już niepotrzebne”. Brzmiało to rozsądnie. Odpowiedzialnie. A jednak coś mnie w tym uwierało. Wstałam przed świtem i poszłam do kuchni. Usiadłam przy stole, na którym od lat kładłam te same ceraty. Otworzyłam zeszyt z zapiskami. Miałam w nim wszystkie wydatki, każdą większą wpłatę, każdy grosz odkładany „na później”. „Na później” – powtarzałam w myślach. A kiedy właściwie miało być to później? Kilka dni później spotkałam się z Zofią. Nie widziałyśmy się od miesięcy. Usiadłyśmy w małej kawiarni przy rynku, przy stoliku pod oknem.

– Wyglądasz, jakbyś coś cię uwierało – powiedziała od razu, zanim zdążyłam zdjąć płaszcz.

Opowiedziałam jej o kuchni. O rozmowie z Tomaszem. O tym, jak poczułam się, jakbym nie miała już prawa niczego chcieć. Zofia słuchała w milczeniu, a potem oparła łokcie na stole.

– Jadzia, całe życie byłaś dla innych. A teraz masz być tylko rozsądna? – pokręciła głową. – Rozsądek nie wyklucza godności.

– On się martwi – próbowałam go usprawiedliwić.

– A ty się nie martwiłaś, gdy brałaś dodatkowe godziny pracy? – zapytała. – Czy ktoś wtedy mówił: „Jadziu, odpocznij”?

Uśmiechnęłam się przez łzy. Zofia zawsze trafiała w sedno.

– Boję się – przyznałam w końcu. – A jeśli zabraknie mi pieniędzy?

– A jeśli zabraknie ci odwagi? – odpowiedziała spokojnie.

Te słowa wracały do mnie jeszcze długo po powrocie do domu.

Pierwszy krok

Następnego dnia poszłam do salonu meblowego. Pachniało tam świeżym drewnem i farbą. Młoda projektantka zaprosiła mnie do biurka.

– Czym mogę pomóc? – zapytała z uśmiechem.

– Chciałabym… – zawahałam się. – Chciałabym zaprojektować kuchnię.

Kiedy wymawiałam te słowa, poczułam, jak serce bije mi szybciej. Oglądałam próbki frontów, dotykałam gładkich blatów. Wybrałam jasne szafki, takie, które odbijają światło. Blat wyższy o kilka centymetrów. Szuflady z cichym domykiem.

– To będzie bardzo funkcjonalne rozwiązanie – zapewniała projektantka.

Podpisałam umowę. Wpłaciłam zaliczkę. Kwota była większa, niż kiedykolwiek wydałam na siebie. Wracając do domu, czułam jednocześnie ekscytację i lęk. Jakbym zrobiła coś zakazanego. Powiedziałam o tym tylko Zosi. Wieczorem usiadłam w starej kuchni i wyobraziłam sobie, jak za kilka tygodni wszystko się zmieni. Przesunęłam dłonią po zniszczonym blacie i szepnęłam:

– Dziękuję.

To było pożegnanie z czymś, co przez lata było całym moim światem. I jednocześnie pierwszy krok ku temu, by ten świat wreszcie należał do mnie.

Choć raz zrobiłam coś dla siebie

Remont miał zacząć się za trzy tygodnie. Do tego czasu żyłam jak z tajemnicą w kieszeni. Czułam się tak, jakbym zrobiła coś niewłaściwego. Sekret nie wytrzymał długo. Spotkałam na klatce panią Krysię z trzeciego piętra, która uwielbiała wiedzieć wszystko pierwsza.

– Pani Jadziu, słyszałam, że będzie u pani nowa kuchnia! Alinki syn pracuje w meblowym i mówił, że byłaś ostatnio u nich w sklepie – zawołała tak głośno, że echo poniosło się po schodach.

Uśmiechnęłam się nerwowo. Wiedziałam, że to kwestia godzin. Wieczorem mąż zapytał przy kolacji.

– Dlaczego dowiaduję się od sąsiadki, że robisz remont? – zapytał chłodnym tonem.

– Bo nie chciałam kolejnej rozmowy, w której będę musiała się tłumaczyć – odpowiedziałam spokojnie.

Przeszedł do kuchni, rozejrzał się po starych szafkach, jakby widział je pierwszy raz.

– Naprawdę podpisałaś umowę?

– Tak.

– Na ile?

Podałam kwotę. Zmarszczył czoło.

– To nierozsądne. Naprawdę nierozsądne.

– Dla kogo? – zapytałam.

– Dla ciebie. Myślisz tylko o chwili, a nie o konsekwencjach.

Te słowa uderzyły mnie mocniej niż poprzednio.

Tyle lat myślałam o konsekwencjach – powiedziałam, czując, jak drży mi głos. – Każdą decyzję podejmowałam z myślą o rodzinie.

Zapadła ciężka cisza. Tomasz chodził po kuchni, dotykał ścian, otwierał szafki. Jakby szukał dowodu mojej nieodpowiedzialności.

– A jeśli nagle będziemy mieli jakiś pilny wydatek? – zapytał w końcu ciszej. – Co wtedy?

– Wtedy będę miała jasną kuchnię – odparłam. – I poczucie, że choć raz zrobiłam coś dla siebie.

Spojrzał na mnie tak, jakby zobaczył obcą osobę.

Nie poznaję cię.

– Ja też siebie nie poznawałam przez wiele lat – odpowiedziałam.

Wyszedł z kuchni. Drzwi zamknęły się z głuchym dźwiękiem. Usiadłam przy stole i pozwoliłam sobie na kilka łez. Nie dlatego, że żałowałam. Bałam się tylko, że między nami pęka coś więcej niż stara okleina. Z drugiej strony wreszcie miałam na coś wpływ. Poczułam, że moja decyzja nie jest kaprysem, lecz próbą odzyskania przestrzeni, w której przez lata byłam tylko czyjąś żoną i matką. Remont miał się zacząć za kilka dni. W powietrzu wisiało napięcie. Wiedziałam, że to dopiero początek prawdziwej próby.

Całe życie się wycofywałam

Remont zaczął się punktualnie w poniedziałek rano. Już pierwszego dnia kuchnia przestała przypominać domowe serce, a zaczęła wyglądać jak plac rozbiórki. Zdemontowane szafki stały pod ścianą, kafelki odpadały z głuchym stukiem, a kurz osiadał na wszystkim, co jeszcze niedawno było uporządkowane. Drugiego dnia okazało się, że jedna ze ścian jest w gorszym stanie, niż przypuszczano. Kierownik prac zdjął czapkę i powiedział z zakłopotaniem:

– Trzeba będzie to wzmocnić. Inaczej nowe meble nie utrzymają się stabilnie.

Podał kwotę. Poczułam, jak żołądek zaciska mi się w supeł. To były pieniądze, których nie planowałam wydawać. Wieczorem siedziałam na małym stołku wśród kartonów. W rękach obracałam zeszyt z zapiskami. W głowie znów brzmiał głos Tomasza: „nierozsądne”.

– Wiedziałem, że tak będzie – powiedział, stając w progu.

Nie miał w sobie triumfu. Raczej napięcie.

Zawsze coś wychodzi w trakcie – odpowiedziałam cicho.

– Możesz się jeszcze wycofać.

Spojrzałam na obdrapane ściany, na pustą przestrzeń, która przez chwilę wydała mi się przerażająca.

– Nie – powiedziałam w końcu. – Całe życie się wycofywałam. Z nowych sukienek, z wyjazdów, z marzeń. Teraz nie chcę.

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu.

Starość nie musi oznaczać rezygnacji

Następnego dnia coś się zmieniło. Mąż wstał z samego rana i bez wielkich słów zaczął pomagać przy wynoszeniu starych elementów. Nie przeprosił wprost. Ale jego czyny mówiły więcej niż słowa. Kiedy wreszcie zamontowano nowe szafki, kuchnia rozjaśniła się, jakby ktoś otworzył dodatkowe okno. Jasne fronty odbijały światło, blat był dokładnie na takiej wysokości, jaką wybrałam. Jeden z elementów miał nieco inny odcień, a przy montażu powstała drobna rysa, której nie dało się usunąć. Patrzyłam na nią przez chwilę.

– Wymienić? – zapytał Tomasz.

Przesunęłam palcem po niedoskonałości.

– Nie trzeba. Nie wszystko musi być idealne.

W pierwszą niedzielę po zakończeniu remontu zrobiłam uroczysty obiad, na który zaprosiłam też dzieci.

– Zupełnie inaczej tu teraz – powiedział syn, stojąc w progu.

Wnuk podbiegł do stołu.

– Babciu, tu jest jak w katalogu!

Roześmiałam się. Postawiłam na stole talerze. Mąż usiadł i przez chwilę rozglądał się w milczeniu.

– Wiesz… – zaczął niepewnie. – Chyba nie chodziło o pieniądze. Tylko o to, że trudno mi było pogodzić się z tym, że masz swoje plany, w których nie ma mnie w roli doradcy.

Uśmiechnęłam się. To nie było wielkie pojednanie. Nie padły patetyczne słowa. Ale między nami zrobiło się lżej. Wieczorem, gdy dzieci już wyszły, a mąż poszedł spać, zostałam sama w nowej kuchni. Otworzyłam szufladę – zamknęła się cicho, bez trzasku. Usiadłam przy stole i rozejrzałam się wokół. Konto było znacznie szczuplejsze, a przede mną wciąż niepewna przyszłość. Jednak w środku czułam spokój.

Nie zmieniłam świata. Zmieniłam kilka metrów kwadratowych i granicę, której wcześniej nie umiałam postawić. Zrozumiałam, że starość nie musi oznaczać rezygnacji. Może być czasem decyzji. Patrząc na jasne szafki, pomyślałam, że przez trzydzieści lat gotowałam dla innych. Teraz wreszcie mogłam usiąść przy własnym stole i poczuć, że to także moje życie. I to światło wcale nie było tylko od lampy.

Jadwiga, 67 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama