Reklama

Patrzę na kalendarz wiszący w kuchni i czuję, jak żołądek podchodzi mi do gardła. Czerwonym markerem zaznaczono datę rozpoczęcia ferii zimowych. Dla moich dzieci to obietnica beztroski i nart, o których marzą od zeszłego roku. Dla mnie te czerwone kółka wyglądają jak sygnał ostrzegawczy przed katastrofą. Nie mam serca powiedzieć im prawdy – że wczorajsze zakupy spożywcze pochłonęły resztki oszczędności, a do pierwszego zostało nam trzysta złotych na życie. Jestem matką, która musi wybierać między zapłaceniem rachunku za prąd a spełnieniem marzeń własnych dzieci.

Marzenia kontra rzeczywistość

Wszystko zaczęło się wczoraj wieczorem, kiedy mój dziesięcioletni syn, Tomek, przybiegł do kuchni z telefonem w ręku. Jego oczy błyszczały tak jasnym blaskiem, że musiałam odwrócić wzrok.

– Mamo, zobacz! Antek z klasy jedzie z rodzicami do Włoch, a Zosia do Białki Tatrzańskiej – ekscytował się. – Pamiętasz, jak obiecałaś, że w tym roku też pojedziemy w góry? Że nauczę się jeździć na desce?

Zamarłam z niedomytą patelnią w ręku. Tak, pamiętałam. Obiecałam to w zeszłym roku, kiedy inflacja nie zjadała nam jeszcze połowy pensji, a rata kredytu nie skoczyła drastycznie w górę. Wtedy wydawało się to realne. Dziś brzmiało jak ponury żart.

– Pamiętam, kochanie – wydukałam. – Ale wiesz, musimy jeszcze porozmawiać z tatą, sprawdzić terminy…

– Ale ferie są już za dwa tygodnie! – wtrąciła siedmioletnia Lenka. – Ja chcę lepić bałwana w górach!

Patrzyłam na ich pełne nadziei twarze i czułam się jak oszustka. Nie wiedzieli, że godzinę wcześniej siedziałam nad stertą rachunków, kalkulując, z czego możemy zrezygnować, żeby w ogóle dotrwać do końca miesiąca.

Wzrok kasjerki mnie zniszczył

Następnego dnia musiałam iść na zakupy. Kiedyś to lubiłam, teraz każde wejście do dyskontu to dla mnie większa logistyka. Moja strategia jest prosta: tylko to, co niezbędne. Żadnych słodyczy, najtańszy makaron, ryż, ziemniaki. Ale nawet ta strategia ostatnio zawodzi. Mijałam kolorowe promocje, które krzyczały: "Kup 3, zapłać mniej!". Problem w tym, że żeby oszczędzić, trzeba najpierw wydać więcej, a ja nie miałam tego "więcej". W koszyku lądowały podstawowe produkty: chleb, mleko, trochę sera żółtego, parówki dla dzieci.

Przy kasie serce zaczęło mi bić szybciej. Wykładam towary na taśmę i w głowie prowadzę gorączkowe obliczenia.

– Dwieście trzydzieści cztery złote i osiemdziesiąt groszy – rzuciła beznamiętnie kasjerka.

Zrobiło mi się gorąco. Za co? Przecież tam prawie nic nie było! Dwa obiady, trochę śniadań.

– Karta – szepnęłam.

Przyłożyłam plastik do terminala. „Odmowa”. Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Ludzie w kolejce za mną zaczęli głośno wzdychać.

– Proszę spróbować jeszcze raz – powiedziałam drżącym głosem. Musiałam przekroczyć limit dzienny albo bank już pobrał ratę za pralkę. Ponowna odmowa.

Muszę... muszę z czegoś zrezygnować – wydukałam, czując na sobie palący wzrok wszystkich obecnych. Czułam się naga, obdarta z godności. – Proszę odłożyć ten ser i płyn do płukania.

Kasjerka z głośnym piknięciem anulowała pozycje. Wyszłam ze sklepu na trzęsących się nogach, ściskając w ręku paragon grozy. Dwie reklamówki za prawie dwieście złotych. I jak ja mam w tej sytuacji myśleć o feriach?

Kłamstwo ma krótkie nogi

Tego samego dnia spotkałam się z Izą, moją szwagierką. Ona żyje w innej rzeczywistości. Jej mąż ma firmę budowlaną, ona salon kosmetyczny.

– Sylwia, rezerwujemy właśnie domki w Austrii! – zawołała. – Jedziemy w dwie rodziny, dołączcie do nas. Koszt to grosze, dwa tysiące euro plus dojazd.

Dwa tysiące euro. Nasze trzymiesięczne opłaty za mieszkanie.

– Brzmi cudownie – uśmiechnęłam się sztucznie. – Ale my chyba celujemy w coś bliżej.

– Daj spokój, w Polsce jest drożej niż w Alpach! – zaśmiała się Iza. – Nie bądźcie tacy skąpi. Przecież Darek dostał podwyżkę w zeszłym roku, prawda?

To „nie bądźcie tacy skąpi” zabolało najbardziej. Iza nie wiedziała, że podwyżkę Darka zjadła inflacja i czynsz.

– Nie chodzi o skąpstwo. Mamy inne priorytety. Remont łazienki... – skłamałam, żeby zachować twarz.

– Szkoda. Tomek będzie zawiedziony – rzuciła, nieświadomie wbijając mi nóż w serce. Wróciłam do domu z poczuciem totalnej klęski. W oczach rodziny wychodzimy na sknerusów, którzy żałują własnym dzieciom.

Liczy się każda złotówka

Wieczorem usiadłam z Darkiem w kuchni. Na stole leżał ten nieszczęsny paragon. Mąż wyglądał na wykończonego.

Dzieci znowu pytały o ferie – zaczęłam ostrożnie.

Darek ukrył twarz w dłoniach.

– Sylwia, błagam cię. Nie dzisiaj. Samochód ledwo jeździ, mechanik powiedział, że rozrząd jest do wymiany. To tysiąc pięćset złotych. Skąd mam to wziąć? Z funduszu na ferie?

– Ale obiecaliśmy im...

– Obiecaliśmy, kiedy sytuacja była inna! – podniósł głos. – Robię, co mogę. Biorę każdą sobotę, zostaję po godzinach. I co z tego mam? Wchodzę do sklepu i za dwie siatki płacę dwie stówy! To wegetacja.

Widziałam w jego oczach bezsilność.

– Może weźmiemy chwilówkę? – zapytałam cicho.

– Nie! – Darek uderzył dłonią w stół. – Spłacimy jedną, a potem nie będziemy mieli na jedzenie w marcu. Nie będziemy się zadłużać na wakacje.

Wiedziałam, że ma rację. Ale racjonalne argumenty nie uciszały mojego matczynego poczucia winy. Przez kolejne dni desperacko próbowałam sprzedać na Vinted stare ubrania i zabawki. Negocjacje o każde 5 złotych upokarzały mnie. Sprzedałam ulubioną torebkę, ale uzbierałam zaledwie trzysta pięćdziesiąt złotych. To była kropla w morzu potrzeb.

Najtrudniejsza rozmowa w życiu

Tydzień przed feriami zebrałam dzieci w salonie. Darek stał w drzwiach ze spuszczoną głową.

– Pamiętacie, jak rozmawialiśmy o nartach? – zaczęłam, czując gulę w gardle.

– Tak! Jedziemy? – wykrzyknęła Lenka.

Wzięłam głęboki oddech. Musiałam być szczera.

– Nie, kochanie. W tym roku nie pojedziemy w góry.

Uśmiech zniknął z twarzy córki. Tomek zmarszczył brwi.

– Ale dlaczego? – zapytał z wyrzutem. – Przecież obiecałaś! Wszyscy jadą! Tylko my jesteśmy biedni!

To słowo uderzyło mnie jak policzek.

– Tomku, nie jesteśmy biedni – wtrącił się Darek. – Ale wszystko bardzo podrożało. Tata i mama dużo pracują, ale w tym roku po prostu nie mamy pieniędzy na taki drogi wyjazd.

– Nienawidzę was! – krzyknął Tomek i trzasnął drzwiami swojego pokoju. Lenka zaczęła płakać. Siedziałam tam, czując, jak serce pęka mi na kawałki. Przegrałam walkę z drożyzną, ale najbardziej bolało mnie, że zawiodłam ich zaufanie.

Pieniądze nie są najważniejsze

Po godzinie poszłam do pokoju syna.

– Wiem, że jesteś rozczarowany – powiedziałam cicho. – Przepraszam, że nie dotrzymałam słowa.

Tomek odwrócił się, miał czerwone oczy.

– W szkole będą się śmiać, że siedziałem w domu.

– A kto powiedział, że będziemy siedzieć w domu? – zapytałam, wpadając na pomysł z desperacji. – Pamiętasz ciocię Ulę? Tę, która mieszka na wsi pod lasem? Ma psa, kury i wielką górkę za stodołą. Nie ma wyciągu, ale mamy sanki. I możemy zrobić ognisko w zimie.

Tomek podniósł się na łokciach.

– I tata pojedzie z nami?

Tata weźmie dwa dni wolnego – obiecał Darek, wchodząc do pokoju. – I zbudujemy największą skocznię dla sanek, jaką widziałeś.

To nie były Alpy. To była stara, drewniana chałupa, gdzie w nocy trzeba palić w piecu. Ale kiedy zobaczyłam cień uśmiechu na twarzy mojego syna, zrozumiałam coś ważnego. Dla moich dzieci paragon grozy nie ma znaczenia. Liczy się to, czy poświęcę im czas.

Pojedziemy na wieś. Będziemy jeść pieczone ziemniaki z ogniska zamiast pizzy w restauracji. I może te ferie będą lepsze niż te w drogim hotelu, bo będą nasze, prawdziwe. Choć w głębi duszy wciąż marzę o dniu, w którym wejdę do sklepu i nie będę musiała wstrzymywać oddechu przy kasie, na razie muszę cieszyć się tym, co mam.

Sylwia, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama