Reklama

Nigdy nie zapomnę tego, jak mama spojrzała mi w oczy i powiedziała:

– Nie martw się, córeczko. Będziesz najpiękniejsza na tej studniówce, obiecuję.

A ja, głupia, naprawdę w to uwierzyłam. Nawet nie przyszło mi do głowy, żeby zapytać, skąd weźmie na to wszystko pieniądze. Sukienka, fryzjer, paznokcie, taksówka. To wszystko kosztowało. Dużo za dużo jak na kasjerkę z dyskontu. Ale wtedy nie myślałam o tym. Wtedy chciałam tylko jednego – wyglądać jak reszta dziewczyn z klasy.

– Julka, widziałaś tę bordową z rozcięciem? Sylwia ją zamówiła! – krzyczała Lena przez pół klasy. – Ale sztos!

Wiedziałam. Widziałam. I zazdrościłam.

– A ty? Już coś masz? – zapytała Sylwia, poprawiając włosy.

– Coś tam oglądałam. Butelkowa zieleń – skłamałam, nawet nie mrugając okiem.

W domu tylko mama i ta jej herbata. Zmęczona, w starej bluzie, patrzyła w okno, jakby od lat czekała na cud. A ja miałam czelność marudzić o sukience za osiem stów. Wyrzuty przyszły później. Za późno.

Czułam się jak księżniczka

Serio. Nawet jeśli brzmi to jak tania bajka. Sukienka opinała mnie w talii idealnie, rozcięcie na nodze dodawało odwagi, a loki, które zrobiła mi fryzjerka Sylwii „po znajomości”, trzymały się lepiej niż moje nerwy. Bartek tylko gwizdnął, kiedy mnie zobaczył.

– Wow... Ty jesteś moja dziewczyną? Bo nie poznaję – powiedział, podając mi dłoń.

Wsiadłam do limuzyny z trzema parami. Był szampan, selfie i głośna muzyka. Wszyscy patrzyli, kiedy podjechaliśmy pod hotel. Ja też patrzyłam – na siebie w szybie. Przez chwilę wierzyłam, że naprawdę jestem kimś.

Julia, wyglądasz obłędnie! – krzyczała Sylwia. – Totalna gwiazda!

Tańczyłam do bólu stóp, śmiałam się, ściskałam mamę na myśl, że to wszystko dzięki niej. Ale też… coś mnie uwierało. Jakaś myśl, że to wszystko nie pasuje. Że to nie ja. A może że za to trzeba będzie kiedyś zapłacić?

Po wszystkim wróciłam do domu przed trzecią. Mama nie spała.

– No i jak było? – zapytała szeptem, jakby bała się mnie obudzić.

– Najlepsza noc mojego życia – uśmiechnęłam się i padłam obok niej na kanapę. – Kocham Cię, mamo.

Pocałowałam ją w policzek. Pachniała herbatą i zmęczeniem. A ja nie wiedziałam, że już wtedy dusiła się długami, a jej oczy błyszczały od łez.

Mamę coś gryzło

Minęło kilka tygodni. Euforia po studniówce powoli opadała, a ja wracałam do rzeczywistości – klasówek, nauki do matury i wiecznego „zobaczymy, jak pójdzie”. Ale coś jeszcze się zmieniło. Mama.

Zaczęło się od drobiazgów. Wychodziła wcześniej do pracy i wracała później. W domu bywała rozkojarzona, czasem mówiła do mnie, jakby była gdzieś daleko. Zdarzało się, że zasypiała na siedząco – w fotelu, przy stole, nawet raz z telefonem w dłoni.

– Mamo, wszystko okej? – zapytałam, kiedy po raz trzeci podgrzewałam jej obiad. – Jesteś ciągle zmęczona. Może coś ci jest?

– To tylko zmiana grafików – uśmiechnęła się. – Dużo ludzi choruje, biorę nadgodziny. Nie przejmuj się.

Ale się przejmowałam. Bo widziałam, że jej ręce drżą, gdy otwierała listy. Że nie odbierała niektórych telefonów, tylko szybko wyciszała je i chowała komórkę do torebki.

Mamo, ty coś ukrywasz? – zapytałam pewnego wieczoru.

– Julka, kochanie… nie wmawiaj sobie głupot – odpowiedziała. – Po prostu mam dużo na głowie.

Zaczęła jakoś gorzej wyglądać. Ale przecież nie mogłam jej zmusić, żeby mówiła. Więc próbowałam to zignorować. Skupiłam się na nauce. Wmawiałam sobie, że to tylko zmęczenie. Że mama, jak zwykle, sobie poradzi. Tylko że tym razem chyba naprawdę nie dawała już rady.

Mama się zadłużyła

Pamiętam dokładnie ten dzień. Wracałam wcześniej ze szkoły, bo nauczycielka chemii odwołała lekcje. W domu panowała cisza, jakiej dawno nie słyszałam. Mama była w pracy. Na stole – sterta rachunków i gazet. Jak zwykle. Z nudów zaczęłam sprzątać. Otworzyłam szufladę, żeby wrzucić tam jakieś papiery. I wtedy zobaczyłam list.

Szary, gruby, z czerwonym paskiem i napisem „OSTATECZNE WEZWANIE DO ZAPŁATY”. Zamrugałam. Przeczytałam raz. Potem drugi. Trzeci. Kwota: 5480 zł plus odsetki. Firma pożyczkowa, jakaś z Wrocławia. Termin spłaty minął tydzień temu.

– Co to ma być…? – szepnęłam, czując, że zaczyna mnie boleć brzuch.

Zadrżała mi ręka, kiedy wzięłam telefon mamy, który leżał na blacie. Hasło znałam. Przeglądałam wiadomości, serce waliło mi jak oszalałe. I wtedy zobaczyłam czat podpisany: Paweł – pożyczka.

„Anka, mija termin. Masz trzy dni.”
„Jak nie zapłacisz, porozmawiamy inaczej.”
„Może twoja córeczka pomoże?”

Zatkało mnie. Poczułam mdłości. Czytałam to i nie rozumiałam. Albo nie chciałam zrozumieć. Serce biło mi tak mocno, że myślałam, że zaraz zemdleję. Wtedy usłyszałam klucz w zamku.

– Mamo… kim jest Paweł? – powiedziałam bez powitania. – Co to za list? Dlaczego wzięłaś pożyczkę?

Mama zamarła w progu. Zbladła. Przez dłuższą chwilę milczała, po czym spuściła głowę.

– Bo chciałam, żebyś chociaż raz miała coś pięknego…

I wtedy coś we mnie pękło.

Poznałam prawdę

– Mama, co ty mówisz?! Pożyczka?! Od kogo?! – podniosłam głos, choć czułam, że zaraz się rozryczę. – I czemu ten koleś pisze o mnie?!

Mama usiadła ciężko na krześle, jakby nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Nie patrzyła mi w oczy.

– Pieniądze z wypłaty były tylko na rachunki… na jedzenie. Wiedziałam, że nie dam rady ci sfinansować balu. A tak bardzo chciałaś iść na tę studniówkę… – zaczęła cicho. – Paweł to znajomy z pracy, kiedyś pomagał ludziom. Mówił, że szybko załatwi sprawę. Podsunął papiery. Wzięłam pożyczkę. Wydawało mi się, że dam radę spłacać.

– Ale nie dałaś? – wyszeptałam, czując, jak po policzkach płyną mi łzy.

– Straciłam nadgodziny. Zmienili grafik, nie dawali dodatkowych zmian… – mówiła przez zaciśnięte zęby. – A potem on zaczął… być niemiły.

– Co to znaczy?! – krzyknęłam. – Mamo, on cię… szantażuje?!

– To nie tak. Nie zrobił nic… jeszcze. Po prostu... – głos jej się załamał. – Nie chciałam ci mówić. Nie chciałam psuć ci wspomnień z tej nocy. Tyle razy rezygnowałaś. Ze wszystkiego. Chciałam, żebyś chociaż raz poczuła się jak inne dziewczyny.

Zerwałam się z miejsca, płakałam już na całego.

– Ale ja nie chciałam tego kosztem twojego zdrowia! Spokoju! Bezpieczeństwa! – wrzasnęłam. – Ja bym to zrozumiała, naprawdę. Mamo…

Chciałam wyjść, uciec gdziekolwiek. Wybiegłam z mieszkania i szłam bez celu. Nogi mnie niosły, a w głowie miałam totalny chaos.

Oczywiście! Oto nowa wersja rozdziału 5, w której Julia nie spotyka się z Pawłem – zamiast tego dochodzi do emocjonalnej rozmowy z mamą:

Pomogę mamie

Zeszłam na dół chwilę po szóstej rano. Mama siedziała przy kuchennym stole w szlafroku, z łokciami opartymi o blat i dłońmi zakrywającymi twarz. Z kubka unosiła się para. Na blacie obok leżała koperta z logo firmy pożyczkowej. Przesunięta, jakby ktoś ją wielokrotnie brał do ręki i odkładał z powrotem.

– Nie śpisz? – zapytałam cicho.

Podniosła wzrok, jakby dopiero mnie zobaczyła.

– Wstałam wcześnie. Nie mogłam spać – odpowiedziała i od razu chciała się uśmiechnąć, ale wyszedł z tego grymas. – Wszystko jest pod kontrolą.

– Mamo… – usiadłam naprzeciwko niej. – Nie mów tak. Bo nie jest.

Nie odpowiedziała. Tylko potrząsnęła głową. Widziałam, jak jej oczy robią się mokre.

– Przepraszam – wyszeptała.

– Wiesz co? Nie chcę tylko patrzeć, jak ty się z tym wszystkim dusisz. Nie będę.

Zaskoczyła ją moja stanowczość. Milczała.

Dostałam propozycję pracy w pizzerii. Taka na wieczory i weekendy. Będę kelnerką. Dzisiaj mam pierwszą zmianę na próbę. Od siedemnastej.

– Julia… – zaczęła, ale ja jej przerwałam.

– Nie. Nie mów, że mam się uczyć, że to nie moje zmartwienie. To jest moje zmartwienie. To dla mnie wzięłaś ten cholerną pożyczkę, więc teraz razem to spłacimy. Jasne?

Po policzku spłynęła jej łza. Złapała moją dłoń i ścisnęła ją tak mocno, że aż zabolało.

– Jesteś jeszcze dzieckiem…

– Nie jestem – odpowiedziałam twardo.

I może po raz pierwszy w życiu naprawdę tak się poczułam. Nie jak córka, która czeka, aż mama wszystko załatwi. Tylko jak ktoś, kto sam decyduje, co dalej.

Julia, 19 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama