Reklama

Od dziecka słyszałam, że mama poświęciła dla mnie wszystko. Powtarzała to przy każdej okazji – przy niedzielnym obiedzie, przy rachunkach, przy zwykłej rozmowie o pogodzie. Przez lata wierzyłam, że jej zmęczone spojrzenie i cichy ton to dowód bezgranicznej miłości. Dopiero kiedy kupiłam jej mieszkanie, zaczęłam dostrzegać, jak bardzo potrafiła grać na emocjach – i jak łatwo dawałam się wciągać w jej gierki.

Było mi jej żal

Mama zawsze umiała sprawić, że czułam się odpowiedzialna za jej samopoczucie. Gdy tylko wspominałam o swoich planach, potrafiła westchnąć tak głęboko, jakby niosła na barkach cały świat.

– Nie przejmuj się mną – mówiła cicho, patrząc w okno. – Ja już niczego od życia nie chcę.

To brzmiało jak wyrzut. Po takich słowach odkładałam swoje sprawy na bok. Kiedy dostałam awans i zaczęłam więcej zarabiać, naturalnie pomyślałam, że mogłabym jej pomóc. Mieszkała w starym, zawilgoconym lokalu komunalnym, który od lat był powodem jej narzekań.

– Tam się nie da żyć – powtarzała. – Ściany pękają, sąsiedzi hałasują. A co ja mogę? Trzeba zacisnąć zęby.

Za każdym razem, gdy to słyszałam, miałam poczucie winy. Miałam jasne, przestronne mieszkanie, a ona tkwiła w miejscu, którego nienawidziła. W końcu podjęłam decyzję. Wzięłam kredyt i kupiłam dla niej niewielkie mieszkanie w spokojnej okolicy. Pamiętam dzień, w którym wręczyłam jej klucze. Stała w moim salonie, obracając je w palcach.

– To dla mnie? – zapytała z niedowierzaniem.

– Tak, mamo. Chcę, żebyś wreszcie miała lepsze życie.

Zaczęła płakać. Przytuliła mnie mocno.

– Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć. Tylko ty mnie nie zawiodłaś.

Te słowa wtedy mnie wzruszyły. Przeprowadzka trwała kilka dni. Biegałam między pracą a nowym mieszkaniem, załatwiałam formalności, organizowałam transport mebli. Mama w tym czasie siedziała przy stole i udzielała wskazówek.

– Uważaj z tą komodą, ona jest delikatna.

– Może jednak kanapa powinna stać przy oknie?

Nie miałam jej tego za złe. Myślałam, że po prostu przeżywa zmianę. Pierwszy sygnał, że coś jest nie tak, pojawił się tydzień później. Zadzwoniła do mnie późnym wieczorem.

– Chyba popełniłyśmy błąd – powiedziała dramatycznie.

– Co się stało?

– Tu jest tak cicho. Aż za cicho. Czuję się tu obco. W tamtym mieszkaniu przynajmniej wiedziałam, kto mieszka obok.

– Mamo, przecież narzekałaś na hałas.

– Bo hałas był straszny, ale przynajmniej coś się działo.

Zaczęłam ją uspokajać, tłumaczyć, że potrzebuje czasu. Jednak z każdym dniem jej telefony stawały się coraz częstsze.

– Krany inaczej szumią.

– Balkon jest za mały.

– Wiesz, może ja nie zasłużyłam na takie miejsce.

To ostatnie zdanie powtarzała najczęściej. A ja za każdym razem zapewniałam ją, że zasłużyła. Że to prezent. Że chcę, by była szczęśliwa. Któregoś popołudnia wpadłam do niej bez zapowiedzi. Drzwi były uchylone. Usłyszałam jej głos w kuchni.

– Tak, oczywiście, że sama wszystko muszę ogarnąć – mówiła do kogoś przez telefon. – Ona kupiła mieszkanie i myśli, że sprawa załatwiona. A ja? Ja tu siedzę sama.

Zamarłam. Nie mówiła tego tonem zmęczonej kobiety. Brzmiała niemal pogodnie.

– Nie, nie narzekam – dodała po chwili. – Tylko wiesz, człowiek całe życie daje, a na starość zostaje z pustymi ścianami.

Weszłam do kuchni. Spojrzała na mnie zaskoczona, ale szybko przybrała dobrze mi znany wyraz twarzy – lekko opuszczone kąciki ust, zamglone oczy.

– Och, jesteś już? Właśnie mówiłam Zosi, że trochę mi tu ciężko.

Po raz pierwszy poczułam nie tylko współczucie, ale i złość.

Zatkało mnie

Tamtego dnia nie zrobiłam awantury. Stałam chwilę w progu kuchni, a potem spokojnie odłożyłam torebkę na krzesło.

Dlaczego tak powiedziałaś? – zapytałam najłagodniej, jak potrafiłam.

– To było tylko Zosi. – Mama wzruszyła ramionami. – Pytała, jak się czuję w nowym miejscu.

– I powiedziałaś jej, że zostawiłam cię samą?

Spojrzała na mnie tak, jakbym ją właśnie oskarżyła o coś niewybaczalnego.

– Ja przecież tylko mówię, co czuję. Nie mogę udawać, że jest idealnie.

Usiadłam naprzeciwko niej. Kuchnia była jasna, pachniało świeżą farbą i kawą. Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak planowałyśmy. A jednak atmosfera stała się nagle ciężka.

– Mamo, od tygodnia jestem tu codziennie. Wczoraj skręcałam ci szafkę do północy.

– Wiem – odpowiedziała cicho. – I jestem wdzięczna. Tylko… ty masz swoje życie. Pracę, znajomych. A ja? Siedzę tu i czekam.

– Czekasz na co?

– Na to, aż znajdziesz chwilę.

To zdanie zabrzmiało jak cios. Przez moment znów poczułam to znajome ukłucie winy. Może rzeczywiście powinnam być częściej? Może nowe mieszkanie nie wystarczyło? A potem przypomniałam sobie jej ton sprzed kilku minut. Tam nie było smutku. Była pewność, że ktoś ją wysłucha, przytaknie, potwierdzi jej wersję. Kilka dni później zadzwoniła moja ciotka.

Co ty wyprawiasz z matką? – zapytała bez wstępów.

– Słucham?

Płakała mi do słuchawki, że czuję się jak intruz w swoim własnym domu. Że wszystko urządziłaś po swojemu i nawet nie zapytałaś, czego ona chce.

Zatkało mnie. Przecież każdą decyzję konsultowałyśmy ze sobą. Wybierałyśmy razem płytki, zasłony, nawet kolor poduszek.

– Ciociu, to nieprawda – odpowiedziałam powoli.

– Ja nie oceniam. Tylko spróbuj ją zrozumieć.

Odłożyłam telefon z drżącymi rękami. Po raz pierwszy pomyślałam, że to nie są przypadkowe westchnienia. To była narracja, którą mama budowała wokół siebie – o poświęconej kobiecie, której nawet własna córka nie potrafi uszczęśliwić. Wieczorem pojechałam do niej z postanowieniem, że tym razem nie dam się zagłuszyć.

– Mamo, musimy porozmawiać – zaczęłam, gdy tylko otworzyła drzwi.

– Stało się coś? – zapytała z niepokojem.

– Tak. Dowiedziałam się, że opowiadasz rodzinie, że przeze mnie czujesz się nieszczęśliwa.

Zamilkła na sekundę, po czym usiadła przy stole.

– Ludzie różnie interpretują moje słowa – odparła chłodno. – Nikogo nie oskarżam.

– Ale przedstawiasz mnie jak kogoś, kto zrobił ci krzywdę.

Podniosła na mnie wzrok. W jej oczach pojawiły się łzy.

– A może ja rzeczywiście czuję się skrzywdzona? – wyszeptała. – Może nikt mnie nie zapytał, czy ja chcę zaczynać od nowa?

Pytałam cię wielokrotnie!

– Bo nie chciałam cię zawieść – odpowiedziała szybko. – Zawsze byłaś taka ambitna. Taka zdecydowana. Nie chciałam być tą, która marudzi.

Patrzyłam na nią i nagle coś zaczęło mi się układać. Ona nie chciała mieszkania. Chciała poczucia, że jest potrzebna, że jej cierpienie ma sens, że ktoś bez przerwy ją ratuje.

– Mamo – powiedziałam spokojnie – ja nie mogę być odpowiedzialna za twoje szczęście.

Te słowa zawisły między nami jak ciężka zasłona.

Czyli teraz to ja jestem problemem? – zapytała z goryczą.

– Nie. Problemem jest to, że cokolwiek zrobię, ty i tak będziesz nieszczęśliwa. Bo wtedy wszyscy wokół muszą cię pocieszać.

Zrobiło się cicho. Po raz pierwszy nie zaprzeczyła od razu.

Postawiłam jasne granice

Siedziałyśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole. Mama bawiła się łyżeczką, obracając ją w palcach. Zawsze tak robiła, kiedy traciła grunt pod nogami.

– Czyli uważasz, że udaję? – zapytała w końcu.

– Uważam, że nauczyłaś się żyć w roli – odpowiedziałam spokojnie. – I że ta rola daje ci uwagę, której potrzebujesz.

Drgnęła, jakby ktoś ją przyłapał na czymś wstydliwym.

– Całe życie byłam sama – powiedziała cicho. – Twój ojciec odszedł, kiedy byłaś mała. Wszystko było na mojej głowie. Nikt mnie nie pytał, czy daję radę.

– Wiem. I jestem ci wdzięczna. Jednak to nie znaczy, że masz prawo budować teraz świat wokół swojego cierpienia.

W jej oczach pojawiła się złość.

– Łatwo ci mówić. Masz pracę, pieniądze, swoje sprawy. A ja? Zostałam z ciszą.

– Cisza to nie krzywda – odpowiedziałam. – To przestrzeń. Możesz ją czymś wypełnić. Zajęciami, znajomościami, ale nie moim poczuciem winy.

Te słowa zabolały także mnie. Zawsze chciałam być dobrą córką. Taką, która rozumie, wspiera, oddaje dług. Jednak zrozumiałam, że im więcej dawałam, tym bardziej mama podkreślała, jak bardzo jej czegoś brakuje.

– Nie będę już twoim ratunkiem – powiedziałam w końcu. – Kupiłam ci mieszkanie, bo chciałam poprawić twój komfort. Nie po to, żeby udowadniać coś rodzinie ani słuchać, że zrobiłam za mało.

Przez chwilę myślałam, że zacznie płakać. Zamiast tego spojrzała na mnie hardo.

– Czyli co teraz? – zapytała chłodno.

– Teraz będę przychodzić wtedy, kiedy będę mogła. I rozmawiać z tobą jak z dorosłą osobą, nie jak z kimś, kogo trzeba stale ratować. Jeśli coś ci nie pasuje, mów to wprost. Mnie, a nie całej rodzinie.

Minęło kilka sekund, zanim skinęła głową.

– Może… – zaczęła niepewnie – może rzeczywiście przyzwyczaiłam się do tego, że ktoś mnie pociesza.

Nie było w tym wielkiej skruchy. Raczej zmęczenie. Od tamtej rozmowy minęło kilka miesięcy. Mama zapisała się do klubu seniora w okolicy. Na początku twierdziła, że idzie tylko „zobaczyć”. Teraz dwa razy w tygodniu wychodzi na warsztaty i wraca z torbą pełną drobiazgów z warsztatów rękodzielniczych. Nie przestała wzdychać teatralnie. To chyba część jej charakteru. Jednak kiedy ostatnio powiedziała:

– Czasem tu tak cicho…

Spojrzałam na nią znacząco.

To może zaproś kogoś na herbatę.

Uśmiechnęła się lekko.

– Właśnie jutro przychodzi Zosia.

Po raz pierwszy poczułam, że nie jestem już centrum jej świata ani jedynym źródłem sensu. I choć wciąż uczę się nie reagować automatycznym poczuciem winy, wiem, że postawiłam granicę, która była nam obu potrzebna. Nie uratowałam jej życia. Po prostu przestałam pozwalać, by jej rola męczennicy definiowała moje.

Katarzyna, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama