Reklama

W korporacji ludzie się nie znają, nie słuchają, nie pytają. I to jest chyba najbezpieczniejsze. Ja też nie pytam. Moje życie mieści się w dwóch aplikacjach: firmowym Outlooku i systemie CRM. Czasem czuję, że jeszcze jedna rozmowa o „proaktywnym podejściu” i eksploduję. Ale nie eksploduję. Po prostu klikam „wyślij” i wracam do liczb. Tabelki są czyste, nie ranią, nie mają pretensji.

W domu jest podobnie. Mama mówiła, że emocje to słabość. Że za dużo analizuję. Ale jak tu nie analizować, kiedy człowiek całe dzieciństwo słyszał, że własna babcia jest zimna jak głaz?

– Twoja babcia miała serce z kamienia – mama, czyli Anna, powtarzała to przy każdej okazji. – Nigdy mi nic nie dała, to i po śmierci niczego się nie spodziewaj.

Pamiętam, jak te słowa wwiercały się we mnie. Czułam wtedy jakieś... niezręczne napięcie. Jakby mama chciała mnie przekonać do nienawiści, której sama nie umiała już udźwignąć.

– Może po prostu nie umiała inaczej? – odważyłam się raz powiedzieć, mając może z dziesięć lat.

– Nie tłumacz jej. Przez całe życie była tylko dla siebie – odburknęła.

Nie drążyłam. Nawet nie próbowałam. Bo rzeczywiście, babcia Helena była... specyficzna. Milcząca. Oszczędna. Zero prezentów na urodziny, zero przytulania. Pachniała mydłem siarkowym i jej mieszkanie zawsze śmierdziało bigosem albo płynem do szyb.

Nie byłam z nią blisko. Ale gdy zmarła, poczułam coś dziwnego. Nie smutek. Raczej coś jak... wyrzut sumienia. Bo czy naprawdę znałam ją tak, jak mówiła mama?

Nikt na nic nie liczył

Pogrzeby w naszej rodzinie są krótkie, bez łez. Zimne, jak nasze relacje. Stałam obok mamy, patrząc na trumnę, ale nie potrafiłam się modlić. Zamiast „Wieczny odpoczynek…” w głowie miałam pytanie: czy ona naprawdę była taka, jak mówili?

– Dobrze, że to już – mruknęła ciotka Renata, przyjechała aż z Niemiec. – Długo się męczyła?

Mama wzruszyła ramionami. Nie rozmawiały zbyt wiele. Ani w ogóle, ani o babci. Po pogrzebie wróciliśmy do mieszkania mamy. Zegar w kuchni tykał głośniej niż zwykle. Na stole – talerze z zimnym sernikiem i półmisek śledzi.

Pewnie cały spadek to te jej stare meble i porcelana z lat 70. – Renata rozlała sobie kompot jak do obiadu.

– I może parę złotych z emerytury. Jak zwykle – na wszystko szkoda jej było pieniędzy – dodała mama z goryczą.

Siedziałam w rogu, obserwując ich. Niby rozmawiali, ale to nie była rozmowa – raczej wyliczanie win. Wina za to, że nie potrafiła być matką. Za to, że nie dzwoniła. Za to, że żyła skromnie. Ale nikt nie pytał: dlaczego?

– A może zostawiła coś, o czym nikt nie wie? – przemknęło mi przez głowę.

Nie powiedziałam tego na głos. Jeszcze by się uśmiechnęły z politowaniem. Dla nich babcia to zamknięty rozdział. Ale ja… zaczęłam czuć, że czegoś nie rozumiem. Albo że ktoś przez całe życie mi czegoś nie powiedział.

Testament mnie zaskoczył

Siedzieliśmy w niewielkim, dusznym gabinecie notariusza. Renata nerwowo stukała paznokciami w blat, mama siedziała sztywno, z założonymi rękami. Ja... wciąż nie wiedziałam, po co tam jestem. Babcia Helena przecież nie była kobietą, która zostawia coś w spadku. Notariusz – łysy pan z zaskakująco łagodnym głosem – otworzył teczkę i spojrzał na nas spokojnie.

– Zgodnie z testamentem sporządzonym trzy lata temu, pani Helena K. przekazuje mieszkanie oraz zamykaną szkatułkę... wnuczce, Beacie.

Zrobiło się cicho. Zbyt cicho. Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy.

– A córka? – warknęła mama. – Nie liczyła się w ogóle?

Notariusz podniósł wzrok.

– W testamencie nie ujęto żadnych innych beneficjentów.

– To jakiś żart – syknęła Renata. – Beata?! Przecież ona nawet nie rozmawiała z babcią!

– Nie rozumiem… Dlaczego ja? – wydusiłam, patrząc na mamę, która wyglądała, jakby zaraz miała wybuchnąć.

Wszystko we mnie krzyczało: „Oddaj to, zrezygnuj!” Ale coś w środku – może cień ciekawości, może żal – kazało mi słuchać dalej. Szkatułka. Mieszkanie. Dlaczego? Czy to możliwe, że... to nie był przypadek?

To mnie wzruszyło

Mieszkanie babci pachniało tak samo jak zawsze – starością i zamknięciem. Zasłony wciąż wisiały ciężko przy oknach, a obrus leżał idealnie równiutko, jakby czekał na jakąś świętą okazję. Rozejrzałam się niepewnie. Tu nie było nic mojego. A jednak klucze do tego miejsca trzymałam teraz w dłoni. Szkatułka stała na komodzie w sypialni. Niewielka, ciemna, zamknięta na kluczyk, który notariusz podał mi w białej kopercie. Delikatnie przekręciłam zamek. Zaskoczyło. W środku – nie biżuteria, nie pieniądze, nie różańce. Listy.

Starannie podpisane koperty: „Gdy będzie ci źle”, „Gdy poczujesz się samotna”, „Gdy będziesz gotowa mnie poznać”. Drżącymi palcami sięgnęłam po tę ostatnią. Była cięższa niż pozostałe.

Rozdarłam kopertę i zaczęłam czytać. Pismo babci – drobne, równe, znajome z dawnych kartek świątecznych.

„Beatko, wiem, że myślałaś o mnie źle. Może na to zasłużyłam. Ale wszystko, co robiłam, robiłam dla ciebie. Nie umiałam mówić, że cię kocham. Ale kochałam.
Twoja babcia – Helena.”

Pod spodem znajdowała się druga, mniejsza koperta. W środku – wydruk z banku. Konto oszczędnościowe. Moje imię jako beneficjenta. Kwota… zbyt duża, by ją od razu objąć rozumem. Zakryłam usta dłonią. Łzy cisnęły się do oczu.

Dlaczego nie powiedziała mi tego wcześniej? – szepnęłam.

Babcia, która podobno nigdy nic nie dawała… odkładała dla mnie całe życie.

Miałam pretensje do mamy

Nie chciałam jechać do mamy. Nie wiedziałam, co jej powiedzieć. Ale coś mnie pchało. Złość? Ciekawość? Może rozpacz, że przez tyle lat wierzyłam w coś, co teraz się rozpadało.

Weszłam bez pukania. Mama siedziała przy stole, piła herbatę, czytała gazetę. Jak gdyby nic się nie wydarzyło.

– Musimy porozmawiać – powiedziałam. Głos mi drżał, ale nie zamierzałam się wycofać.

– Jeśli to znowu o babci… – zaczęła, ale jej przerwałam.

Ona nie była taka, jak mówiłaś. Zobacz te listy – położyłam kopertę na stole. – Ona mnie kochała.

Mama spojrzała na nią niechętnie, jakby dotknęła czegoś brudnego.

– Ciebie może tak. Mnie nigdy – powiedziała zimno. – Teatrzyk na koniec życia. Typowe.

– A może po prostu nie potrafiła? – podniosłam głos. – Tak jak ty teraz nie potrafisz mnie wysłuchać?

Mama zamarła. Przez chwilę miałam nadzieję, że coś powie. Że złamie się choćby na sekundę. Ale nie. Wzięła łyk herbaty i wzruszyła ramionami.

– Za późno na wzruszenia, Beata.

Patrzyłam na nią, obcą kobietę, która wychowała mnie, a której nie potrafiłam już zrozumieć. Poczułam, że coś się we mnie zmieniło.

A jednak mnie kochała

Zamknęłam za sobą drzwi. W mieszkaniu panowała cisza, inna niż u mamy – spokojna. Bez napięcia. Tylko tykanie zegara i skrzypnięcie parkietu pod moimi krokami. Usiadłam na fotelu w sypialni babci. Tym samym, na którym zawsze siedziała z gazetą, jak przychodziłyśmy z mamą „na piętnaście minut, żeby odbębnić”.

Patrzyłam na meble, bibeloty, zdjęcia. Wszystko wciąż na swoim miejscu. Dotknęłam szkatułki, tej samej, którą jeszcze kilka dni temu uważałam za bezużyteczny relikt. Teraz… była jak serce tego miejsca.

Wyjęłam kolejny list. Ten z napisem „Gdy poczujesz się samotna”. Otworzyłam.

„Samotność to coś, co znałam lepiej niż własną twarz. Nie umiałam się przebić do ludzi, nawet do własnej córki. Ale może ty, Beato, potrafisz. Nie powielaj mojego błędu. Jeśli kochasz – mów. Jeśli tęsknisz – pisz. Jeśli boisz się – nie udawaj, że nie.”

Położyłam list na kolanach, spojrzałam na pęknięty obrazek nad łóżkiem. I wtedy zrozumiałam.

– Nie znałam jej naprawdę. Ale teraz czuję, że była mi bliższa niż ktokolwiek inny. I może to wystarczy – powiedziałam cicho.

Zamknęłam oczy i pozwoliłam sobie, pierwszy raz od dawna, poczuć wszystko. I żal, i spokój, i… wdzięczność.

Beata, 25 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama