Reklama

Nigdy nie marzyłam o willi z basenem. Chciałam tylko mieć spokój, Marka przy sobie i własne M. Ale z naszymi zarobkami to było jak liczenie na cud. Wynajmowaliśmy kawalerkę z grzybem na ścianie i sąsiadką, która wiecznie smażyła kotlety. Pamiętam, jak pewnego wieczoru Marek siedział nad arkuszem Excela, a ja płakałam w łazience. Tak po cichu, żeby nie usłyszał.

Wtedy mama wkroczyła z rozwiązaniem. Grażyna. Konkretna, zdecydowana, z torbą pełną gotówki i miną świętej męczennicy.

Dziecko, ja wam to mieszkanie kupię – powiedziała tonem, jakby rozdawała pierogi, a nie decydowała o naszej przyszłości.

Marek był sceptyczny. Ja – wdzięczna. Początkowo to był raj. Nowe mieszkanie, cisza, przestrzeń. A potem... zasłony od mamy, dywan od mamy, uwagi o braku organizacji i zupy w słoikach, bo ja przecież nie mam czasu gotować. Marek coraz częściej milczał. A ja? Ja tłumaczyłam. Broniłam mamy. Przecież chciała dobrze. Prawda? Tylko dlaczego czułam, jakby to mieszkanie należało do niej? I ja… też?

Mąż się zirytował

Wróciłam wcześniej z pracy. W drzwiach cisza – żadnego „hej” od Marka, żadnego dźwięku. Już miałam sięgnąć po telefon, gdy usłyszałam podniesione głosy z pokoju.

– Co ty robisz z moimi dokumentami?! – Marek był wściekły.

– Spokojnie, tylko sprawdzałam, czy płacicie czynsz na czas – usłyszałam głos mamy.

Otworzyłam drzwi. Mama stała przy stole, w ręku trzymała nasze faktury. Rozczochrane włosy, wypieki na twarzy. Marek naprzeciwko, z zaciśniętymi pięściami. Atmosfera tak gęsta, że aż mnie cofnęło.

– Anetko, twój mąż mnie zaatakował – powiedziała natychmiast Grażyna. – Chciałam tylko pomóc, a on… wpadł w furię.

– To nieprawda! Przyszedłem i zastałem ją grzebiącą w mojej teczce! – Marek aż drżał. – Ona się tu panoszy jak właścicielka!

– Bo nią jest, Marek! – wyrwało mi się, zanim zdążyłam pomyśleć.

Zamilkli oboje. A ja poczułam, jak grunt usuwa mi się spod nóg.

Wieczorem próbowałam rozmawiać z Markiem, ale każdy temat wracał do tego samego.

Ona przekracza granice, Aneta. A ty… ty jej na to pozwalasz.

– Przesadzasz. Przecież nic złego nie zrobiła.

– Ona traktuje mnie jak lokatora. Jak intruza. A ty się jej się w ogóle nie sprzeciwiasz. To że nam kupiła to mieszkanie, nie oznacza, że może tu przychodzić kiedy chce i robić, co chce.

Nie odpowiedziałam. Bo w środku już zaczynałam wątpić. Czy on miał rację? Czy ja naprawdę nie widzę, co się dzieje?

Nie wiedziałam, co robić

– Mamo, możemy porozmawiać? – zapytałam, ledwie zdążyła zdjąć płaszcz.

– Ależ oczywiście, córeczko. – Uśmiechnęła się promiennie, jakby nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. – Chcesz herbatki?

– Nie, chcę porozmawiać o… granicach. O naszej przestrzeni.

Zmarszczyła czoło.

Przecież nie wchodzę wam na głowę. Coś się stało?

– Mamo… przeszukiwanie dokumentów Marka to nie jest pomoc. On się poczuł...

– Atakowany? – Grażyna prychnęła. – To on mnie zaatakował. I to ja poczułam się zagrożona. Ale to nic nowego. Mężczyźni zawsze reagują agresją, gdy kobieta ma rację.

– Mamo, proszę… – poczułam, jak gardło mi się zaciska. – Ja po prostu chcę, żebyś dała nam trochę oddechu.

– Oddechu? – Jej głos się załamał. – Wszystko robiłam dla ciebie. Poświęciłam się. Dałam wam dach nad głową. A teraz jestem wrogiem?

Zaczęłam płakać. Tak po prostu.

– Cicho, Anetko, nie płacz – pogładziła mnie po ramieniu. – Marek ci wszystko wmówił. Widzisz? On cię odciąga ode mnie. On nie chce, żebyś miała rodzinę.

Wieczorem Marek zapytał:

– I jak poszło?

Nie odpowiedziałam od razu. Usiedliśmy w milczeniu.

– Aneta, musisz postawić jej granice. Albo my… albo ona.

Spojrzałam na niego bez słowa. W mojej głowie był tylko chaos. Kochałam Marka. Ale jak miałam wybrać między nim a matką, która była całym moim światem, odkąd pamiętam? Bo prawda była taka – ja nigdy nie nauczyłam się żyć bez niej.

Sprzeciwiłam się mamie

Wyszłam z łazienki i zatrzymałam się na korytarzu. Marek rozmawiał przez telefon w kuchni, nie zauważył mnie. Głos miał przyciszony, jakby nie chciał, żebym słyszała.

– …ja tu nawet nie mam głosu. To jej mieszkanie. I jej córka. Jakbym był dodatkiem do kompletu mebli.

Zamarłam. Przez chwilę chciałam wejść i zapytać, o co chodzi, ale… nie mogłam. Stałam jak wmurowana, z mokrym ręcznikiem w dłoni. Wieczorem przyszła mama. Usiadła przy stole i bez pytania zaczęła mówić:

– Zawsze wiedziałam, że Marek to nie materiał na męża. Ja ci go nie wybrałam. I wiesz co? Nigdy go nie lubiłam.

– Mamo, dość! – powiedziałam nagle, sama zaskoczona siłą własnego głosu.

Zamrugała.

– Słucham?

– Dość tego. Nie pozwolę ci już więcej mówić o Marku w ten sposób. To mój mąż. A ty… ty się zachowujesz, jakbyś chciała nas zniszczyć.

Więc on cię przekabacił?

– Nie. Po prostu… już nie chcę żyć twoim życiem.

Pierwszy raz widziałam, jak mama naprawdę zamilkła. I pierwszy raz poczułam coś dziwnego – strach. Ale też… ulgę.

Wieczorem powiedziałam Markowi:

– Musimy się wyprowadzić. Choćby do klitki na wynajem, ale z daleka od niej.

Spojrzał na mnie przez długą chwilę. A potem tylko kiwnął głową.

Postawiłam granice

Obiad był w niedzielę. Mama poprosiła, żebyśmy wpadli „tak jak dawniej, we troje, jak rodzina”. Gotowała rosół i pieczeń – nasze ulubione zestawy. Wszystko pachniało jak kiedyś. Jak wtedy, gdy byłam jeszcze tylko jej córką, nie żoną, nie kimś rozdartym.

Marek siedział sztywno przy stole, niemal nie odzywał się. Ja próbowałam uśmiechać się i nie patrzeć mu w oczy. Mama za to była w świetnym nastroju. Śmiała się, mówiła dużo, zbyt dużo. I pod każdym słowem krył się cierń.

Marek, a ty znowu w tej samej koszuli? Anetka nie ma czasu ci wyprać? – zapytała z uśmiechem.

Zamarłam. Ale Marek tylko skinął głową. Grał w tę grę.

– No ale nie szkodzi. Z tobą to pewnie jak z dzieckiem, co? Trzeba pokazać, przypilnować, zrobić za niego…

– Mamo, dość – przerwałam jej.

Popatrzyła na mnie zaskoczona. A ja wstałam.

– To nasze ostatnie spotkanie. Wyprowadzamy się z twojego mieszkania i jakiś czas nie będziemy się z tobą widywać.

– Co takiego? – opadła łyżka, rosół rozlał się po obrusie.

– Tak. Już szukamy czegoś na wynajem. Chcemy być sami. Bez pomocy, bez dywanów, bez komentarzy.

Mama zbielała. A potem wybuchła:

– Pożałujesz. Zobaczysz, że nie dasz sobie rady beze mnie! On cię zostawi, tak jak ojciec! Zostaniesz z niczym!

Zadrżałam. Ale nie cofnęłam się. Stałam, z dłońmi na oparciu krzesła, i czułam, że to pierwszy raz, kiedy mówię coś ważnego i nie uciekam. Wyszliśmy bez deseru. Bez pożegnania. I bez poczucia winy.

To nasz nowy początek

Mieszkanie, które wynajęliśmy, miało dwa pokoje i ściany cienkie jak papier. W łazience kapał kran, a kaloryfer w sypialni był zimny nawet przy odkręconym zaworze. Ale pierwszy raz od miesięcy mogłam zasnąć bez ciężaru na piersi.

Było ciężko. Finansowo, emocjonalnie. Zdarzały się dni, że brakowało nam na wszystko poza chlebem i mlekiem. Marek czasem znikał w pracy na dwanaście godzin, a ja leżałam na kanapie i płakałam – z bezradności, z lęku, z tęsknoty.

Nie za mamą jako osobą. Za tą złudną pewnością, którą mi dawała – że wszystko za mnie ogarnie, zdecyduje, przejmie stery. Tylko teraz zaczynałam rozumieć, co to naprawdę znaczyło. To nie była opieka. To była kontrola. Powoli zaczynałam rozumieć, że bycie córką Grażyny oznaczało bycie grzeczną, uległą, wdzięczną. Nawet kosztem samej siebie.

Z Markiem też nie było łatwo. Oboje byliśmy poranieni. Musieliśmy od nowa uczyć się mówić prawdę – nie tę wygodną, tylko tę trudną. Musiałam go przeprosić za te wszystkie razy, kiedy wybierałam mamę. A on… nauczył się czekać. Nie poganiał mnie. Po prostu był. Nie wiem, czy to będzie szczęśliwe zakończenie. Ale wiem, że pierwszy raz naprawdę żyję swoim życiem.

Aneta, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama