„Mama kochała luksus, a dla mnie nigdy nie miała czasu. Kiedy poprosiłem ją o pomoc, publicznie mnie wyśmiała”
„W jej oczach po raz pierwszy zobaczyłem coś, co nie było zniecierpliwieniem. Może cień wahania. A może tylko irytację, że ośmieliłem się jej odpowiedzieć. Czułem, że coś między nami pęka. I że już nie da się tego tak łatwo zamieść pod błyszczący dywan”.

- Redakcja
Zawsze miałem wrażenie, że w naszym domu najważniejsze były rzeczy, które błyszczały. Kryształowe lampy, połyskujące podłogi, drogie płaszcze wiszące w garderobie. Ja nie błyszczałem. Byłem dodatkiem do eleganckiego salonu, który mama pokazywała znajomym, gdy pasowało to do jej wizerunku. Najbardziej bolało mnie jednak to, że kiedy naprawdę jej potrzebowałem, stałem się dla niej powodem do żartów.
Słowa ugrzęzły mi w gardle
Mama od zawsze powtarzała, że „życie jest za krótkie na bylejakość”. Dlatego jej czterdzieste piąte urodziny odbyły się w wynajętej sali z ogromnymi oknami i orkiestrą, która grała cicho w tle. Stałem przy jednym z wysokich stolików, poprawiając rękawy zbyt ciasnej koszuli.
– Wyprostuj się, Adrian – syknęła mama, przechodząc obok mnie. – Wyglądasz, jakbyś chciał się schować.
Chciałem. Miałem wtedy siedemnaście lat i od kilku tygodni wiedziałem, że nie zdam matematyki. Nauczyciel wprost powiedział, że bez korepetycji nie mam szans. Tata odszedł kilka lat wcześniej, a ja nie miałem nikogo, kto mógłby mi pomóc. Została tylko ona. Patrzyłem, jak mama śmieje się głośno w towarzystwie swoich znajomych. Jej bransoletka odbijała światło, a ona sama wyglądała jak ktoś z okładki magazynu. Zebrałem się w sobie i podszedłem bliżej.
– Mamo, możemy chwilę porozmawiać? – zapytałem cicho.
– Teraz? – uniosła brwi. – Widzisz, że mam gości.
– To ważne.
Odwróciła się do stojącej obok kobiety w czerwonej sukni.
– Przepraszam na moment. Mój syn ma jakąś pilną sprawę – powiedziała z uśmiechem, który nie sięgał oczu.
Odeszliśmy kilka kroków dalej, ale wciąż byliśmy w zasięgu wzroku wszystkich.
– O co chodzi? – zapytała, poprawiając włosy.
– Potrzebuję korepetycji z matematyki. Inaczej nie zdam do następnej klasy. Czy mogłabyś mi pomóc je opłacić?
Przez sekundę milczała, a potem roześmiała się krótko.
– Ty zawsze coś kombinujesz. Wystarczy się pouczyć.
– Uczę się – odpowiedziałem, czując, jak czerwienieją mi policzki. – Ale to nie wystarcza.
W tym momencie podeszło do nas dwóch jej znajomych.
– Wszystko w porządku? – zapytał jeden z nich.
Mama westchnęła teatralnie
– Mój syn uważa, że potrzebuje specjalnego nauczyciela, żeby zdać matematykę – powiedziała głośniej, niż było trzeba. – Wyobrażacie sobie?
Mężczyzna uśmiechnął się pobłażliwie.
– Kiedyś to się brało książkę i po prostu uczyło – rzucił.
– Właśnie mu to tłumaczę – odpowiedziała mama, klepiąc mnie po ramieniu. – Nie będziemy przecież wydawać fortuny, bo komuś nie chce się myśleć.
Poczułem, jak kilka osób patrzy w naszym kierunku. Ktoś zachichotał. Chciałem coś powiedzieć, wytłumaczyć, ale słowa ugrzęzły mi w gardle.
– Idź do gości – powiedziała spokojnie, jakby nic się nie stało. – I spróbuj się uśmiechnąć.
Odwróciła się, zanim zdążyłem odpowiedzieć. Stałem jeszcze chwilę, czując, jak w środku wszystko mi się zaciska. W tamtym momencie zrozumiałem, że dla niej byłem problemem do ukrycia, nie synem, który potrzebował wsparcia. Wieczór ciągnął się w nieskończoność. Patrzyłem, jak mama przyjmuje prezenty, jak dziękuje, jak przytula znajomych. Dla każdego miała czas. Dla mnie – tylko kilka słów, które bolały bardziej, niż chciałem przyznać.
Serce zabiło mi szybciej
Po tamtym wieczorze przestałem prosić. W domu panowała cisza, która była gorsza niż kłótnia. Mama wychodziła wcześnie rano, wracała późno, pachnąc drogimi perfumami. A ja siedziałem przy biurku, nad zeszytem z matematyki, próbując zrozumieć równania, które rozmywały mi się przed oczami. Któregoś popołudnia usłyszałem stukot jej obcasów w korytarzu. Drzwi do mojego pokoju uchyliły się bez pukania.
– Nadal nad tym siedzisz? – zapytała, opierając się o framugę.
– Tak.
– Może gdybyś mniej czasu spędzał w swoim świecie, a więcej przy książkach, nie byłoby problemu.
Podniosłem wzrok.
– Próbuję, mamo.
– Wszyscy próbują – odparła chłodno. – Różnica polega na tym, że niektórzy osiągają wyniki.
Zacisnąłem długopis tak mocno, że aż pobielały mi knykcie.
– Nie chodzi o to, że mi się nie chce. Ja po prostu tego nie rozumiem.
Westchnęła.
– Nie mam teraz głowy do takich rzeczy. Przygotowuję ważny projekt. Liczą na mnie. Nie mogę zajmować się każdym twoim problemem.
Każdą. Jakby było ich wiele. Jakbym był katalogiem problemów.
– To nie jest „każda trudność” – powiedziałem ciszej. – To szkoła. Moja przyszłość.
– Twoja przyszłość zależy od ciebie – odpowiedziała, już odwracając się w stronę korytarza. – Naucz się odpowiedzialności.
Drzwi zamknęły się delikatnie, niemal bezgłośnie. Wpatrywałem się w nie jeszcze przez chwilę, jakby miały się otworzyć ponownie. Nie otworzyły się. Kilka dni później odbywało się w szkole zebranie z rodzicami. Wysłałem mamie wiadomość z przypomnieniem. Odpisała krótko:
„Postaram się”.
Stałem wtedy pod klasą
Jedni rozmawiali szeptem, inni się śmiali. Udawałem, że przeglądam coś w telefonie. Wróciłem do domu wcześniej niż zwykle. Siedziała przy stole w salonie, przeglądając katalog z meblami.
– Było zebranie – powiedziałem, stając naprzeciwko niej.
– Wiem. Nie zdążyłam. Miałam spotkanie.
– Wychowawczyni chciała z tobą porozmawiać.
– To może zadzwoni – odpowiedziała obojętnie.
Patrzyłem na nią chwilę.
– Wiesz, że mogę nie zdać?
Odłożyła katalog i spojrzała na mnie z irytacją.
– Nie dramatyzuj. Jeden przedmiot to nie koniec świata.
– Dla mnie to ważne.
– Świat nie kręci się wokół twoich ocen – powiedziała ostrzej. – Musisz w końcu dorosnąć.
Te słowa zabolały bardziej niż śmiech na urodzinach. Bo tym razem nie było publiczności. Byliśmy tylko my, a mimo to czułem się, jakbym stał na środku sali, oświetlony reflektorem. Tego wieczoru podjąłem decyzję. Skoro nie mogłem liczyć na nią, musiałem poradzić sobie sam. Następnego dnia zapytałem nauczyciela, czy mogę zostać po lekcjach i poprosić o dodatkowe wyjaśnienia.
– Oczywiście – odpowiedział zaskoczony. – Dlaczego wcześniej nie mówiłeś, że masz problem?
Wzruszyłem ramionami
Bo myślałem, że ktoś inny powinien to zauważyć. Zacząłem zostawać w szkole dwa razy w tygodniu. Wracałem zmęczony, ale z poczuciem, że przynajmniej próbuję naprawdę. Mama rzadko pytała, gdzie byłem. Któregoś wieczoru, gdy wchodziłem do domu, usłyszałem jej rozmowę przez telefon.
– On musi w końcu zrozumieć, że życie to nie wieczne proszenie o pomoc – mówiła. – Ja wszystko osiągnęłam sama.
Zatrzymałem się w przedpokoju. Serce zabiło mi szybciej. Wszystko sama. Przypomniałem sobie, jak często opowiadała o dziadkach, którzy finansowali jej studia, o wujku, który załatwił jej pierwszą pracę. Nagle jej słowa zabrzmiały inaczej. Wszedłem do salonu.
– Naprawdę wszystko sama? – zapytałem spokojnie.
Zamilkła, patrząc na mnie zaskoczona.
– Nie podsłuchuj – powiedziała chłodno.
– Nie musiałem. Mówiłaś głośno.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w ciszy. W jej oczach po raz pierwszy zobaczyłem coś, co nie było zniecierpliwieniem. Może cień wahania. A może tylko irytację, że ośmieliłem się jej odpowiedzieć. Czułem, że coś między nami pęka. I że już nie da się tego tak łatwo zamieść pod błyszczący dywan.
Powiedziałem, co myślę
Tamtego wieczoru nie odpuściłem. Stałem w salonie, a mama wciąż trzymała telefon w dłoni, jakby był tarczą.
– Powiedz mi – zacząłem spokojniej, niż się czułem. – Kto opłacił twoje studia?
– To nie twoja sprawa – odpowiedziała odruchowo.
– A pierwsza praca? Wujek nie pomógł?
Jej twarz stężała. Odłożyła telefon na stół.
– Skąd ty w ogóle…?
– Słyszałem nie raz, jak o tym opowiadałaś. Przy rodzinnych obiadach. – Przełknąłem ślinę. – Tylko dziś mówisz, że wszystko zrobiłaś sama. A ja? Ja proszę o jedną rzecz i słyszę, że wymyślam.
W jej oczach pojawiło się coś nowego. Nie złość. Raczej niepewność.
– To było co innego – powiedziała ciszej.
– Co innego, bo to byłaś ty?
Słowa zawisły między nami ciężkie jak powietrze przed burzą. Mama odwróciła wzrok i usiadła na kanapie.
– Nie rozumiesz, jak trudno było mi się wybić – zaczęła. – Musiałam udowadniać wszystkim, że dam radę. Nie chciałam, żeby ktoś myślał, że zawdzięczam sukces innym.
– A ja nie chcę, żebyś myślała, że jestem leniwy – odpowiedziałem. – Chcę, żebyś była po mojej stronie.
Zapadła długa cisza
Słyszałem tykanie zegara w kuchni. Mama wpatrywała się w podłogę, jakby nagle straciła pewność siebie, którą tak starannie budowała.
– Na urodzinach… – zaczęła niepewnie. – Nie powinnam była tak reagować.
To było pierwsze „nie powinnam”, jakie od niej usłyszałem.
– Było mi wstyd – przyznała. – Bałam się, że pomyślą, że nie potrafię wychować własnego syna. Że sobie nie radzisz.
– A pomyślałaś, jak ja się czułem?
Podniosła na mnie wzrok. Tym razem nie było w nim chłodu.
– Nie – odpowiedziała cicho.
Usiadłem naprzeciwko niej. Po raz pierwszy od dawna nie czułem, że stoję przed kimś niedostępnym.
– Nie musisz udowadniać światu, że jesteś idealna – powiedziałem. – Ja nie potrzebuję idealnej mamy. Potrzebuję takiej, która czasem stanie obok mnie.
Zamknęła oczy na chwilę, jakby te słowa były trudne do przyjęcia.
– Ile kosztują te korepetycje? – zapytała w końcu.
Zaskoczyła mnie tym pytaniem.
– Już nie chodzę na żadne. Zostaję po lekcjach z nauczycielem.
– A gdybyś jednak chciał… – zawahała się. – Mogę to opłacić. I pójdę na następne zebranie.
Nie rzuciłem się jej w ramiona
Nie było wzruszającej sceny jak z filmu. Jednak coś się zmieniło. Jakby ciężka zasłona opadła i wpuściła trochę światła. Kilka tygodni później napisałem poprawę z matematyki. Wyszedłem z sali z drżącymi rękami. Mama czekała przed szkołą. Stała nieco z boku, jakby nie była pewna, czy ma tam prawo być.
– I jak? – zapytała, kiedy podszedłem.
– Zdałem – odpowiedziałem.
Uśmiechnęła się.
– Jestem z ciebie dumna – powiedziała.
Te słowa brzmiały inaczej niż wszystkie wcześniejsze pochwały za dobrze dobrany krawat czy grzeczne zachowanie przy gościach. Były o mnie, nie o jej wizerunku. Nasze relacje nie zmieniły się z dnia na dzień. Mama wciąż lubiła luksus, eleganckie przyjęcia i podziw innych. Jednak zaczęła czasem pukać do mojego pokoju. Siadała na brzegu łóżka i pytała, jak minął dzień. Niezgrabnie, trochę sztucznie, ale próbowała. A ja przestałem czuć się jak element wystroju.
Zrozumiałem, że jej śmiech na sali nie był dowodem na brak uczuć. To był strach przed oceną. To nie usprawiedliwiało bólu, który mi zadała, ale pozwoliło mi spojrzeć na nią inaczej – nie jak na niedostępną kobietę, lecz jak na człowieka, który też nie zawsze wie, jak kochać. I choć złote lampy w salonie nadal błyszczały, po raz pierwszy miałem wrażenie, że w tym domu jest miejsce także dla mnie.
Adrian, 19 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Po latach musiałam wrócić w rodzinne strony. Nie sądziłam, że czeka tam na mnie niespodzianka od losu”
- „Miałam najlepszą przyjaciółkę na świecie i ukochanego męża. Nie przewidziałam, że oboje mnie zdradzą”
- „Na wyjeździe integracyjnym zdradziłem swoją żonę. Żałuję tego do dziś, ale pewne rzeczy są w życiu nieodwracalne”

