Reklama

Nazywam się Helena. Mam siedemdziesiąt dwa lata i całe życie spędziłam na tej samej wsi, w tym samym domku pod lasem, który budowałam z mężem własnymi rękami. Każdy kąt pachnie tu przeszłością – wilgotnym drewnem, kompotem z wiśni, kurzem z książek, których nikt od lat nie ruszał. Wstaję o świcie, jak zawsze. Woda w czajniku bulgocze na starej kuchence, a ja siadam przy oknie z filiżanką kawy. Słucham świata: szmeru liści, zgrzytu bramy u sąsiada, krzyku sroki. Znam każdy dźwięk. I każdy niesie coś znajomego, coś mojego.

Wszystko tu jest moje: zardzewiała konewka w kącie, ścieżka do lasu, którą przeszłam tysiące razy, nawet ta dziura w płocie, przez którą czasem wchodzi jeż. Nawet samotność nie doskwiera, bo jest swojska. Byłam potrzebna. Byłam u siebie. Nawet kiedy przyszła zima miałam co robić – przebrałam jabłka w skrzynkach, karmiłam kota, odśnieżałam schodki. Aż któregoś dnia, wszystko się zmieniło.

Zosia i Marek – moje dzieci – przyjechali bez zapowiedzi. Mówili spokojnie, z troską: że zimno, że niebezpiecznie, że nie powinnam już tu być sama. Że mają dla mnie miejsce w mieście, że będą blisko, że to dla mojego dobra. Stałam w progu z szalikiem w rękach, patrzyłam na swoje kalosze w sieni, na zdjęcie męża nad piecem i nie potrafiłam nic powiedzieć. Czułam, że coś się kończy. Że nie wrócę. Ale nie umiałam się postawić. Nie tak mnie uczono.

– Dobrze – powiedziałam tylko.

Ale w środku wszystko krzyczało: „Nie chcę.” Później długo nie mogłam zasnąć. Leżałam w łóżku i rozmyślałam, jak starość odbiera głos. Jak nie da się ubrać w słowa lęku przed tym, że już nikt nie zapyta: „Co dzisiaj zrobiłaś?” Bo nie będzie już nic do zrobienia. Bo wszystko, co ważne, zostanie gdzieś indziej.

Ta droga nie zaprowadzi mnie już do domu

W samochodzie było ciepło. Ręce miałam złożone na kolanach, palce zaciśnięte jakby trzymały się resztek starego życia. Zosia prowadziła. Nie mówiła wiele, ale co jakiś czas rzucała przez ramię słowa, które miały mnie uspokoić, a tylko wbijały się głębiej.

– Zobaczysz, mamo, spodoba ci się. Jest winda, balkon, przychodnia w tym samym budynku. W razie czego, wszystko pod ręką.

Przytakiwałam. Patrzyłam przez szybę na pola przykryte śniegiem, drzewa bez liści, znajome zakręty. Ostatni raz. Wiedziałam to. Nie mówiłyśmy o tym na głos, ale obie wiedziałyśmy. Ta droga nie zaprowadzi mnie już do domu. Zegar w samochodzie wskazywał dziesiątą. Pamiętałam, że o tej porze zazwyczaj karmiłam kota, zamiatałam ganek. Rytuały. Nieważne, że nikomu niepotrzebne – mi dawały sens. A teraz siedziałam cicho jak mysz pod miotła. Zaraz po przyjeździe Zosia wyjęła klucze, otworzyła drzwi i gestem zaprosiła mnie do środka.

– Chodź, mamo. Wejdź, rozgość się.

Weszłam. Mieszkanie było ogromne, jak z jakiegoś katalogu. Wszystko się błyszczało. Ściany były śnieżnobiałe. Prawie żadnych ozdób, żadnych kwiatów. Z wnętrza dobiegł mnie śmiech. Ola, wnuczka, siedziała na kanapie i wpatrywała się w telefon.

– Cześć, babciu – rzuciła bez odrywania wzroku.

Z telewizora grał jakiś program. Głośno. W tle bzyczała lodówka. Usiadłam na skraju fotela, jakby bała się zostawić na nim ślad. Zosia krzątała się w kuchni, podgrzewała zupę. Mówiła coś do mnie, ale nie słuchałam. Wpatrywałam się w okno. Za nim nie było lasu. Był parking. Szare auta, słupy. Ani jednego drzewa. Żadnej drogi, którą znałabym na pamięć. Wszystko tu było nieskazitelne czyste, ale jakby bez duszy. Nie chciałam płakać. Tego dnia jeszcze nie.

Zabrali mnie z mojego życia

Marek przyjechał w sobotę. Przyniósł siatkę z zakupami, rozsiadł się na krześle przy stole i uśmiechnął się szeroko, jakby wszystko było w najlepszym porządku. W kuchni pachniało gotowanym ryżem i jakimś sosem. Nie miałam apetytu, ale usiadłam naprzeciwko, bo tak należało.

– I jak ci się tu żyje, mamo? – zapytał, nalewając sobie herbaty.

– Inaczej – odpowiedziałam.

– Przywykniesz– dodał szybko, jakby chciał usłyszeć potwierdzenie, nie odpowiedź.

Pokiwałam głową. Zapytałam w końcu:

– A co z moim domem?

Podniósł wzrok, skrzywił się lekko i odłożył łyżkę.

– Mamo, nie ma sensu teraz się tym zajmować. Ten dom to już tylko kłopot. Zastanowimy się, co z nim zrobić.

Nie odpowiedziałam. Przez chwilę myślałam, że wstanę i wyjdę, ale tylko zacisnęłam dłonie na kolanach. Czułam, jak we we mnie wszystko kipi. Ale nie powiedziałam nic. Zamiast tego wbiłam wzrok w okno. Widok był ten sam – auta, szarość, beton. Marek wrócił do jedzenia, mówił coś o pracy, o nowym kontrakcie, o tym, że Ola dobrze się uczy. Słuchałam połowicznie. W głowie miałam tylko to jedno zdanie, które powtarzałam sobie przez cały wieczór: Zaraz go sprzedają. Już zdecydowali. A ja nawet nie mogłam nic powiedzieć.

W nocy długo nie mogłam zasnąć. Wstałam i usiadłam przy oknie. Światła miasta nie gasły. Wpatrywałam się w nie, aż zaczęły mnie boleć oczy. Przymknęłam powieki. Zobaczyłam świt. Mgłę unoszącą się nad łąką. Ślady łap na śniegu. Mojego psa biegnącego w stronę lasu. Wtedy zrozumiałam. Zabrali mnie z mojego życia. Z dobrego życia. Z życia, które znałam i które mnie znało. Nawet jeśli było samotne. Nawet jeśli było stare. Było moje.

To już nie jest miejsce dla ciebie

Stałam w korytarzu, trzymając kubek z zimną już herbatą, kiedy usłyszałam ich rozmowę. Drzwi do pokoju Zosi były lekko uchylone. Słyszałam, jak mówi do męża:

– Musimy sprzedać ten dom. Mama już tam nie wróci. Prędzej czy później trzeba będzie to uporządkować.

Nie podniosłam głosu, nie zrobiłam hałasu. Tylko wsunęłam się cicho do pokoju. Oboje spojrzeli na mnie zaskoczeni. Zosia odłożyła laptopa, jej mąż wstał z fotela.

– Nie sprzedawajcie – powiedziałam.

Cisza była długa. Za długa.

– Mamo… – zaczęła Zosia ostrożnie – nie rozumiesz. To już nie jest miejsce dla ciebie.

Nawet mnie nie zapytali o zdanie. Po prostu zdecydowali. Chcieli jak najszybciej się pozbyć problemu. Spojrzałam na Zosię. W jej twarzy nie było złości. Była tylko chłodna pewność siebie. Wszystko dla mojego dobra, powtarzała to jak mantrę. Ale przecież to nie była troska. To była organizacja. Plan logistyczny. Mnie tam nie było. Wyszłam z pokoju bez słowa. Zatrzasnęłam za sobą drzwi. Weszłam do siebie. Usiadłam na łóżku i zsunęłam pantofle. Przez chwilę patrzyłam na swoje stopy. Smukłe, ale już zmęczone. Te stopy przeszły więcej kilometrów po trawie niż po betonie.

Zrozumiałam wtedy, że nie chodziło o to, czy dam sobie radę. Nie chodziło o mróz, o schody, o starość. Chodziło o nich. O ich spokój, o ich święty porządek. Zostałam zepchnięta z drogi, żeby nie przeszkadzać. Wiedziałam już, że nic z tego nie odzyskam. Ale wiedziałam też, że nie dam się tak zamknąć. Nie do końca.

Chciałam już być u siebie

Z samego rana powiedziałam Zosi, że chcę pojechać do domu. Choćby na jeden dzień. Na chwilę. Muszę coś zabrać, coś sprawdzić. Wiedziałam, że kłamię. Ale potrzebowałam tej wymówki, żeby nie musieć się tłumaczyć z rzeczy ważniejszych. Zosia zareagowała ostro, jakby czekała na ten moment.

– Co ty mamo znów wymyślasz? Będziesz siedzieć tym starym, wychłodzonym domu? Przestań się upierać. To już nie ma sensu.

Stała przy kuchennym blacie, trzymając kubek z kawą. Patrzyła na mnie jak na dziecko, które trzeba przywołać do porządku.

– To nie jest kaprys – powiedziałam cicho. – To moje życie.

– Mamo, naprawdę… My się martwimy. Nie możesz sobie tak po prostu jechać.

– Mogę.

Wróciłam do pokoju, ubrałam się powoli, dokładnie. Ciepły sweter, wełniana spódnica, stare buty, które znały każdy kamień pod moim domem. Płaszcz, którego nikt tu nie rozumiał, bo był „za stary”, „za ciężki”. A był mój. Jak wszystko, co ze mną zostało. Zabrałam tylko torbę. Wyszłam bez słowa. Zosia krzyczała za mną, że zwariowałam, że wezwie taksówkę, że nie dam rady. Nie odwróciłam się. Po raz pierwszy od lat zrobiłam coś, czego nikt za mnie nie zaplanował.

Sypał śnieg. Mokrą masą, która osiadała na ramionach i na czapce. Przystanek był daleko, ale szłam jak ktoś, kto zna drogę nawet w ciemnościach. Na dworcu kupiłam bilet. W pociągu siedziałam przy oknie. Twarz miałam zwróconą ku szybie, żeby nikt nie próbował zagadywać. Obok mnie jakaś kobieta mówiła przez telefon o zakupach. Za nią mężczyzna czytał gazetę. Ja liczyłam stacje. Miasto znikało za mną. Z każdą minutą czułam, jak oddycham pełniej. Chciałam już być u siebie. Tak myślałam, patrząc na pola. Puste, białe, znajome. Ziemia, którą kochałam, ciągle tam była. Jeszcze na mnie czekała.

Wreszcie poczułam się jak w domu

Z kluczem w ręce stanęłam przed drzwiami. Pchnęłam drzwi mocniej, skrzypiały znajomo. W środku powitała mnie cisza. Nie ta ciężka, miejska, pełna szumu i przypadkowych dźwięków, ale moja – stara, głęboka. Dom był zimny. Okna zmatowiały od mrozu, podłogi twarde jak kamień. W piecu dawno nie paliłam. W kuchni stały puste słoiki, na stole leżała niedokończona krzyżówka, którą zostawiłam. Przysiadłam na krześle, rozpięłam płaszcz. Wciągnęłam powietrze.

Otworzyłam okno w sypialni. Mróz wpadł do środka, ale wciągnęłam go w płuca z wdzięcznością. Spojrzałam na podwórko. Śnieg był nietknięty, tylko gdzieś przy płocie przebiegały ślady. Może sarny. Przez chwilę stałam tak, trzymając się parapetu. Potem zaczęłam rozpalać. Piec jęknął, jakby i on musiał sobie przypomnieć, co ma robić. Płomień nie chciał złapać, ale wiedziałam, jak go przekonać. Po godzinie zrobiło się znośnie. Założyłam sweter na sweter, zarzuciłam na ramiona koc i usiadłam w moim ulubionym fotelu. Kiedy zapukał Kazik, nie zdziwiłam się. Tylko lekko się uśmiechnęłam.

– Pani Helenko, wszystko dobrze? Zobaczyłem dym z komina…

– Wróciłam – powiedziałam i otworzyłam szerzej drzwi.

Wszedł. Rozejrzał się, zdjął czapkę.

– Nie zmarznie pani tu?

– Nie. Właśnie rozpaliłam w piecu.

Usiadł na taborecie przy drzwiach. Pogadaliśmy chwilę. O nic nie pytał. I za to byłam mu wdzięczna. Kiedy wyszedł, jeszcze długo siedziałam przy piecu. Potem zaparzyłam herbatę i usiadłam przy oknie. I wreszcie poczułam się jak w domu.

Helena, 72 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama