„Mam mnóstwo pieniędzy, ale nie dzielę się nimi z dziećmi. Są dorośli, więc niech się uczą, że życie to nie bajka”
„Mówią: Tato, przecież cię stać. A ja patrzę na nich i myślę – może i mnie stać, ale dlaczego miałbym to robić? Kto mnie kiedyś wspierał? Kto mi coś dał? Dorobiliśmy się? Nie. Ja się dorobiłem. Oni mieli dach nad głową i szansę. To wystarczy. Chcesz czegoś więcej? Zasuwaj, jak twój ojciec”.

Mam troje dzieci. Dorosłe, zdrowe, wykształcone. Każde z nich poszło swoją drogą, choć nie zawsze rozumiałem ich wybory. Mówią o mnie, że jestem zimny, zgorzkniały, że mam serce z kamienia. Nie wiedzą, jak wyglądała moja młodość – ile razy musiałem walczyć o byt, jak często jadłem chleb z cukrem, żeby przetrwać dzień. Dziś mam pieniądze, więcej niż mógłbym kiedykolwiek potrzebować. Dom pod miastem, kilka nieruchomości, inwestycje. Dzieci uważają, że powinienem im pomóc, podzielić się majątkiem. A ja uważam, że to właśnie przez brak pomocy będą silniejsze. Życie to nie bajka. Niech się uczą. Jak ja kiedyś.
Kiedyś byłem nikim
Pamiętam, jak spałem w jednym pokoju z trójką rodzeństwa, a nasza matka paliła w piecu kartonami z pobliskiego sklepu. Ojciec uciekł, zanim skończyłem dziesięć lat. Miałem żal, ale nie płakałem. Wstydziłem się biedy. W szkole siedziałem cicho, żeby nikt nie zapytał, czemu codziennie noszę te same spodnie. Po lekcjach pracowałem u rzeźnika, potem na budowie, zbierałem złom. Wszystko, by w domu było choć trochę lżej. I przysięgałem sobie jedno – że nigdy nie będę biedny.
Nie dostałem nic od życia za darmo. Nie było stypendiów, nikt nie dopłacał do czynszu, nie pożyczali mi na start. Pracowałem i oszczędzałem, kiedy moi znajomi chodzili na piwo. Zamiast wakacji – nadgodziny. Zamiast prezentów – inwestycje. W wieku trzydziestu lat miałem już swoją pierwszą kawalerkę na wynajem, kilka kontaktów i głowę pełną planów.
To była samotna droga. Nie było miło, nie było lekko, ale udało się. Nie zamierzam teraz pozwolić, żeby moje dzieci przeszły ją na skróty. Mają więcej niż ja kiedykolwiek miałem w ich wieku. Jeśli chcą coś osiągnąć, niech wezmą się do pracy. Tak jak ja kiedyś.
Dorobiłem się sam
Ich matka mówiła, że przesadzam. Że dzieciom trzeba dać ciepło, wsparcie, zabezpieczenie. Że nie każdy musi mieć trudne dzieciństwo, żeby coś w życiu osiągnąć. Słuchałem, ale robiłem swoje. Pracowałem po dwanaście godzin, potem jeszcze na boku. Zamiast rodzinnych wakacji – remonty mieszkań, nowe inwestycje. Rodzina miała co jeść, dzieci miały podręczniki, ubrania i własne pokoje. Nie żyli w luksusie, ale nie brakowało im niczego.
Dorobiliśmy się, owszem. Ale to ja wstawałem o piątej. To ja podpisywałem umowy, ja ryzykowałem. Kiedy firma była na granicy upadku, nie spałem po nocach, nie jadłem. Nikt z nich wtedy nie pytał, czy może pomóc. Teraz, gdy wszystko działa, kiedy konta puchną, nagle pojawia się oczekiwanie. Że powinienem coś dać, ułatwić start, kupić mieszkanie, sfinansować wesele.
Mówią: „Tato, przecież cię stać”. A ja patrzę na nich i myślę – może i mnie stać, ale dlaczego miałbym to robić? Kto mnie kiedyś wspierał? Kto mi coś dał? Dorobiliśmy się? Nie. Ja się dorobiłem. Oni mieli dach nad głową i szansę. To wystarczy. Chcesz czegoś więcej? Zasuwaj, jak twój ojciec.
Niech się uczą
Syn najstarszy próbował kiedyś własnego biznesu. Po roku przyszedł do mnie z opuszczoną głową. Stracił oszczędności, miał długi. Powiedziałem mu wtedy:
– Nikt nie mówił, że będzie łatwo. To była twoja decyzja, musisz ją udźwignąć.
Zacisnął zęby, wyszedł. Nie odzywał się kilka miesięcy. Potem dowiedziałem się, że wyjechał za granicę, zaczął od zera. Teraz ma dobrze prosperującą firmę. Czy byłoby tak, gdybym wtedy dał mu pieniądze? Nie sądzę.
Środkowy syn studiował długo, zmieniał kierunki. W końcu się ustatkował, został nauczycielem. Mówi, że to jego pasja. Szanuję to. Choć zarabia mało, nie prosi o nic. Widocznie zrozumiał, że nie ma co liczyć na cud.
Najmłodsza córka próbowała mnie rozmiękczyć. Łzy, wyrzuty, „czemu jesteś taki”, „czemu nie możesz być jak inni ojcowie”. Uśmiechnąłem się tylko.
– Bo nie jestem jak inni ojcowie.
Niektórzy myślą, że jestem bezduszny. Ja uważam, że daję im coś więcej niż pieniądze – odporność. Jeśli teraz nauczą się, że świat niczego nie daje za darmo, będą gotowi na wszystko.
Pretensje i wyciągnięte ręce
Z czasem zaczęli mówić coraz śmielej. Najpierw delikatne aluzje, potem coraz bardziej bezpośrednio.
– Tato, wszyscy moi znajomi dostali coś od rodziców. Mieszkania, auta, wkład własny na kredyt. A ja? Ciągle wynajmuję klitkę, zarabiam ledwo na życie.
– Tato, ty nawet nie wiesz, ile kosztuje teraz żłobek. Gdybyś mógł chociaż trochę pomóc...
– Tato, przecież nie zabierzesz tych pieniędzy do grobu.
Słuchałem. Nie reagowałem. Czasem w milczeniu wychodziłem z pokoju. Innym razem odpowiadałem spokojnie:
– Skoro wiedzieliście, że jestem surowy, to czemu teraz się dziwicie?
Ich matka zmarła kilka lat temu. Była mostem między nami. Często powtarzała, że jeszcze będę żałował, że tak się od nich oddzieliłem. Może miała rację. Może.
Nie chodzi o to, że ich nie kocham. Kocham. Ale moje uczucie nie wyraża się w przelewach. Dzieciństwo mieli spokojne, bezpieczne. Nigdy nie doświadczyli głodu, zimna, przemocy. To już i tak więcej niż ja miałem. Czy oczekuję wdzięczności? Nie. Oczekuję zrozumienia. Choć wiem, że się go raczej nie doczekam.
Samotność w luksusie
Mój dom jest cichy. Za cichy. Wielki salon, miękka kanapa, widok na ogród – wszystko urządzone ze smakiem. Czasem siedzę tam sam, z lampką wina, i słucham zegara. Tylko on mi odpowiada. Dzieci rzadko dzwonią. Wpadają od święta, coraz rzadziej. Rozmowy są krótkie, chłodne. Zauważam, jak szybko chcą wyjść.
Nie wiem, kiedy ostatni raz któryś z nich zapytał, jak się czuję. Może dlatego, że z góry zakładają, że skoro mam pieniądze, to mam wszystko. Tak nie jest. Ostatnio jedna z sąsiadek, wdowa, powiedziała coś, co mnie zastanowiło.
– Ludzie, którzy mają wszystko, często mają też największą pustkę.
Nie odpowiedziałem. Nie umiałem. Nie chcę się nad sobą użalać. Dokonałem wyborów i ponoszę ich konsekwencje. Czy są bolesne? Tak. Czy bym coś zmienił? Nie wiem. Być może gdybym dał im trochę więcej ciepła, zamiast tej twardej lekcji życia, nasze relacje wyglądałyby inaczej. Może. Ale wtedy nie byliby tymi ludźmi, którymi są dzisiaj. Silni, samodzielni, niepokorni. W tym jest moja duma. I samotność.
Nie każdy bogacz jest szczęśliwy
Dziś mam siedemdziesiąt dwa lata. Na koncie więcej, niż kiedykolwiek śniłem. Trzy samochody, cztery mieszkania na wynajem, działka nad jeziorem. A mimo to czuję się, jakbym czegoś nie miał. Czegoś, czego nie da się kupić.
Nie potrafię już zbliżyć się do własnych dzieci. Wiem, że patrzą na mnie z dystansem. Że boją się mnie prosić, że już przestali wierzyć, że coś się zmieni. Dla nich jestem starym sknerą, który kocha swoje pieniądze bardziej niż rodzinę. Może tak to wygląda z zewnątrz. Może naprawdę za bardzo skupiłem się na „przetrwaniu”, nawet kiedy już dawno nie było potrzeby walczyć.
Czasem chciałbym się cofnąć. Nie po to, żeby im dać więcej pieniędzy. Tylko więcej siebie. Więcej rozmów, więcej zrozumienia, mniej krytyki. Ale nie umiałem. Teraz już nie wiem, czy oni w ogóle chcieliby mnie jeszcze słuchać.
Zostawiam testament. Nie z zemsty. Z rozsądku. Większość majątku pójdzie na fundację wspierającą młodych ludzi z trudnych rodzin. Niech chociaż oni mają łatwiej, skoro moim dzieciom nie potrafiłem dać nic poza twardą szkołą życia.
Edward, 69 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Siostrze wydawało się, że może rządzić jak królowa. Babcia jednym zdaniem szybko sprowadziła ją na ziemię”
- „Teściowa rządziła się jak królowa. Zamiast słuchać jej rozkazów, z satysfakcją obaliłam ją z tronu”
- „Wyszłam za mąż tylko dla pieniędzy. Dopiero po latach zrozumiałam, że gruby portfel nie zastąpi mi prawdziwej miłości”

