Reklama

To miała być transakcja wiązana, zimna kalkulacja, która uratuje moje zdrowie psychiczne. Oddałam swoje ciało, swój czas i swoją wolność w zamian za ciszę. Myślałam, że kiedy dam jej tego upragnionego wnuka, w końcu przestanę być tą gorszą córką, egoistką i karierowiczką bez serca. I wiesz co? Udało się. Telefon przestał dzwonić z pretensjami. Matka jest zachwycona. Ale ja każdego ranka budzę się z ciężarem na piersi, którego nie da się zdjąć, i patrzę na dziecko, które jest dla mnie tylko dowodem mojej kapitulacji.

Zacisnęłam zęby

Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj, chociaż minęły już dwa lata. Siedziałam przy stole nakrytym tym cholernym, białym obrusem, który matka wyciągała tylko na specjalne okazje. W powietrzu unosił się zapach rosołu i dusznej, niewypowiedzianej pretensji. Obok mnie siedział Konrad, mój mąż, skupiony na krojeniu schabowego z precyzją chirurga, byle tylko nie podnosić wzroku. Wiedział, co się święci. Wszyscy wiedzieliśmy.

Moja matka, Jadwiga, kobieta o aparycji dobrotliwej babci z reklam serka topionego, w rzeczywistości była emocjonalnym tyranem. Czekała na odpowiedni moment. Ten moment nadchodził zazwyczaj między drugim daniem a sernikiem.

— A wiesz, że córka Krysi z drugiego piętra znowu jest w ciąży? — rzuciła niby od niechcenia, nakładając mi ziemniaki, o które nie prosiłam. — To już trzecie. A ona jest dwa lata młodsza od ciebie, Anetko.

Zacisnęłam zęby tak mocno, że aż zabolała mnie szczęka. Miałam trzydzieści dwa lata. Miałam świetną pracę jako brand manager w dużej korporacji, mieszkanie na warszawskim Mokotowie, paszport pełen pieczątek z Azji i Ameryki Południowej. I miałam to wszystko gdzieś, bo w oczach mojej matki byłam porażką. Pustym naczyniem. Ślepą uliczką w drzewie genealogicznym.

— To wspaniale dla niej, mamo — odpowiedziałam, starając się brzmieć neutralnie. — Ale my na razie skupiamy się na…

— Na czym? — przerwała mi, brzdękając widelcem o porcelanę. Ten dźwięk do dziś wywołuje we mnie dreszcze. — Na tych twoich projektach? Na wyjazdach? Dziecko, ty masz trzydzieści dwa lata. Zegar tyka. Ja w twoim wieku miałam już ciebie i Michała odchowanych. Kto ci poda szklankę wody na starość? Ten twój laptop?

Spojrzałam na Konrada. Uśmiechnął się przepraszająco, ale milczał. Zawsze milczał. Twierdził, że nie chce wchodzić między mnie a matkę, ale ja wiedziałam, że po prostu się jej bał. Albo co gorsza, po cichu się z nią zgadzał, tylko nie miał odwagi mi tego powiedzieć prosto w oczy.

— Mamo, proszę. Nie zaczynaj — westchnęłam, czując, jak żołądek zawiązuje mi się w supeł.

Wtedy wytoczyła swoje najcięższe działo. Złapała się za serce, przymknęła oczy i oparła ciężko o krzesło.

— Wy mnie do grobu wpędzicie — wyszeptała teatralnie. — Ja już chyba nie dożyję wnuka. Serce mi kołacze po nocach, ciśnienie skacze… Chciałabym tylko raz, chociaż raz wziąć na ręce maleństwo, zanim Pan Bóg mnie wezwie. Czy ja proszę o tak wiele? O odrobinę szczęścia dla matki, która poświęciła dla was wszystko?

To był szantaż emocjonalny w najczystszej postaci. Perfekcyjnie wyreżyserowany dramat. Wiedziałam, że jej wyniki badań są lepsze niż moje. Wiedziałam, że manipuluje. A jednak, kropla drąży skałę. To nie była jedna rozmowa. To były lata, setki takich obiadów, tysiące telefonów, miliony aluzji. Czułam się osaczona.

Niech to się stanie szybko

Pękłam trzy miesiące później. To nie był impuls chwili, żaden wybuch instynktu macierzyńskiego na widok wózka w parku. To była kalkulacja zmęczonego umysłu. Wróciłam do domu po dwunastu godzinach pracy. Marzyłam o ciszy. Zamiast tego, mój telefon wibrował na blacie kuchennym. Mama. Odrzuciłam. Zadzwoniła znowu. I znowu. W końcu odebrałam, gotowa na awanturę.

— Dlaczego nie odbierasz?! — krzyknęła do słuchawki. — Dzwonię, bo ciotka Stasia umarła. Widzisz? Ludzie umierają, Aneta. Czas ucieka. A ty co? Dalej te swoje kariery?

Rozłączyłam się. Rzuciłam telefonem o kanapę i rozpłakałam się. Nie z żalu po ciotce Stasi, której nie widziałam od dekady. Z bezsilności. Zrozumiałam, że ona nigdy nie przestanie. Usiadłam naprzeciwko Konrada, który oglądał jakiś mecz.

Zróbmy to — powiedziałam sucho, ocierając tusz z policzka.

Spojrzał na mnie zdziwiony.

— Co zróbmy?

— Dziecko. Zróbmy dziecko.

Wyłączył telewizor. W jego oczach pojawił się błysk nadziei, co tylko mnie dobiło.

— Naprawdę? Aneta, jesteś pewna? Przecież zawsze mówiłaś, że…

— Zmieniłam zdanie — skłamałam. — Chcę mieć spokój. Chcę, żeby ona się odczepiła. Chcę po prostu normalnie żyć, a widocznie jedyną przepustką do normalności w tej rodzinie jest brzuch.

Konrad mnie przytulił. Cieszył się. Myślał, że to naturalna kolej rzeczy, że w końcu dojrzałam. Nie wyprowadzałam go z błędu. Nie powiedziałam mu, że traktuję to jak nieprzyjemny projekt w pracy, który trzeba odhaczyć, żeby szef dał mi premię.

Czekałam na ten piorun

Kiedy zobaczyłam dwie kreski na teście ciążowym, nie poczułam motyli w brzuchu. Nie poczułam tej magicznej fali ciepła, o której piszą na forach dla mam. Poczułam to samo, co czuję, gdy wysyłam PIT do urzędu skarbowego na minutę przed terminem. Ulgę, że formalność została dopełniona. Zadzwoniłam do matki. To była krótka rozmowa.

— Mamo, jestem w ciąży.

Cisza w słuchawce trwała trzy sekundy. Potem usłyszałam pisk, jakiego nie powstydziłaby się nastolatka na koncercie boysbandu.

— Wiedziałam! Wiedziałam, że Bóg mnie wysłuchał! Anetko, córeczko moja kochana! Nawet nie wiesz, jak się cieszę! Przyjadę jutro z rosołem! Musisz o siebie dbać!

I nagle wszystko się zmieniło. Matka, która jeszcze tydzień temu krytykowała mój nowy kolor włosów i zbyt wysokie obcasy, stała się aniołem stróżem. Przestała pytać, kiedy w końcu zmądrzeję. Zaczęła pytać, jak się czuję. Czy nie mam mdłości. Czy Konrad o mnie dba. Przez dziewięć miesięcy byłam noszona na rękach. Byłam „naczyniem świętym”. Podczas rodzinnych spotkań sadzano mnie na najwygodniejszym fotelu. Ciotki, które wcześniej patrzyły na mnie z politowaniem, teraz głaskały mnie po brzuchu z namaszczeniem. Stałam się pełnoprawnym członkiem klubu.

Ale w środku czułam, jak narasta we mnie pustka. Mój brzuch rósł, a ja czułam, jak moja tożsamość kurczy się i znika.

— Zobaczysz, jak się urodzi, to oszalejesz z miłości — powtarzała mi przyjaciółka, która sama miała dwójkę dzieci. — Instynkt uderzy cię jak piorun.

Czekałam na ten piorun. Naprawdę czekałam. Chciałam wierzyć, że natura to załatwi. Że hormony zrobią swoje i zapomnę o tym, że zrobiłam to z przymusu. Poród był koszmarem, ale nie z powodu bólu fizycznego — znieczulenie zadziałało dobrze. Koszmar rozgrywał się w mojej głowie. Leżałam na sali porodowej, światła raziły mnie w oczy, a wokół biegali ludzie, którzy mówili do mnie jak do dziecka.

Spojrzałam na niego. Był małym człowiekiem. Był bezbronny. Ale nie był moim światem. Był obcym bytem, który właśnie przejął kontrolę nad moim życiem. Czułam odpowiedzialność, owszem. Czułam potrzebę chronienia go. Ale nie czułam tej obezwładniającej miłości, o której wszyscy mówili. Czułam ciężar.

— Ojej, jaki śliczny! — Konrad płakał. Całował mnie w spocone czoło. — Dziękuję ci, kochanie. Jesteś wspaniała.

Chciałam krzyczeć. Chciałam uciec. Ale byłam uwięziona w tym szpitalnym łóżku, w roli, którą sama sobie napisałam.

Prawdziwa kobieta

Prawdziwy horror zaczął się po powrocie do domu. Moja matka wprowadziła się do nas na pierwszy tydzień, który zamienił się w miesiąc. I stało się dokładnie to, co przewidywałam, a jednocześnie coś zupełnie innego. Przestała mnie dręczyć. Skończyły się teksty o szklance wody. Skończyło się narzekanie na moje egoistyczne życie. Osiągnęłam swój cel. Mam absolutny, totalny spokój od jej pretensji.

Teraz jestem dla niej przezroczysta. Liczy się tylko Antek.

— Daj mi go, źle go trzymasz — mówiła, wchodząc do pokoju bez pukania i wyjmując mi dziecko z ramion. — Babcia wie lepiej, babcia wychowała dwoje.

Patrzyłam, jak go nosi, jak do niego grucha, jak jej twarz promienieje tym blaskiem, którego nigdy nie miała dla mnie.

— Widzisz? — powiedziała pewnego popołudnia, kołysząc małego. — Mówiłam ci, że warto. Teraz masz w końcu rodzinę, Aneta.

Te słowa uderzyły mnie mocniej niż cokolwiek wcześniej. Prawdziwa kobieta. Czyli moja edukacja, moje pasje, moja praca, moje ambicje — to wszystko było niczym? Tylko zabawą? W jej oczach stałam się wartościowa dopiero jako inkubator dla jej wnuka. Ale najgorsze jest to, że ona przejęła stery. Ona decyduje, w co go ubrać. Ona poucza mnie, jak karmić. A ja... ja jej na to pozwalam. Bo za każdym razem, gdy ona zajmuje się Antkiem, ja mogę wyjść na balkon, zapalić papierosa (którego ukrywam w doniczce) i udawać, że mnie tu nie ma.

Mam ochotę krzyczeć

Minęły dwa lata. Antek jest zdrowym, wesołym chłopcem. Konrad jest w nim zakochany po uszy. A ja jestem aktorką w swoim własnym domu. Wstaję rano, robię śniadanie, uśmiecham się. Chodzę na plac zabaw i rozmawiam z innymi matkami o kupkach, zupkach i ząbkowaniu, czując, jak mój mózg zamienia się w papkę. Wróciłam do pracy, ale to już nie to samo. Nie mogę brać nadgodzin. Nie mogę latać w delegacje. Jestem mamą, więc wychodzę o 16:00. Ominął mnie awans na dyrektora regionalnego. Dostała go Kaśka, singielka, która nie ma zobowiązań. Kiedyś to byłam ja.

Moja relacja z Konradem to fikcja. On myśli, że mam po prostu gorsze dni. Tu chodzi o fakt, że nienawidzę tej roli. Kocham mojego syna na swój sposób: dbam o niego, nie dałabym go skrzywdzić. Ale nie lubię bycia matką. Nienawidzę tego uwiązania. Nienawidzę tego, że moje ciało, mój czas, moje myśli nie należą już do mnie. Najgorsze są niedziele. Te same niedziele, które kiedyś były koszmarem, teraz są... inne. Przyjeżdżamy do rodziców. Matka jest wniebowzięta. Stół ugina się od jedzenia.

— Zjedz jeszcze serniczka, Anetko — mówi z uśmiechem, nie patrząc nawet na mnie, tylko na Antka, który pałaszuje biszkopty. — Ależ on ma apetyt! Po babci!

Mam ciszę. Nikt nie pyta, kiedy dziecko. Nikt nie mówi o zegarze biologicznym. Nikt nie robi aluzji. Osiągnęłam swój cel. Uciszyłam demona. Tylko że teraz, siedząc przy tym stole, patrzę na moją matkę bawiącą się z moim synem i dociera do mnie przerażająca prawda. Ona wygrała. Zmanipulowała mnie, wcisnęła w formę, której nie chciałam, a ja, myśląc, że jestem sprytna i gram na swoich zasadach, wpadłam prosto w jej pułapkę.

Stworzyłam życie, żeby mieć spokój. I teraz mam ten spokój. Jest martwy, zimny i pusty. Wieczorami, kiedy Antek w końcu zaśnie, a Konrad ogląda seriale, siadam w kuchni. Wpatruję się w ciemne okno i widzę w odbiciu kobietę, której nie poznaję. Wygląda jak ja, ale w oczach ma tę samą rezygnację, którą widywałam u kobiet w autobusach i obiecywałam sobie, że nigdy taka nie będę.

Mam ochotę krzyczeć. Mam ochotę spakować walizkę i wyjechać na koniec świata, zostawiając im wszystkim list pożegnalny. Ale nie zrobię tego. Bo jestem dobrą córką i dobrą matką. Bo presja społeczna jest silniejsza niż moje pragnienia. Bo wiem, że gdybym odeszła, stałabym się potworem w oczach wszystkich.

Aneta, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama