„Mam 50 lat i zdecydowałam, by rozwieść się z mężem. Życie na mnie nie poczeka, a ja chcę wreszcie robić coś dla siebie”
„Milczał. Nie dlatego, że był w szoku. On po prostu nie miał nic do powiedzenia. Widziałam to w jego oczach – zrezygnowanie, zmęczenie, a może ulgę. Jakby od dawna czekał, aż ja to powiem, żeby sam nie musiał. – Serio? Teraz? Po tylu latach? – Właśnie dlatego. Bo ten czas minął nam obok siebie”.

Miałam pięćdziesiąt lat, gdy zrozumiałam, że życie przecieka mi między palcami. Każdy dzień wyglądał tak samo – śniadanie, praca, obiad, telewizor, sen. Od lat nie czułam się kochana, ani nawet zauważana. Mój mąż nie był złym człowiekiem, po prostu przestaliśmy być dla siebie ważni. W domu było coraz więcej ciszy i coraz mniej śmiechu. Zamiast wspólnych planów – wieczna obojętność. Pewnego dnia spojrzałam w lustro i zapytałam samą siebie: „Czy tak ma wyglądać reszta mojego życia?” Wiedziałam, że jeśli nie zrobię czegoś teraz, to już nigdy nie zrobię nic. I postanowiłam odejść.
Cisza aż krzyczała
Były dni, kiedy potrafiliśmy przejść obok siebie w jednym mieszkaniu i nie zamienić ani słowa. Krzątaliśmy się po kuchni, mijaliśmy w korytarzu, siadaliśmy na kanapie – każde na swoim końcu. On patrzył w telewizor, ja w telefon. Czasem próbowałam coś powiedzieć, opowiedzieć o pracy, o czymś, co mnie poruszyło, ale jego odpowiedzi były coraz krótsze. Często ograniczał się do „aha” albo wzruszenia ramionami. Z czasem przestałam próbować. Przestałam liczyć na to, że zapyta, jak minął mi dzień.
– Kupiłam dzisiaj te bułki, które lubisz – powiedziałam kiedyś, stawiając zakupy na stole.
– Mhm – mruknął, nie odrywając wzroku od ekranu.
Nie pamiętam, kiedy ostatni raz spojrzał na mnie z czułością. Kiedyś to robił. Kiedyś jego dłoń szukała mojej, nawet przy zmywaniu. Teraz jakbyśmy byli tylko współlokatorami. Niby razem, a jednak osobno. Nie kłóciliśmy się. Nie było dramatów. Tylko ta cisza – obezwładniająca, lepka, przytłaczająca. I to właśnie ona zaczęła mnie budzić nocami. Myśli kotłowały się w głowie. Coś we mnie dojrzewało. Wiedziałam, że nie chcę tak żyć do końca moich dni.
Weekend, który mnie dobił
To miał być spokojny weekend. W piątek po pracy wróciłam do domu, ugotowałam zupę dyniową, jego ulubioną. Zostawiłam ją na kuchence, przykrytą, z myślą, że zjemy razem kolację. Przyszedł późno, bez słowa. Odsunął pokrywkę, nalał sobie do miski i zjadł przy stole, nie pytając nawet, czy siądę z nim. Potem poszedł do salonu, włączył sport i zniknął za murami obojętności.
– Może jakiś film razem obejrzymy? – zaproponowałam niepewnie, stojąc w drzwiach.
– Może później – rzucił, nawet nie odwracając głowy.
„Później” nigdy nie nadeszło. Zasnęłam sama. Rano obudziłam się wcześnie, a on już zniknął. Zostawił kartkę: „Pojechałem do Zbyszka, wrócę wieczorem”. Ani jednego słowa więcej. Siedziałam w ciszy, patrząc na tę kartkę, jakby była wyrokiem. Dzień przeciekł mi przez palce. Wieczorem wrócił, pachnący piwem i papierosami. Nie zapytał, jak mi minął dzień. Nie przyniósł kwiatów. Nawet nie zaproponował wspólnej herbaty. Położył się spać i zasnął natychmiast.
Wtedy zrozumiałam, że jeśli nic nie zmienię, to tak będą wyglądać wszystkie moje weekendy. Zupa, kartka, piwo, cisza. I żadnego „razem”.
Rozmowa wiele wyjaśniła
Zebrałam się w sobie w poniedziałek wieczorem. Wiedziałam, że nie będzie idealnego momentu. Siedział w fotelu, przeglądając wiadomości w telefonie. Ja usiadłam naprzeciwko, na brzegu kanapy, ściskając dłonie, jakby od tego miało zależeć, czy się rozpadnę.
– Musimy porozmawiać – powiedziałam cicho, ale stanowczo.
Spojrzał na mnie z niechęcią, jakby wyrywałam go z czegoś ważniejszego niż nasz związek.
– O co chodzi?
– Ja... chcę rozwodu.
Milczał. Nie dlatego, że był w szoku. On po prostu nie miał nic do powiedzenia. Widziałam to w jego oczach – zrezygnowanie, zmęczenie, a może ulgę. Jakby od dawna czekał, aż ja to powiem, żeby sam nie musiał.
– Serio? Teraz? Po tylu latach?
– Właśnie dlatego. Bo to „tyle lat” minęło nam obok siebie.
Pokręcił głową.
– Myślałem, że tak po prostu się żyje. Że to normalne. Stabilność.
– To nie jest życie. To trwanie. Ja nie chcę tylko trwać. Ja chcę coś jeszcze poczuć.
Nie powiedział już nic. Poszedł do sypialni, a ja została w salonie. Z pustą filiżanką i sercem pełnym lęku, ale też jakiejś nowej odwagi.
Właśny święty spokój
Znalazłam mieszkanie niedaleko parku. Niewielkie, dwupokojowe, z dużym oknem w salonie i starym dębowym stołem, który od razu skradł mi serce. Pierwszej nocy spałam na materacu, bo łóżko miało przyjechać dopiero za kilka dni. I choć plecy bolały mnie niemiłosiernie, czułam się lżej niż przez ostatnie lata. Nikt nie milczał w drugim pokoju. Nikt nie przewracał oczami, gdy pytałam, czy zrobiłby herbatę. Byłam tylko ja i moje decyzje.
Na początku wszystko mnie przytłaczało – rachunki, podpisy, pakowanie kartonów, rozmowy z prawnikiem. Ale równocześnie czułam coś, czego dawno nie czułam – sprawczość. Każdy podpis był jak mały krok w stronę siebie. Każde „tak” i „nie” miało znaczenie. Nikt nie patrzył na mnie, jakbym przesadzała, nikt nie ucinał moich słów w połowie.
– I jak się pani czuje? – zapytała kobieta z administracji, kiedy podpisałam ostatni dokument.
– Jakby mi ktoś zdjął z pleców ciężki płaszcz – uśmiechnęłam się.
Nie wiedziałam jeszcze, co dalej. Czy będę samotna. Czy będę szczęśliwa. Ale wiedziałam jedno: przynajmniej spróbuję żyć po swojemu. Nawet jeśli na początku będzie to życie w pojedynkę.
Pierwszy śmiech od lat
Minęło kilka tygodni. Wciąż miałam momenty, kiedy budziłam się z uczuciem niepokoju, jakbym zapomniała o czymś ważnym. Brakowało mi rutyny, do której przywykłam przez lata, choć mnie dusiła. Czasami łapałam się na tym, że gotuję dla dwóch osób, a potem uśmiechałam się do siebie, widząc pełny garnek zupy. Zamrażałam połowę. Powoli uczyłam się, jak być sama, ale nie samotna.
Zaczęłam chodzić na zajęcia jogi. Nie dlatego, że ktoś mnie namówił, tylko dlatego, że zawsze chciałam, ale nigdy nie było „czasu”. Poznałam tam kilka kobiet w podobnym wieku. Każda z własną historią, każda z odwagą wypisaną na twarzy. Po zajęciach poszłyśmy razem na herbatę. Śmiałyśmy się z własnych niezgrabnych pozycji i opowiadałyśmy o tym, co nas doprowadziło do tego punktu.
– Mój były twierdził, że joga to sekta – zaśmiała się jedna z nich.
– Mój myślał, że nie poradzę sobie bez niego – dodałam i wtedy, ku własnemu zaskoczeniu, też się roześmiałam. Szczerze. Z głębi brzucha.
To był pierwszy raz od bardzo dawna. Nie wymuszony uśmiech, nie grzeczne „ha-ha”, tylko śmiech. Mój śmiech. Wreszcie mój.
Po raz pierwszy – ja
Przyszła wiosna. Codziennie rano otwieram okno i patrzę, jak drzewa puszczają pierwsze pąki. Robię kawę i siadam przy tym samym dębowym stole, na którym teraz leży nie sterta rachunków, a książka, zeszyt z notatkami z kursu pisarskiego i kubek z napisem „Dzisiaj jest dobry dzień”. Kupiłam go sama. Dla siebie.
Czasem ktoś pyta, czy nie żałuję. Czy nie było warto spróbować jeszcze raz, zawalczyć. A ja odpowiadam zgodnie z prawdą – próbowałam. Przez lata. Czekałam, łudziłam się, dusiłam potrzeby, odkładałam siebie na później. Tylko że „później” nigdy nie nadchodziło. Teraz już wiem, że nikt nie da mi życia od nowa. To ja muszę wziąć je w ręce.
Nie wiem, co będzie za rok, za pięć lat. Może znowu się zakocham, a może nie. Może zamieszkam z kimś, a może pokocham jeszcze mocniej swoją samotność. Wiem jedno – mam siebie. I nie zamierzam już siebie porzucać.
Po raz pierwszy od dawna czuję, że żyję. Nie jako żona. Nie jako dodatek. Jako kobieta, która odzyskała swój głos. I choć zajęło mi to pięćdziesiąt lat – cieszę się, że w końcu się udało.
Ewa, 50 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Siostrze wydawało się, że może rządzić jak królowa. Babcia jednym zdaniem szybko sprowadziła ją na ziemię”
- „Teściowa rządziła się jak królowa. Zamiast słuchać jej rozkazów, z satysfakcją obaliłam ją z tronu”
- „Wyszłam za mąż tylko dla pieniędzy. Dopiero po latach zrozumiałam, że gruby portfel nie zastąpi mi prawdziwej miłości”

