„Mam 40 lat i dość facetów. Albo od razu planują ślub, albo uciekają bez słowa. Gdzie się podziali prawdziwi mężczyźni?”
„Na kilka lat miałam dość związków, tym bardziej że po drodze znowu mi się trafił jeleń, który także postanowił zakończyć znajomość przez brak kontaktu. A ja ponownie, niepomna nauczki, przeżywałam, czy nic mu się nie stało”.

- listy do redakcji
Zawsze zastanawiałam się, jak to możliwe, że nasi rodzice wiązali się w pary w młodym wieku i zostawali ze sobą w sumie na zawsze. Co się stało, że dzisiaj takie związki to rzadkość? Co się zmieniło? Dlaczego tak trudno dzisiaj znaleźć drugiego człowieka, który będzie po prostu naszą drugą połówką? Z mojego punktu widzenia to problem stary jak świat, czyli z facetami. Mam wrażenie, że dzisiaj stali się mniej pewni siebie i przez to zachowują się jak dzieci.
Od początku miałam pecha
Może zacznę od tego, że mam za sobą kilka związków. Choć może trudno w to uwierzyć, to najdłuższy miałam na przełomie liceum i studiów, bo trwał aż 6 lat. Być może trwałby do dziś, gdyby nie mamusia mojego faceta. Wiadomo, że poznaliśmy się jako dzieci i wtedy prym wiodą decyzje rodziców. Jednakże w momencie, w którym poszliśmy na studia, moim zdaniem byliśmy już zdolni do podejmowania niektórych decyzji. Tymczasem tu decydowała mama. Zawsze.
To ona mówiła, gdzie i kiedy możemy się spotkać i czy na wyjeździe wakacyjnym ze znajomymi możemy mieć wspólny, czy osobny pokój. To ona decydowała, kiedy i w jakich godzinach możemy się widzieć. Nie podobało mi się to i tak oto zakończyłam coś, co mogło może skończyć się inaczej, gdyby nie moja była, niedoszła teściowa. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że to był najdłuższy związek, jaki dotychczas miałam.
Później nie było lepiej
Potem trafił mi się taki, że można go było od komputera tylko łomem oderwać. To ciekawe, bo na samym początku znajomości było wręcz przeciwnie. Jeździliśmy w co któryś weekend do różnych miast, żeby zwiedzać zamki i ruiny, bo oboje mieliśmy niewielkiego hopla na tym punkcie. Wszystko się jednak zmieniło, gdy zamieszkaliśmy razem.
Od tego momentu, jak za ruchem magicznej różdżki, mój luby utracił umiejętność gotowania, sprzątania, czy nawet składania ciuchów, z których na koniec dnia się wydobył, by w samej bieliźnie prześliznąć się z fotela do łóżka. Gdy postanowiłam podziękować mu za dalszą współpracę, nagle zaczął mówić o ślubie i zakładaniu rodziny. No tak – rzecz, której przecież pragną kobiety, ale nie w takim układzie!
Pedant też mi nie pasował
Kolejny facet był starszy ode mnie prawie o dziesięć lat, więc naiwnie sądziłam, że wreszcie trafił mi się dojrzalszy męski element. Nic bardziej mylnego, co także nie było widoczne od początku. Radek był managerem w dużej firmie, wydawał się poważny, ale z nienachalnym poczuciem humoru. Uwielbiałam z nim gry słowne. Po pół roku znajomości zamieszkaliśmy razem i wtedy się okazało, że trafiłam na pedanta, któremu przeszkadzało nawet to, że łyżka nie była równo położona przy talerzu. Potrafił poprawiać po mnie dosłownie wszystko.
– Nie da się upilnować każdej łyżeczki. Radek to przecież chore – mówiłam, bo potrafił nawet w chwilach namiętności zajmować się równym składaniem zdejmowanej odzieży zamiast czułością.
Ciekawe, że zanim zamieszkaliśmy razem, takich rzeczy nie robił. Nie wytrzymałam nerwowo i również postanowiłam odejść. Co usłyszałam?
– Wyjdź za mnie! Nie niszcz tego, co jest między nami, możemy założyć rodzinę – nie mogłam w to uwierzyć.
Zaczęłam mieć podejrzenia, że mężczyźni przechodzą jakieś tajne szkolenia z głupich tekstów, które mają na celu zatrzymanie kobiety. Niestety w moim przypadku trafione jak kulą w płot.
Chciałam kogoś normalnego
Gdy spotykałam się z Olką, moją przyjaciółką, często jej narzekałam na moje tak zwane podboje. Ona z kolei jest szczęśliwą matką i żoną, a z moich opowieści głównie się śmiała.
– Masz talent do opowiadania. Może zajmij się stand-upem – mówiła. Fakt, że zawsze opowiadałam to z lekkim przymrużeniem oka, bo co mi pozostało?
– Ale powiedz mi, proszę, jak to możliwe, że ja zawsze trafiam na jakieś orły intelektu? Czy nie ma już normalnych facetów, jak twój Karol?
– A skąd pomysł, że one jest normalny? – zaśmiała się Olka. – Po prostu przyzwyczaiłam się do jego dziwactw i mi nie przeszkadzają. Musisz znaleźć takiego, z którym będziesz miała podobnie.
– Nie wiem, czy to możliwe… – powiedziałam.
Może ten będzie w porządku?
I tak oto mój żywot trwał w codziennej pracy w szkole, a przeplatany był spokojnym szukaniem jakiegoś ramienia, które służyć by mogło oparciem, czasem by przytuliło i może podało kawę do łóżka, gdy zmoże katar lub inna dokuczliwość. Dni płynęły swoim zwykłym trybem, aż Olka zakomunikowała, że robią parapetówkę, bo wreszcie skończyli parter domu. Dzieci będą u dziadków, a na imprezie najbliżsi znajomi.
I tam poznałam Janka, kolegę z pracy jej męża. Wysoki, barczysty, z brodą… Ciekawe, bo dotychczas owłosienie twarzy nie bardzo mi odpowiadało, ale jak go zobaczyłam, kolana mi zmiękły. Feromony jakieś chyba, bo inaczej tego wytłumaczyć nie umiałam. Jemu też chyba coś we mnie zagrało, bo cały wieczór spędziliśmy razem. Umówiliśmy się też na następny dzień na kawę.
Muszę przyznać, że taki wielki, dobrze zbudowany mężczyzna, który trzyma w dłoniach małą filiżankę kawy, wygląda dość zabawnie, ale nie było mi do śmiechu. Byłam zauroczona.
– Olka ten Janek to jakiś zaklinacz jest. Nie umiem powiedzieć, o co chodzi, ale od początku mi się spodobał, a teraz jeszcze okazuje się, że kocha chodzić po górach – opowiadałam Olce wrażenia z ostatniej randki.
– Super, że się dogadujecie. On też jest tobą zachwycony. Nie może uwierzyć, że trafił na dziewczynę, która poza górami fascynuje się też kryminologią – odpowiedziała przyjaciółka, gdy rozmawiałyśmy przez telefon.
– W najbliższy weekend jedziemy w Tatry. Nie mogę się doczekać – powiedziałam.
Wystawił mnie
I co? I zdechło. Nawet nie wiem, jak to się wydarzyło, a przynajmniej nie wiedziałam wtedy. Czekałam na Janka, bo miał przyjechać po mnie autem i mieliśmy wyruszyć na górskie wojaże. Po dziesięciu minutach spóźnienia próbowałam zadzwonić do niego, ale nie odbierał. Po godzinie czułam już zdecydowanie niepokój.
– Olka czy Karol może ma jakiś kontakt do Janka? Może stało się coś złego, bo nie odbiera – mówiłam trzęsącym się głosem.
– Zapytam i oddzwonię – powiedziała przyjaciółka i tak też zrobiła po kilkudziesięciu minutach.
– Dagna… – zaczęła, a ja już po jej tonie głosu wiedziałam, że coś jest nie tak. – Nawet nie wiem, jak ci to powiedzieć…
– Najlepiej prosto z mostu – rzuciłam poddenerwowana, choć oczywiście nie na nią.
– Rozmyślił się…
– Że co?!
– No rozmyślił się…
– To nie mógł zadzwonić i mi tego powiedzieć? Albo chociaż napisać sms?
– Powiedział Karolowi, że mu głupio i nie miał odwagi…
– Życie robi sobie chyba ze mnie jaja… – powiedziałam i się rozłączyłam.
Ile razy można źle trafić?
Na kilka lat miałam dość związków, tym bardziej że po drodze znowu mi się trafił jeleń, który także postanowił zakończyć znajomość przez brak kontaktu. A ja ponownie, niepomna nauczki, przeżywałam, czy nic mu się nie stało. Tu nie poszło tak szybko z informacją, że paniczowi przeszła ochota, bo nie był to znajomy nikogo bliskiego, kto mógłby sprawdzić. Był to kolega z pracy, który był w naszej szkole na zastępstwie.
I tak dopadła mnie pandemia. Znaczy nie mnie osobiście, ale pojawiła się na świecie i zakłóciła normalny byt. Dzisiaj śmiać się można z zakazu wstępu do lasu, ale wtedy do śmiechu nie było. Nikt nie wiedział, czego się spodziewać. Wtedy też odczuło się braki w kontaktach międzyludzkich. Być może dlatego umysł mój, niestrudzony myśleniem ogólnym, postanowił wpaść na pomysł, by założyć konto w aplikacji randkowej.
Spróbowałam w aplikacji randkowej
Myśl ma, trudno orzec, czy światła, czy nie, podążyła w kierunku, że może jak sobie poczytam, fotki pooglądam, to uda się upolować bardziej interesujący egzemplarz. W pewnym sensie się to sprawdziło. Na przykład odezwał się tam do mnie młodzieniec, co był otoczony dzikimi zwierzętami, a przynajmniej tak wynikało z fotek w profilu. Pomyślałam, że cudownie, bo kocham zwierzaki, a jeśli on jeszcze pracuje w zoo czy ma inne fascynujące zajęcie, to cudownie.
– Masz cudowne zdjęcia – zagadałam na czacie. – Pracujesz z dzikimi zwierzętami?
– Ja sam jestem dziki – brzmiała odpowiedź. Taaaaaa…. no cóż… jednak czasem internet się przydaje do selekcji, pomyślałam.
No i wśród takich egzemplarzy proweniencji wszelakiej, które czasem wypadały żałośnie, a czasem prześmiesznie, poznałam Grześka. Niepozorny, miły facet, z którym na początku nawet nie bardzo kleiła mi się rozmowa. Uparcie jednak pisał do mnie, a ja nie umiem nie odpowiadać, jeśli nikt mi za skórę nie zalazł.
Może coś z tego będzie
No i co? Od roku mieszkamy razem i nie zauważyłam żadnych szkodliwych, niezdrowych czy męczących zachowań. Zostawia czasem kilka kubków w całym mieszkaniu, bo w każdym pije co innego albo zapomina, że miał iść wyrzucić śmieci, bo drogę do kosza przerwał mu telefon. Mózg wówczas zapewne zakodował czynność wykonaną i nie odblokował, że worek przy drzwiach porzucony został.
Takie głupotki, drobnostki, które bawią bardziej niż drażnią i które ja też mam zapewne z jego punktu widzenia. Czy coś z tego będzie? Nie wiem, nie zakładam już niczego. Może dlatego dobrze nam się żyje.
Dagna, 40 lat
Czytaj także: „Mąż zrobił ze mnie darmową opiekunkę teściowej. Nigdy nie lubiłam tej baby, a jestem na nią skazana”
„Byłem wdzięczny żonie, że mnie zostawiła. Zawsze wiedziałem, że nigdy nie będzie miała ze mnie pożytku”
„50 lat temu zaprosiłem żonę na pierwszą randkę. A teraz ze łzami w oczach musiałem przygotować ostatnią”