Reklama

Kiedy masz trójkę dzieci, twoje ciało przestaje być twoje, a staje się maszyną do obsługi wrzasków, pieluch i niekończących się prac domowych. Kocham ich nad życie, ale czuję, że powoli znikam.

Byłam wykończona

Budzik nie zdążył nawet zadzwonić. Nigdy nie zdąży. O 5:45 poczułam małą, lepką rączkę Tymka na mojej twarzy. Ma trzy lata i fazę wciskania palców w moje oczy, żeby sprawdzić, czy mama działa. Obok spał Franek, pięciolatek, który tej nocy przywędrował do nas, bo przyśniły mu się potwory. A w łóżeczku turystycznym, które wciąż stało w naszej sypialni, chlipała roczna Zosia.

Leżałam przez chwilę, wpatrując się w sufit, czując ten specyficzny ciężar w klatce piersiowej. To nie było zwykłe zmęczenie. To było wyczerpanie materiału. Byłam jak ten rozciągnięty sweter, który nosi się po domu – wygodny, ciepły, ale nikomu byś się w nim nie pokazała na mieście.

Obok mnie chrapał Maciek. Nawet przez sen wyglądał na człowieka sukcesu. Miał ten rodzaj snu, którego zazdrościłam mu najbardziej – głęboki, nieprzerwany, egoistyczny sen człowieka, który wie, że rano wstanie, weźmie gorący prysznic bez asysty dzieci, założy wyprasowaną przeze mnie koszulę i wyjdzie do dorosłego świata. Do świata, gdzie pije się kawę ciepłą, a nie podgrzewaną w mikrofalówce pięć razy, i gdzie ludzie używają słów bardziej skomplikowanych niż „am”, „siku” i „nie wolno”.

Wstałam cicho, omijając klocki LEGO, które działają rano jak miny przeciwpiechotne. W kuchni powitał mnie ten sam widok co zawsze. Sterta naczyń w zlewie, zmywarka włączona, ale nie rozpakowana, plamy po soku na blacie i ta cisza przed burzą.

Wszystkim zarządzałam

Włączyłam ekspres. To była moja jedyna chwila. Dwie minuty, zanim dom eksploduje życiem. Spojrzałam w lustro w przedpokoju. Cienie pod oczami sięgały niemal do policzków. Włosy związane w niedbały kok, zwany potocznie „fryzurą na cebulę”. Kiedyś miałam pasje, teraz miałam trójkę dzieci, kredyt na dom pod Warszawą i męża, który uważał, że siedzenie w domu to wakacje.

– Gdzie moja niebieska koszula?! – głos Maćka dobiegł z góry, przerywając moje rozmyślania.

Poczułam ukłucie irytacji. Nie „dzień dobry”, nie „jak się spało”. Koszula.

– W szafie, na wieszaku, tam, gdzie zawsze! – odkrzyknęłam, jednocześnie wyciągając Zosię z krzesełka, bo właśnie próbowała zrzucić na podłogę miskę z owsianką.

Maciek zszedł na dół dziesięć minut później. Wyglądał nienagannie. Pachniał drogimi perfumami, tym zapachem, który kiedyś sprawiał, że miękły mi nogi, a teraz kojarzył mi się tylko z jego nieobecnością.

– Wrócę dzisiaj później – rzucił, łapiąc w locie jabłko. Nie spojrzał na mnie. Patrzył w telefon. – Mam ważne spotkanie z zarządem, potem kolacja biznesowa. Nie czekajcie.

– Miałeś dziś odebrać Franka z przedszkola. Ja mam dentystę z Tymkiem, nie rozdwoję się – powiedziałam, starając się, żeby mój głos nie brzmiał jak histeria.

Myślał o sobie

Zatrzymał się, w końcu podnosząc wzrok znad ekranu. Jego oczy były chłodne, analityczne.

– Kochanie, wiesz, jaki mam teraz chaos w firmie. To fuzja. Nie mogę wyjść o 15, żeby bawić się w szofera. Weź taksówkę albo poproś sąsiadkę. Przecież siedzisz w domu, możesz to zorganizować.

„Siedzisz w domu”. Te słowa zawsze działały na mnie jak płachta na byka. Chciałam mu wykrzyczeć, że moje „siedzenie” to maraton bez mety. Że od pięciu lat nie przespałam całej nocy.

– Dobrze – powiedziałam tylko, bo nie miałam siły na kłótnię przy dzieciach.

Pocałował Zosię w czoło, przybił piątkę chłopakom i wyszedł. Drzwi trzasnęły. Zostałam sama w tej złotej klatce, z trójką dzieci i rosnącą gulą w gardle. Tego dnia wszystko szło nie tak. Tymek ryczał u dentysty tak głośno, że inni pacjenci patrzyli na mnie jak na wyrodną matkę. Zosia uświniła moją jedyną czystą bluzkę w drodze powrotnej. Ledwo zdążyłam odebrać Franka, ciągnąc za sobą wózek i wrzeszczącego trzylatka.

Kiedy dotarłam do domu, trzęsły mi się ręce. I wtedy zobaczyłam, że pod naszym płotem stoi samochód dostawczy. Jakiś facet ładował worki z ziemią. Zapomniałam, że Maciek zamówił firmę ogrodniczą, żeby ogarnęli teren, bo mu wstyd przed sąsiadami za nasze chwasty. Mężczyzna odwrócił się.

– Pani Małgorzata? – zapytał, uśmiechając się lekko.

– Tak, przepraszam, to nie jest dobry moment – warknęłam, próbując otworzyć bramkę, trzymając jednocześnie Zosię na ręku.

– Proszę pozwolić – podszedł błyskawicznie. Odebrał ode mnie ciężką torbę z zakupami, którą próbowałam utrzymać łokciem. – Wygląda pani, jakby potrzebowała pani kawy.

On mnie dostrzegł

Zaśmiałam się nerwowo. To był pierwszy raz od miesięcy, kiedy ktoś zauważył, jak się czuję, a nie tylko czego ode mnie potrzebuje.

– Jestem Adam. Będę tu walczył z tą dżunglą przez tydzień. Jeśli chłopcy będą chcieli popatrzeć na koparkę, zapraszam. Znam się na tym, mam dwóch synów.

Przez następne kilka dni obecność Adama w ogrodzie była dziwnym ukojeniem. Nie, nie mieliśmy romansu, ale były momenty… Krótkie rozmowy przez otwarte okno kuchni. Kiedy widział, że latam ze ścierką, rzucał jakiś żart, który sprawiał, że się uśmiechałam. Raz, gdy wynosiłam śmieci, zatrzymał mnie.

– Pani Gosiu, niech pani usiądzie na chwilę. Dzieci są w kojcu na tarasie, widzę je. Pięć minut.

Usiadłam na schodkach. Podał mi butelkę wody.

– Pani mąż dużo pracuje, co?

– Ktoś musi zarabiać na te wszystkie fanaberie – wskazałam na dom.

– Pewnie tak, ale ogród to nie dom. Ogród potrzebuje uwagi, inaczej dziczeje. Ludzie też.

Czułam się samotna

Spojrzał na mnie tak intensywnie, że poczułam rumieniec. Nie pożądliwie, po prostu z troską. To uświadomiło mi, jak bardzo byłam wygłodniała jakiejkolwiek relacji, która nie opierała się na obsłudze. Maciek nie patrzył na mnie tak od lat. Dla Maćka byłam menadżerem jego zaplecza.

Piątek wieczór. Maciek wrócił wcześniej. To było podejrzane. Miał w ręku kwiaty – wielki bukiet czerwonych róż, takich na przeprosiny albo żeby coś wybłagać. Dzieci spały. Dom był względnie ogarnięty, bo zajechałam się fizycznie, żeby wszystko lśniło. Zrobiłam jego ulubioną pieczeń. Usiedliśmy przy stole.

– Gosia, musimy pogadać – zaczął, gładząc mnie po dłoni. Jego dotyk był przyjemny, ale obcy.

– O czym? O fuzji?

– Nie. O nas. O rodzinie.

Serce zabiło mi mocniej. Czyżby widział, że jestem na skraju wycieńczenia? Że potrzebuję pomocy, niani, albo chociaż weekendu w SPA?

– Widzę, jak świetnie sobie radzisz – powiedział. – Jesteś stworzona do bycia matką. Ten dom, dzieci… to twoje królestwo.

Poczułam niepokój. Królestwo? Raczej więzienie o wysokim standardzie.

– Do czego zmierzasz?

Uśmiechnął się szeroko, tym swoim uśmiechem zdobywcy.

– Wiesz, prezesowi urodziło się czwarte dziecko. To niesamowite, jak duża rodzina buduje status, ale też więź.

Myślałam, że żartuje

Zamilkł na chwilę, a ja wstrzymałam oddech.

– Myślę, że powinniśmy postarać się o jeszcze jedno. Chciałbym jeszcze jednego syna. Zosia jest jeszcze mała, pieluchy i tak są w domu, więc to idealny moment. Za jednym zamachem byśmy je odchowali.

Cisza, która zapadła w kuchni, była tak gęsta, że można ją było kroić nożem. Patrzyłam na niego i nie wierzyłam. Czy on zwariował? Czy on jest ślepy?

– Słucham? – wydukałam.

– No, czwarte dziecko. Finansowo damy radę, dostałem podwyżkę. Kupimy większy samochód. Będziesz miała wszystko, czego potrzebujesz.

– Wszystko, czego potrzebuję? – mój głos zaczął drżeć. Wstałam powoli od stołu. – Maciek, czy ty wiesz, jak wygląda mój dzień? Czy ty wiesz, kiedy ostatnio przespałam cztery godziny ciągiem? Czy wiesz, że moje plecy wysiadają od noszenia dzieci?

– Nie przesadzaj – machnął ręką, jakby odganiał muchę. – Jesteś zmęczona, to normalne. Zatrudnimy pomoc domową na soboty.

– Na soboty?! – wybuchnęłam. To był ten moment. Tama pękła. – Ja nie potrzebuję pomocy w soboty! Ja potrzebuję życia! Jestem uwięziona w tym domu od pięciu lat! Moje studia, moja kariera, moje ciało, wszystko oddałam tej rodzinie. A ty chcesz jeszcze jedno, bo prezes ma czwarte? Bo to dobrze wygląda wizerunkowo?

Nic nie rozumiał

Maciek spochmurniał. Zniknął czuły mąż, pojawił się twardy negocjator.

– Nie chodzi o wizerunek. Chodzi o dziedzictwo. O dużą rodzinę. Zawsze o tym marzyliśmy.

– Ty marzyłeś! Ja chciałam dwójkę! Trzecie było wpadką, którą pokochałam, ale która mnie dobiła!

– Nie histeryzuj. Jesteś w domu, masz komfort. Inne kobiety pracują na kasie i wychowują dzieci. Ty masz wszystko podane na tacy.

Wtedy to zrozumiałam. On mnie nie szanował. On widział we mnie inkubator i darmową siłę roboczą, która podtrzymuje jego status dobrego ojca rodziny. Wracał do czystego domu, bawił się z dziećmi przez 15 minut i czuł się bohaterem. Nie widział potu, łez i samotności.

Kłótnia trwała godzinami. Padły słowa, których nie da się cofnąć. W końcu, koło północy, kiedy krzyczałam, że muszę wrócić do pracy, do ludzi, że muszę odzyskać siebie, Maciek rzucił coś, co sprawiło, że zamarłam.

– Nie wrócisz do pracy – powiedział Maciek zimno.

– Co? Nie możesz mi zabronić.

– Nie zabraniam, ale to nie ma sensu. Twoja pensja nie pokryje nawet niani dla trójki, a co dopiero dla czwórki.

– Nie będzie czwórki! – krzyknęłam.

– Gosia… – podszedł do mnie blisko. – Musimy mieć to dziecko.

– Dlaczego musimy?

Miarka się przebrała

Spojrzał mi w oczy i zobaczyłam w nich strach. Prawdziwy, paniczny strach.

– Bo jeśli teraz wrócisz do pracy, to cię stracę – wyszeptał. – Widzę, jak patrzysz na świat. Jak patrzysz na innych. Jak cię ciągnie na zewnątrz. Jeśli będziesz miała kolejne dziecko, zostaniesz w domu jeszcze przez trzy, cztery lata. Będziesz bezpieczna. Tu, ze mną.

To nie była miłość. To nie było pragnienie tacierzyństwa. To była kontrola. On chciał mnie uziemić kolejną ciążą, żeby upewnić się, że nie ucieknę z tej złotej klatki. Że nie stanę się niezależna, że nie zauważę, że mogę być szczęśliwa bez jego pieniędzy i jego protekcjonalnego tonu. Zazdrość.

– Chcesz dziecka, żebym nie odeszła? – zapytałam cicho, czując, jak żołądek podchodzi mi do gardła.

– Chcę dziecka, żeby nasza rodzina była kompletna. I żebyś ty skupiła się na tym, co najważniejsze, a nie na fanaberiach o karierze, która i tak nikogo nie obchodzi.

Tej nocy spałam w pokoju gościnnym. Rano, gdy wstałam, Maciek już wyszedł. Zostawił kartkę: „Przemyśl to. Kocham Cię. M.”. Wyszłam do ogrodu. Adam kończył pracę przy skalniaku. Zobaczył mnie – opuchniętą od płaczu, w szlafroku, z kubkiem kawy.

– Pani Gosiu? Wszystko w porządku?

Spojrzałam na niego, na ten ogród, na ten wielki, pusty dom za moimi plecami.

Masz może papierosa? – zapytałam, choć nie paliłam od studiów.

Podał mi paczkę bez słowa. Odpalił. Zaciągnęłam się, krztusząc dymem.

– Nie jest w porządku, ale chyba w końcu wiem, co muszę zrobić.

Wyrzuciłam go

Wypaliłam tego papierosa do filtra. Patrzyłam, jak dym ulatuje w powietrze, tak jak ulatywały moje złudzenia o idealnym małżeństwie. Maciek myślał, że kolejne dziecko będzie łańcuchem, który przykuje mnie do kaloryfera. Nie rozumiał jednego: matka jest lwicą. Będzie walczyć o swoje młode, ale żeby to robić, sama musi być silna. A ja słabłam z każdym dniem w tym układzie.

Wróciłam do domu. Wyjęłam walizki. Nie spakowałam się od razu, by uciec. Spakowałam rzeczy Maćka. Gdy wrócił wieczorem, jego walizki stały w przedpokoju.

– Co to jest? – zapytał, blednąc.

– To twoja przepustka do wolności – powiedziałam spokojnie. – Chciałeś, żebym dokonała wyboru. Wybrałam. Nie będę kolejnym projektem w twoim portfolio ani zakładnikiem we własnym domu. Wyprowadzasz się.

– Oszalałaś? Z trójką dzieci beze mnie sobie nie poradzisz! Kto zapłaci za to wszystko?

– Poradzę sobie. Może nie będzie luksusowo, sprzedamy ten dom, ale nie urodzę dziecka tylko po to, żebyś ty czuł się bezpiecznie. Moje ciało to nie twoja polisa ubezpieczeniowa.

Następne miesiące były piekłem. Rozwód, walka o alimenty, groźby, płacz dzieci, które tęskniły za tatą. Maciek próbował wszystkiego – od próśb, przez drogie prezenty, po szantaż emocjonalny, ale ja miałam przed oczami tamten wieczór i jego wyznanie. Chciał mnie uwięzić.

Stanęłam na nogi

Sprzedaliśmy dom. Kupiłam mieszkanie w mieście. Wróciłam do pracy – początkowo na zlecenia, nocami, kiedy dzieci spały. Było ciężko, czasami wyłam w poduszkę z bezsilności, ale rano wstawałam i wiedziałam, że to jest moje życie.

Dziś, dwa lata później, siedzę na balkonie mojego małego mieszkania. Dzieci są u Maćka. W końcu nauczył się nimi zajmować, kiedy zmusił go do tego sądowy harmonogram opieki. Mam ciszę i pewność, że odmawiając czwartego dziecka, uratowałam życie trójce, którą już mam. Bo szczęśliwa matka to lepsza matka, nawet jeśli ta matka jest rozwódką w M-4, a nie panią na włościach w złotej klatce.

Maciek ożenił się ponownie pół roku temu. Jego nowa żona jest w ciąży. Wygląda na bardzo młodą i bardzo zagubioną. Czasem, gdy widzę ich zdjęcia w mediach społecznościowych, czuję ukłucie żalu, ale potem patrzę na swoje odbicie w lustrze. Zmęczone, ale uśmiechnięte. Wolne. Czasami „nie” to najważniejsze słowo, jakie kobieta może powiedzieć. Nawet jeśli cały świat i własny mąż oczekują „tak”.

Małgorzata, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama