Reklama

Codzienne życie wypełniały mi nieustanne obowiązki i monotonne powtarzanie tych samych czynności. Wydawało mi się, że poświęcam całe swoje życie dla ich szczęścia, a w zamian otrzymuję tylko krzyk, narzekanie i wieczne niezadowolenie. Każdy poranek zaczynał się od gonitwy: śniadania, ubrań, szkoły, zajęć dodatkowych, a wieczory były jedynie przedłużeniem tego maratonu. Czułam się niewidoczna, zmęczona i rozdrażniona, a każde słowo, które wypowiadały dzieci, wbijało we mnie kolejną igłę frustracji. Nie miałam już siły na kompromisy, nie chciało mi się tłumaczyć ani uspokajać. Marudzenie stało się tłem mojej codzienności, z której chciałam uciec.

Jak długo jeszcze dam radę

Rano w domu panował chaos jak co dzień. Budzik zadzwonił zbyt wcześnie, a ja ledwo otworzyłam oczy, gdy usłyszałam krzyk z pokoju starszego syna. Zeskoczyłam z łóżka i wpadłam do kuchni, gdzie młodsza córka już walczyła z mlekiem i kanapkami. Wszystko szło źle od samego początku. Szklanki przewracały się na podłogę, tost wypadał z ręki i ktoś krzyczał, że nie może znaleźć butów. Nie wiedziałam, od czego zacząć: od sprzątania, ubierania czy tylko od głębokiego oddechu, by nie wybuchnąć.

— Mamo, nie mogę znaleźć mojego plecaka! — wrzasnął syn, biegając po korytarzu.

— Sprawdź pod łóżkiem, tak jak wczoraj! — odpowiedziałam, starając się zachować spokój.

— To nie jest w porządku! — krzyknęła córka, pokazując rozrzucone kredki.

Każde moje słowo było zderzeniem z niezadowoleniem i jęczeniem. Gdy udało mi się wreszcie uspokoić sytuację, miałam tylko jedną myśl: Jak długo jeszcze dam radę w tym wszystkim wytrzymać?

Jestem na granicy wytrzymałości

Po porannym chaosie myślałam, że mogę wreszcie złapać oddech. Usiadłam przy stole z kubkiem kawy, mając nadzieję, że choć na chwilę poczuję spokój. Nie dane mi było cieszyć się tą chwilą. Dzieci jakby wyczuły moje zmęczenie i natychmiast zaczęły zgłaszać kolejne potrzeby: jedno chciało zabawki, drugie szukało przyborów do szkoły, a trzecie jęczało, że nie umie rozwiązać zadania.

— Mamo, nuda! — wrzasnął syn, przewracając kartki w zeszycie.

— To idź się pobaw, ale nie krzycz — próbowałam wytłumaczyć spokojnie, choć wewnętrznie kipiałam.

Ale ja chcę teraz! – warknęła córka, tupiąc nogą.

Nie mogłam zapanować nad nimi wszystkimi naraz. W mojej głowie kłębiły się myśli o tym, że każdy mój wysiłek jest niewystarczający, że ciągle jestem na granicy wytrzymałości. Zaczęłam się zastanawiać, czy kiedykolwiek uda mi się poczuć ulgę, czy moje życie zawsze będzie jednym niekończącym się dyktatem obowiązków i pretensji.

Traciłam radość z macierzyństwa

Z każdym dniem czułam, że moja cierpliwość topnieje, a ja sama staję się obca sobie. Gdy patrzyłam na dzieci, serce ściskała mi mieszanka miłości i irytacji. Chciałam dla nich wszystkiego, co najlepsze, ale jednocześnie czułam, że własne potrzeby całkowicie zniknęły. Każdy ich krzyk, każde marudzenie stawało się dla mnie ciężarem, którego nie potrafiłam już dźwigać. W nocy, gdy wreszcie udało się uśpić dzieci, siedziałam przy stole z kubkiem zimnej kawy i czułam narastające poczucie winy.

A kolejnego dnia wszystko zaczynało się od nowa i nawet nie miało znaczenia to, że była sobota. To nawet gorzej, bo nie szły do szkoły.

— Mamo, mogę jutro wziąć tablet na godzinę? — spytał syn.

— Zobaczymy, nie obiecuję — odpowiedziałam, choć w środku wiedziałam, że za chwilę i tak się zgodzę.

— Czemu nic nie robisz?! — warknęła córka, gdy tylko zauważyła, że stoję bez ruchu. Jakbym co najmniej miała obowiązek zawsze coś robić, ruszać się, za czymś gonić.

Nie wiedziałam już, jak powiedzieć im, że jestem zmęczona ich ciągłymi wymaganiami, że potrzebuję chwili dla siebie, a jednocześnie nie zranić ich uczuć. Myśli o ucieczce mieszały się z poczuciem winy. Każdy dzień wypełniały obowiązki, jęki i marudzenie, a ja nie wiedziałam już, co ze sobą zrobić.

Wiedziałam, że nie mogę

Pewnego popołudnia, gdy dzieci biegały po domu i marudziły, poczułam nagły impuls — chciałam uciec. Wyjść z domu i poczuć, że istnieje coś poza tym chaosem. Stałam w drzwiach, patrząc, jak przewracają się zabawki i słysząc niekończące się jęki. Każde „Mamo!” było jak dźwięk dzwonu alarmowego, przypominający mi, że nie mam prawa do własnej chwili spokoju.

Miałam tego wszystkiego dość i czułam, że w końcu nie wytrzymam. Że nie będę miała dość siły, by ciągnąć to dalej. Niby kochałam dzieci, ale coś się we mnie wypaliło. I nie wiedziałam zupełnie, co będzie dalej. Wreszcie usiadłam, zamknęłam oczy i oddychałam głęboko, próbując zebrać resztki sił.

Wieczorem, gdy dzieci wreszcie zasnęły, usiadłam przy stole w pustym domu. Cisza była inna niż zwykle — nieprzerywana jękami ani prośbami, tylko prawdziwa, spokojna cisza. Czułam, jak napięcie powoli opuszcza moje ciało, a w głowie pojawia się ulga. Zdałam sobie sprawę, że bycie matką nie musi oznaczać całkowitego zatracenia siebie. Mogę kochać dzieci i jednocześnie pamiętać o własnych potrzebach. Od czasu do czasu muszę po prostu się zatrzymać, odpocząć, nabrać dystansu i pozwolić sobie po prostu być.

— Mamo? — usłyszałam nagle ciche głosiki z ich pokoju.

— Śpijcie dalej, zaraz przyjdę — odpowiedziałam miękko, uśmiechając się pod nosem.

Nie musiałam rozwiązywać wszystkich problemów ani przytulać ich do snu jednocześnie. Zrozumiałam, że nie wszystko zależy ode mnie, że dzieci uczą się także samodzielności, a ja mogę odetchnąć. Ta chwila spokoju stała się dla mnie cenniejsza niż jakiekolwiek pochwały. Wiedziałam, że jutro znów nadejdzie chaos, jęczenie i marudzenie, ale teraz miałam wewnętrzną siłę, by sobie z tym poradzić. Uśmiechnęłam się do własnego odbicia w kuchennym oknie, czując, że choć życie matki bywa trudne, to ja wciąż mogę odnaleźć w nim kawałek siebie. Nie musiałam być idealna, wystarczyło, że byłam tu, dla nich i dla siebie. I wciąż walczyłam, zmierzając coraz dalej i dalej.

Klaudia, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama