„Łudziłam się, że narodziny dziecka naprawią moje małżeństwo. Trudno jednak naprawić coś, co już nie istnieje”
„Poczułam się mała i winna. Może faktycznie przesadzałam? Może hormony wciąż szalały w moim organizmie, zniekształcając rzeczywistość? Przeprosiłam go cicho i poszłam podgrzać mu kolację. Ale w środku czułam, że to nie są urojenia. Intuicja kobiety, która już raz została zdradzona, jest jak radar. I ten radar właśnie wył na alarm”.

Obserwowałam, jak spokojnie oddycha mój synek, Antoś, licząc, że rytm jego małej klatki piersiowej uspokoi moje własne, rozedrgane serce. Wszyscy powtarzali mi, że dziecko to klej, który spaja najtrudniejsze relacje, że ojcostwo zmienia mężczyznę, nadaje mu powagi i poczucia misji. Wierzyłam w to kurczowo, jak tonący chwyta się brzytwy. Sebastian miał się zmienić. Miał zrozumieć, co jest w życiu najważniejsze. Ale tamtej nocy, gdy zegar w kuchni wybił trzecią nad ranem, a zamek w drzwiach wciąż milczał, dotarło do mnie, że mały człowiek w kołysce nie jest lekarstwem na zepsute małżeństwo. Był tylko niewinnym zakładnikiem moich złudzeń.
Jakbym była meblem
Pamiętam ten dzień, kiedy przyniosłam Antosia ze szpitala. Dom pachniał świeżym praniem i lawendą, którą moja teściowa, Jadwiga, rozsypała w woreczkach po szafach, twierdząc, że to przynosi szczęście i spokój. Sebastian wniósł fotelik z taką dumą, że przez chwilę, przez tę jedną, krótką chwilę, naprawdę uwierzyłam, że najgorsze mamy już za sobą. Uśmiechał się do mnie tym swoim chłopięcym uśmiechem, który kiedyś sprawił, że zakochałam się w nim bez pamięci.
— Teraz będzie inaczej, Zuza — szepnął, całując mnie w czoło, gdy mały spał już w swoim łóżeczku. — Jesteśmy rodziną. Prawdziwą rodziną.
Chciałam płakać ze szczęścia. Przez ostatnie miesiące ciąży żyliśmy w cieniu tego, co wydarzyło się rok wcześniej. Jego „błąd”, jak to nazywał. Romans z koleżanką z biura, który trwał trzy miesiące i zakończył się dopiero wtedy, gdy przypadkiem zobaczyłam wiadomość na jego tablecie. Błagał, przepraszał, kupował kwiaty. A potem pojawiły się dwie kreski na teście ciążowym. Uznałam to za znak. Los dawał nam drugą szansę.
Przez pierwsze dwa tygodnie Sebastian był wzorowym ojcem. Wstawał w nocy, nosił małego, gdy ten miał kolki, robił nam zdjęcia, które wrzucał do sieci z opisami pełnymi serduszek. Ale potem, powoli, niezauważalnie, zaczęła wracać stara rutyna. Najpierw były tylko dłuższe pobyty w pracy. Projekt, o którym mówił od dawna, rzekomo wszedł w fazę krytyczną. Wracał o dziewiętnastej, potem o dwudziestej pierwszej. Był zmęczony, rozdrażniony. Kiedy prosiłam, żeby zajął się małym, bo ja nie miałam czasu wziąć prysznica, wzdychał ciężko, jakbym kazała mu przenosić góry.
— Zuza, ja pracuję na naszą przyszłość — mówił tonem, który nie znosił sprzeciwu. — Ktoś musi zarabiać, skoro ty siedzisz w domu.
Siedzę w domu. Te słowa bolały bardziej niż myślałam. Opieka nad niemowlakiem to była praca na trzy etaty, ale dla niego to było „siedzenie”. Zaczęłam czuć ten sam chłód, który towarzyszył nam przed rokiem. Ten dystans w jego oczach, kiedy na mnie patrzył. Jakbym była meblem, elementem wystroju, a nie kobietą, którą kochał.
Odsunęłam się gwałtownie
Wszystko zaczęło się sypać w jeden poniedziałek. Antoś był marudny, ząbkował, a ja chodziłam po mieszkaniu z tłustymi włosami i w dresie, który widział lepsze czasy. Zadzwoniła Jadwiga. Moja teściowa zawsze miała talent do dzwonienia w najmniej odpowiednim momencie.
— Zuzanno, mam nadzieję, że dbasz o mojego syna — zaczęła bez powitania. — Sebastian brzmiał wczoraj tak smutno przez telefon. Mówił, że w domu panuje nerwowa atmosfera.
Zacisnęłam zęby, kołysząc płaczące dziecko.
— Jest zmęczony pracą, mamo — odpowiedziałam, starając się brzmieć spokojnie. — Antoś ząbkuje, mało śpimy.
— No tak, ale mężczyzna potrzebuje spokoju w domu. Musisz o to zadbać. Pamiętaj, że on ma wiele pokus na zewnątrz, a dom powinien być jego azylem.
Rozłączyłam się szybciej, niż wypadało. Jej słowa, choć toksyczne, zasiały we mnie ziarno niepokoju. „Pokusy na zewnątrz”. Czy ona coś wiedziała? Czy Sebastian skarżył się jej na mnie? Tego wieczoru wrócił po dwudziestej drugiej. Powiedział, że utknął na spotkaniu z klientem. Kiedy podszedł, żeby pocałować mnie w policzek, poczułam to. Delikatny, ledwo wyczuwalny zapach. Nie był to zapach biura, kawy czy klimatyzacji, a woń damskich perfum. Słodka, kwiatowa nuta, której ja nigdy nie używałam.
Odsunęłam się gwałtownie.
— Gdzie byłeś? — zapytałam, patrząc mu prosto w oczy.
— Przecież mówiłem, spotkanie z klientem — odpowiedział gładko, zdejmując marynarkę. Unikał mojego wzroku, zajmując się wieszaniem ubrania z przesadną precyzją.
— Z klientem, który używa perfum Chanel? — rzuciłam, czując, jak serce podchodzi mi do gardła.
Sebastian zamarł na chwilę, a potem odwrócił się z wyrazem znużenia na twarzy.
— Znowu zaczynasz? Jesteś przewrażliwiona, Zuza. To pewnie zapach z windy albo od sekretarki w biurze. Naprawdę, nie mam siły na twoje urojenia. Cały dzień haruję, a ty witasz mnie przesłuchaniem.
Poczułam się mała i winna. Może faktycznie przesadzałam? Może hormony wciąż szalały w moim organizmie, zniekształcając rzeczywistość? Przeprosiłam go cicho i poszłam podgrzać mu kolację. Ale w środku czułam, że to nie są urojenia. Intuicja kobiety, która już raz została zdradzona, jest jak radar. I ten radar właśnie wył na alarm.
Świat zaczął wirować
Następnego dnia odwiedziła mnie Kaśka. Znałyśmy się od liceum, ale w ostatnim roku nasza relacja ostygła. Kaśka nigdy nie ukrywała, że nie ufa Sebastianowi. Kiedy wybaczyłam mu zdradę, ona powiedziała mi wprost, że robię błąd. Uniosłam się wtedy dumą i odsunęłam od niej. Teraz jednak potrzebowałam kogoś, kto spojrzy na moje życie z dystansu. Kaśka weszła do salonu, niosąc torbę z zakupami i kawę na wynos. Spojrzała na moje podkrążone oczy i stertę prania na kanapie, ale nie skomentowała bałaganu.
— Jak się trzymasz, młoda mamo? — zapytała, siadając na podłodze obok maty edukacyjnej, na której leżał Antoś.
— Jestem zmęczona, Kaśka. I chyba… chyba wariuję — wyznałam, siadając naprzeciwko niej.
Opowiedziałam jej o zapachu perfum, o późnych powrotach, o chłodzie Sebastiana. Kaśka słuchała w milczeniu, bawiąc się grzechotką synka. Kiedy skończyłam, podniosła na mnie wzrok pełen smutku i determinacji.
— Zuza, nie chciałam być tą, która to powie, ale musisz to wiedzieć. Widziałam go.
Zamarłam.
— Co widziałaś?
— W zeszłym tygodniu. Byłam w centrum, w tej nowej włoskiej restauracji. Siedział przy stoliku w rogu. Nie był sam.
Czułam, jak krew odpływa mi z twarzy.
— Z kim był? — zapytałam szeptem, choć znałam odpowiedź, zanim padła.
— Z kobietą. Brunetka, długie włosy. Nie wyglądali na ludzi, którzy omawiają strategie biznesowe, Zuza. Trzymał ją za rękę. Śmiali się.
Świat zaczął wirować. To nie była paranoja. To nie były hormony. Chodziło o rzeczywistość, która uderzyła mnie prosto w twarz z siłą rozpędzonego pociągu. On nie tylko mnie zdradzał. On prowadził drugie życie, podczas gdy ja w domu walczyłam o każdą godzinę snu naszego dziecka.
— Dlaczego mi nie powiedziałaś wcześniej? — zapytałam, czując łzy piekące pod powiekami.
— Bo bałam się, że znowu mnie odrzucisz. Że uznasz, że chcę zniszczyć twoje szczęście. Ale widzę, że to szczęście to tylko fasada.
Kaśka miała rację. Zbudowałam zamek na piasku, ignorując przypływ, który właśnie podmywał fundamenty.
To był koniec złudzeń
Gdy Kaśka wyszła, zostałam sama z gonitwą myśli. Musiałam mieć pewność. Nie wystarczały mi słowa przyjaciółki — potrzebowałam dowodu, którego Sebastian nie zdoła podważyć, nie zdoła przekręcić ani zwalić na moje „urojenia”. Wieczorem, gdy poszedł pod prysznic, zrobiłam coś, czego obiecałam sobie nigdy nie robić. Wzięłam jego telefon. Leżał na szafce nocnej, ekranem do dołu. Znałam kod — data naszego ślubu. Przez chwilę wahałam się, czy go nie zmienił, ale palce same wystukały cyfry. Odblokował się.
Serce biło mi tak mocno, że bałam się, iż usłyszy je w łazience. Weszłam w wiadomości. Nic podejrzanego. Skrzynka mailowa — czysta. Zaczęłam wątpić, czy dobrze robię. I wtedy zauważyłam ikonę aplikacji do szyfrowanych rozmów, ukrytą w folderze „Narzędzia”. Otworzyłam ją. Była tam tylko jedna konwersacja. Imię: „Piotr – Serwis”. Ale zdjęcie profilowe przedstawiało kobietę w stroju kąpielowym. Tę samą brunetkę, o której mówiła Kaśka. Paulinę. Tę samą, z którą zdradził mnie rok temu.
Przewijałam wiadomości, a z każdym kolejnym zdaniem czułam, jak coś we mnie umiera. „Tęsknię za twoim dotykiem”, pisała. „Jeszcze trochę, skarbie. Ona jest teraz nie do zniesienia, mały ciągle ryczy. Muszę grać dobrego męża, dopóki sprawa z kredytem się nie wyjaśni”, odpisywał.
Daty wiadomości sięgały miesięcy wstecz. Nawet gdy byłam w szpitalu, rodząc jego syna, pisał do niej. Pisał, że nie może się doczekać, aż „ten cyrk” się skończy. Cyrk. Nasze życie, nasz syn, moje poświęcenie — dla niego to był cyrk. Gra pozorów potrzebna do jakiegoś kredytu, o którym nie miałam pojęcia. Odłożyłam telefon dokładnie w to samo miejsce. Ręce mi się trzęsły, ale w środku poczułam dziwny, lodowaty spokój. To był koniec złudzeń. Koniec nadziei. Została tylko zimna kalkulacja i konieczność przetrwania.
Nie zatrzymywałam go
Kiedy wyszedł z łazienki, pachnący i zrelaksowany, siedziałam na łóżku, karmiąc Antosia. Spojrzał na mnie przelotnie i zaczął szukać czegoś w szufladzie.
— Widziałam wiadomości od „Piotra z serwisu” — powiedziałam cicho, nie podnosząc głowy.
Sebastian znieruchomiał. Przez chwilę w pokoju panowała absolutna cisza, przerywana tylko cmokaniem ssącego dziecka. Powoli odwrócił się w moją stronę. Jego twarz nie wyrażała skruchy, wstydu ani żalu. Wyrażała gniew.
— Grzebałaś w moim telefonie? — zapytał ostro. — Nie masz prawa naruszać mojej prywatności!
— A ty nie masz prawa niszczyć naszego życia. — Podniosłam wzrok. Moje oczy były suche. Wypłakałam już wszystko, co miałam do wypłakania. — Paulina? Naprawdę? Po tym wszystkim, co mi obiecałeś? Po tym, jak płakałeś mi w kolana, przysięgając, że to był błąd?
Zaśmiał się. To był krótki, cyniczny śmiech, którego nigdy wcześniej u niego nie słyszałam.
— Błąd? Błędem było myślenie, że dziecko cokolwiek zmieni, Zuza. Spójrz na nas. Ty wiecznie zmęczona, w dresach, z mlekiem na koszulce. Nie jesteś już kobietą, jesteś tylko matką. A ja potrzebuję kobiety. Potrzebuję kogoś, kto mnie podziwia, a nie tylko wymaga zmiany pieluch.
Te słowa były jak uderzenie w splot słoneczny. Zrzucił winę na mnie. Na to, że zajmowałam się jego synem. Na to, że moje ciało się zmieniło po ciąży. Na to, że byłam odpowiedzialna, podczas gdy on chciał zabawy.
— Kazałeś mi wierzyć, że budujemy rodzinę. A ty tylko czekałeś na kredyt? O co chodzi z kredytem, Sebastian?
Zmienił się na twarzy. Zrozumiał, że przeczytałam za dużo.
— To nie twoja sprawa. To biznes.
— To jest moja sprawa, jeśli to dotyczy naszego mieszkania! — krzyknęłam, a Antoś oderwał się od piersi i zaczął płakać, wyczuwając moje emocje.
Sebastian podszedł do szafy i wyciągnął torbę sportową. Zaczął wrzucać do niej ubrania.
– Mam tego dość. Wyprowadzam się. Idę tam, gdzie jestem mile widziany. Poradzisz sobie, w końcu jesteś taką wspaniałą „matką polką”.
Patrzyłam, jak pakuje swoje życie w jedną torbę. Nie zatrzymywałam go. Nie prosiłam, żeby został. Każdy wrzucony do torby t-shirt był jak kolejny kamień spadający z mojego serca. Czułam ból, ogromny ból odrzucenia, ale pod nim czułam też ulgę. Nie musiałam już udawać. Nie musiałam zastanawiać się, dlaczego nie odbiera telefonu. Nie musiałam walczyć o kogoś, kto nie chciał być w moim życiu.
Zatrzymał się w drzwiach.
— Nie myśl, że będziesz mnie szantażować dzieckiem — rzucił na odchodne. — Będę płacił alimenty. Ale nie oczekuj, że będę tu przychodził i bawił się w dom.
Drzwi trzasnęły. Zostałam sama w ciszy, z płaczącym dzieckiem na rękach.
Rozłączyłam się pierwsza
Noc była koszmarem. Antoś wyczuwał mój stres i budził się co godzinę. Ja nie zmrużyłam oka. Leżałam, patrząc w sufit i zastanawiając się, jak sobie poradzę. Kredyt, opłaty, samotność. Strach był paraliżujący. Ale kiedy rano wstało słońce, a promienie wpadły do sypialni, oświetlając twarz mojego synka, coś się zmieniło. Antoś otworzył oczy, spojrzał na mnie i uśmiechnął się tym swoim bezzębnym, szczerym uśmiechem. Wyciągnął rączki w moją stronę.
Wzięłam go na ręce i przytuliłam mocno.
— Jesteśmy tylko my, synku — szepnęłam mu do ucha. — Ale damy radę. Obiecuję ci, że będzie nam lepiej.
Zadzwoniłam do Kaśki. Przyjechała w ciągu pół godziny, z nową porcją kawy i notesem.
— Dobra, Zuza. Plan jest taki — zaczęła, nie dając mi czasu na użalanie się nad sobą. — Najpierw prawnik. Znam świetną babkę, która zjadła zęby na takich typach jak Sebastian. Nie pozwolimy mu uciec od odpowiedzialności. Potem ogarniemy finanse. Może będziesz musiała wrócić do pracy szybciej, niż planowałaś, ale pomogę ci z opiekunką. Moja mama też chętnie zajmie się małym.
Słuchałam jej i czułam, jak wraca mi siła. Nie byłam sama. Miałam przyjaciółkę. Miałam syna. Miałam siebie. Kilka dni później zadzwoniła Jadwiga.
— Słyszałam, co się stało — powiedziała chłodno. — Sebastian jest u Pauliny. Mówi, że go wyrzuciłaś. Że byłaś nie do wytrzymania. Jak mogłaś rozbić rodzinę dziecku, Zuzanno?
Tym razem się nie tłumaczyłam. Nie przepraszałam.
— Twój syn jest dorosłym mężczyzną, który podjął decyzję o zdradzie, Jadwigo — odpowiedziałam spokojnym, stanowczym głosem. — Jeśli chcesz widywać wnuka, zapraszam. Ale jeśli zadzwonisz jeszcze raz, by mnie obwiniać za błędy Sebastiana, to była nasza ostatnia rozmowa.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Jadwiga nie była przyzwyczajona do sprzeciwu. Rozłączyłam się pierwsza. To było małe zwycięstwo, ale smakowało wybornie.
Jestem wolna
Mijały miesiące. Nie było łatwo. Były momenty, kiedy płakałam w poduszkę z bezsilności, gdy psuła się pralka, a na koncie brakowało pieniędzy. Były dni, gdy tęskniłam za iluzją pełnej rodziny, widząc pary z wózkami w parku. Ale z każdym tygodniem stawałam się silniejsza. Sebastian próbował wrócić po trzech miesiącach. Paulina okazała się mniej „idealna”, gdy zaczęła się proza życia, a on musiał płacić alimenty i nie miał już wygody, którą mu zapewniałam. Przyszedł z kwiatami, mówiąc, że „przemyślał sprawy” i że „dziecko potrzebuje ojca”.
Stałam w drzwiach, trzymając na rękach siedzącego już Antosia. Patrzyłam na mężczyznę, którego kiedyś uważałam za miłość mojego życia, i nie czułam nic poza litością. Był taki sam. Manipulujący, egoistyczny, słaby.
— Antoś ma ojca — powiedziałam. — Ale ja nie potrzebuję takiego męża. Twoje miejsce jest tam, gdzie cię poniosło. Nie ma powrotu, Sebastian.
Zamknęłam drzwi przed jego nosem. I tym razem nie było to trzaśnięcie w gniewie. To było ciche, definitywne zamknięcie rozdziału.
Dziś patrzę na mojego synka, który stawia pierwsze kroki. Nie naprawił mojego małżeństwa, tak jak naiwnie wierzyłam. Zrobił coś o wiele ważniejszego. Uratował mnie przed życiem w kłamstwie. Dzięki niemu znalazłam w sobie siłę, o której istnieniu nie miałam pojęcia. Zrozumiałam, że odpowiedzialność, z którą zostałam sama, nie jest ciężarem. Jest przywilejem kształtowania naszego życia na własnych zasadach. Bez zdrady, bez perfum innej kobiety, bez strachu. Jestem zmęczona, czasem niewyspana, ale jestem wolna. I jestem szczęśliwa, tak naprawdę szczęśliwa, po raz pierwszy od bardzo dawna.
Zuzanna, 31 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na czas remontu mieszkania zamieszkaliśmy u teściów. Szybko wystawili nam słony rachunek za gościnę”
- „Zgodziłam się na rodzinny wyjazd na ferie i żałuję. Teściowa ze szwagierką zrobiły ze mnie bankomat i służącą”
- „Myślałem, że remont mieszkania po rodzicach nas pogodzi. Odkryłem, że tylko odnowił stare rany”

