Reklama

Nie zawsze byłem sam, choć dziś, mając sześćdziesiąt osiem lat, samotność otula mnie jak stary, znoszony płaszcz. Cichy dom, w którym nikt nie stawia już kubka na stole oprócz mnie, nie odpowiada śmiechem na żadne wspomnienie. Wybierałem samotność świadomie — odsuwałem ludzi, relacje, możliwości. Wydawało mi się, że cisza i spokój to najwyższe dobra, a niezależność to największa wolność. Pracowałem dużo, nie zakładałem rodziny, nie zabiegałem o towarzystwo. Tłumaczyłem to sobie potrzebą przestrzeni, odpoczynku od zgiełku świata. Teraz, gdy zbliża się czas rozliczeń, patrzę przez okno i myślę: kto mnie pochowa, gdy przyjdzie mój czas? Kto zauważy, że zniknąłem? Komu będzie mnie brakować? Te pytania nie dają mi spokoju.

Wyszło chłodno

Miałem dwadzieścia kilka lat, kiedy pierwszy raz zrozumiałem, że ludzie potrafią być ciężarem. Nie chodziło nawet o dramaty, tylko o te codzienne oczekiwania: żeby oddzwonić, żeby przyjść, żeby się tłumaczyć. Pracowałem wtedy w biurze projektowym i wracałem do wynajmowanego pokoju tak zmęczony, że marzyłem tylko o tym, by nikt nie mówił do mnie ani słowa. W weekendy koledzy wyciągali mnie na imprezy, a ja zawsze znajdowałem wymówkę.

Pamiętam jedną dziewczynę, Ewelinę. Miała miękki głos i sposób patrzenia, jakby naprawdę chciała mnie poznać. Spotykaliśmy się kilka tygodni, aż w końcu usiedliśmy u niej w kuchni. Pachniało tam herbatą i cytryną, a ona zaczęła mówić o przyszłości, jakby to było coś oczywistego.

— Myślisz czasem o tym, żeby z kimś zostać na dłużej? — zapytała.

Popatrzyłem na jej dłonie, na paznokcie pomalowane na jasny róż, i poczułem dziwną panikę, jakbym miał zostać zamknięty w ciasnym pokoju bez klucza.

— Nie wiem, Ewelina. Lubię mieć spokój — odpowiedziałem.

– Spokój czy samotność? – rzuciła, już mniej ciepło.

— Samotność mi nie przeszkadza — przyznała, a ona przestała mieszać herbatę.

Wyszło chłodno, bez wielkiej kłótni. Po prostu przestała dzwonić, a ja… odetchnąłem z ulgą. Wtedy myślałem, że wygrałem.

Tylko kiwałem głową

Lata mijały, a ja stawałem się coraz lepszy w dystansowaniu się od ludzi. Miałem swoje rytuały: poranna kawa w tym samym kubku, wieczorny spacer tą samą trasą, urlop w samotności, najlepiej w górach, gdzie mogłem milczeć całymi dniami. Nawet moi sąsiedzi nie znali mnie z imienia. Uśmiechy na klatce schodowej były wystarczającą formą kontaktu.

Kilka razy próbowałem czegoś więcej. Zdarzało się, że ktoś mnie zapraszał na kolację, ktoś inny proponował wspólne wakacje. Zawsze znajdowałem sposób, żeby się wycofać. Kiedyś kolega z pracy, Wojtek, zaprosił mnie na grilla z rodziną. Mówił, że jego siostra właśnie się rozwiodła, że fajnie byłoby się poznać. Poszedłem z grzeczności.

— Wiesz, Paweł mówił, że jesteś trochę odludkiem — powiedziała jego siostra z uśmiechem. — Ale wydajesz się całkiem normalny.

— Staram się sprawiać dobre wrażenie — odpowiedziałem, bardziej szczerze niż chciałem.

Potem już tylko kiwałem głową, piłem piwo i patrzyłem na dzieci biegające po trawie. Wszystko wydawało się jakieś… nie moje. Nigdy nie dopuszczałem ludzi bliżej, zanim zdążyli się zbliżyć. Odrzucałem ich prewencyjnie, jakby każda relacja była potencjalnym zagrożeniem. Dopiero teraz rozumiem, że to ja byłem zagrożeniem sam dla siebie.

Uśmiechnęła się niepewnie

W pracy byłem rzetelny, punktualny i cichy. Nikt nigdy nie miał do mnie zastrzeżeń. Przychodziłem pierwszy, wychodziłem ostatni. Nie dlatego, że byłem aż tak ambitny — po prostu praca była bezpieczną przystanią. Nikt tam nie oczekiwał emocji, tylko wyników. Biuro stało się moim domem, a laptop partnerem, którego nigdy nie zawiodłem. Szefostwo to doceniało. Dostałem kilka awansów, z biegiem lat własny pokój i ciszę, której tak bardzo pragnąłem. Pamiętam, że kiedyś jedna z młodszych koleżanek zapytała mnie w windzie:

— Panie Janie, a pan to ma jakąś rodzinę?

Zaskoczyło mnie to pytanie. Zawahałem się, a potem tylko wzruszyłem ramionami.

— Mam pracę — odpowiedziałem.

Uśmiechnęła się niepewnie, jakby czekała na coś jeszcze, ale nic nie dodałem. W weekendy często brałem nadgodziny. Kiedy wszyscy szli do domów, ja włączałem komputer i zaczynałem kolejne zestawienie. Nawet w święta nie przeszkadzała mi samotność. Odbębniałem wigilijny barszcz w jakimś barze mlecznym i wracałem do swojego pustego mieszkania. Z czasem przestałem czuć różnicę między poniedziałkiem a niedzielą. Nie zauważyłem, kiedy przestałem żyć, a zacząłem tylko funkcjonować.

Zrobiło mi się nieswojo

Pierwszy raz naprawdę poczułem, że coś jest nie tak, gdy telefon zaczął milczeć. Kiedyś dzwonili ludzie z pracy, czasem ktoś ze studiów, nawet daleki kuzyn przed świętami. Później to ucichło. Najpierw myślałem, że to ulga, taki wyczekany spokój. Potem zauważyłem, że cisza ma swoją wagę. Potrafi przygnieść.

Któregoś popołudnia spotkałem na ulicy Danutę. Pracowaliśmy kiedyś w jednym dziale. Pamiętałem ją jako osobę głośną, śmiejącą się zbyt otwarcie. Zatrzymała się, spojrzała na mnie uważnie i nagle jej twarz zmiękła.

— Janek? To ty? — rzuciła tak, jakby mówiła do kogoś z dawnych czasów, nie do człowieka, którego widziała piętnaście lat temu.

— Ja. Danuta. Dawno… — odpowiedziałem i poczułem, że nie umiem dobrać słów.

— Dawno. Jak ty się trzymasz? Masz kogoś? — zapytała szybko, bez złośliwości, raczej z troską.

— Mam mieszkanie, mam zdrowie — rzuciłem, jakby to była odpowiedź.

Popatrzyła na mnie dłużej, aż zrobiło mi się nieswojo.

— Wiesz… my kiedyś wszyscy myśleliśmy, że ty po prostu nie lubisz ludzi. Może ty tylko… nie umiałeś inaczej? — powiedziała ciszej.

Nie odpowiedziałem, tylko skinąłem głową, jakbym zgadzał się na wszystko, byle szybciej skończyć tę rozmowę. Kiedy odeszła, poczułem, że coś we mnie drży. Echo jej słów wracało jeszcze przez wiele dni.

Czułem niepokój

Kiedy stuknęło mi sześćdziesiąt osiem lat, każdy dźwięk zegara w domu wydawał się głośniejszy. Poranki były ciche, zbyt ciche, a każdy krok po drewnianej podłodze przypominał mi, że czas płynie nieubłaganie. Siadałem przy stole z kubkiem herbaty i patrzyłem na swoje odbicie w lustrze. Twarz nie wyglądała na taką samotną, jak się czułem, a jednak oczy zdradzały wszystko.
Myślałem o ludziach, którzy kiedyś chcieli się do mnie zbliżyć, o słowach, które usłyszałem i zignorowałem. Czasem rozmawiałem z listami w szufladzie, otwierałem je tylko po to, żeby poczuć echo dawnych relacji. Nie wysyłałem żadnego. Świat zewnętrzny stawał się coraz bardziej odległy, a ja coraz mocniej przywiązywałem się do własnego życia, choć wiedziałem, że jest puste.

Pewnego popołudnia, przeglądając stare fotografie, uświadomiłem sobie, że nikt nie będzie wiedział, że zniknę, jeśli nie przygotuję wszystkiego sam. Pomyślałem o swojej przyszłości — o ostatnich godzinach, o tym, kto przyjdzie, gdy mnie już nie będzie. Czułem niepokój, który długo ignorowałem.

— Kto mnie pochowa? — wyszeptałem do pustego pokoju, a echo powróciło tylko w odpowiedzi na moje własne myśli.

Siedziałem tam długo, słuchając tykania zegara, rozumiejąc, że wybór samotności miał swoją cenę. Cisza, którą kiedyś kochałem, stała się teraz ciężarem, a tego nie dało się zignorować.

Zapomniałem, jak się robi pierwszy krok

Nie pamiętam, kiedy dokładnie zacząłem bać się zwykłych rzeczy. Kiedyś myślałem, że lęk to domena słabszych, a ja byłem przecież „rozsądny”, „samowystarczalny”. Dziś bałem się, że zasłabnę w mieszkaniu i nikt się nie zorientuje. Bałem się, że moje ciało stanie się problemem do rozwiązania przez obcych ludzi, którzy nawet nie zapamiętają mojego nazwiska.

Pewnego dnia wybrałem się do urzędu, żeby załatwić sprawę testamentu. Wyszedłem z budynku ze sztywną teczką pod pachą i poczułem, jakbym robił coś, czego w ogóle nie powinienem musieć robić sam. W parku usiadłem na ławce i obserwowałem starszą parę. Kobieta poprawiała mężczyźnie szalik, a on udawał niezadowolenie, choć w oczach miał spokój. Patrzyłem na nich długo, aż zrobiło mi się gorąco pod powiekami.

Nie zazdrościłem im wielkiej miłości. Zazdrościłem im tego, że ktoś czekał. Że ktoś zauważy, jeśli jedno z nich nie wróci do domu. Próbowałem sobie wmówić, że jeszcze mam czas, że mogę coś zmienić. Tylko że prawda była prosta: przez całe życie uczyłem się samotności tak dobrze, że zapomniałem, jak się robi pierwszy krok. Wracając do mieszkania, nagle zrozumiałem, że samotność nie była już wyborem. Stała się moim nawykiem. A nawyki, jak wiadomo, nie płyną z serca.

Jan, 68 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama