„Liczyłam, że w te walentynki mąż wreszcie mnie zauważy. Zamiast romantycznej kolacji, wybrał remont u kumpla”
„Stałam tak z telefonem przy uchu, słuchając głuchej ciszy. Usiadłam na brzegu łóżka w mojej pięknej sukience i poczułam się jak klaun, który wystroił się na przedstawienie, a publiczność poszła do domu. Odwołałam rezerwację. Recepcjonistka była miła, ale w jej głosie słyszałam litość”.

To miał być ten wieczór, który wszystko naprawi. Od tygodni planowałam każdy szczegół: nowa sukienka, której cena przyprawiła mnie o zawrót głowy, rezerwacja w knajpie, do której próbowaliśmy się dostać od roku, i nadzieja... Przede wszystkim ta cholerna nadzieja, że Marek w końcu na mnie spojrzy tak, jak kiedyś. Że przestanę być tylko współlokatorką, która pierze skarpetki i płaci rachunki. Kiedy zadzwonił telefon, byłam już w makijażu. Nie spodziewałam się, że jedno zdanie zamieni moje serce w gruzowisko, a walentynkowy wieczór spędzę, śledząc własnego męża, by odkryć prawdę bardziej gorzką niż zdrada.
On mnie nie widział
Nasze małżeństwo nie rozpadało się z hukiem. Nie było latających talerzy, wrzasków o drugiej w nocy czy dramatycznych wyjść z walizkami. Nasz związek umierał w ciszy – powolna erozja, kropla drążąca skałę. Marek, mój mąż od sześciu lat, stał się dla mnie kimś w rodzaju uprzejmego nieznajomego. Mijaliśmy się w korytarzu, wymieniając uwagi o pogodzie, zakupach w dyskoncie i paczkach od kuriera.
Bliskość? Wyparowała gdzieś między spłatą kredytu a awansem Marka w firmie budowlanej. Pracował dużo, szanowałam to. Ale kiedy wracał do domu, zapadał w letarg. Telefon, telewizor, piwo. Ja byłam w tle, jak tapeta, do której człowiek tak przywykł, że już nie zauważa jej wzoru.
Walentynki miały być przełomem. Wiem, brzmi naiwnie – święto komercji i plastikowych serduszek. Ale ja potrzebowałam pretekstu, daty w kalendarzu, która zmusi nas do wyjścia z rutyny. Tydzień temu powiedziałam wprost: „Zarezerwowałam stolik w La Fontanie. Tylko my, wino i brak telefonów”.
Pokiwał głową, nawet się uśmiechnął. „Jasne, Ewelina. Należy nam się”. To zdanie trzymało mnie przy życiu przez ostatnie dni. Myślałam, że on też tęskni za iskrą z początków naszego związku. Jakże potwornie się myliłam.
Czerwona sukienka i zimny prysznic
Czternasty lutego, środa. Wzięłam pół dnia wolnego, by wyglądać olśniewająco. Kupiłam czerwoną sukienkę – odważniejszą niż cokolwiek, co nosiłam przez ostatnie trzy lata. Odkryte plecy, dopasowany krój. Patrząc w lustro, po raz pierwszy od dawna poczułam się kobietą, a nie tylko żoną Marka czy pracownicą biurową.
Była 17:30. Rezerwacja na 19:00. Marek miał wrócić o 18:00, szybki prysznic i wyjście. Wstawiłam wino do lodówki na „afterparty”, zapaliłam świece w sypialni. I wtedy zadzwonił telefon. Wyświetliło się jego zdjęcie. Odebrałam z uśmiechem, pewna, że dzwoni powiedzieć, iż utknął w korku.
– Cześć kochanie, już jedziesz? – zapytałam, poprawiając kolczyk.
– Ewelina... słuchaj, jest problem – jego głos był napięty, ale nie brzmiał przepraszająco. Raczej rzeczowo.
– Co się stało? Wypadek?
– Nie, nie. Jestem u Jacka. Wiesz, tego od nas z działu logistyki.
– U Jacka? – powtórzyłam tępo. – Ale po co? Mamy rezerwację za półtorej godziny.
– Wiem, pamiętam. Ale słuchaj, on robi ten remont kuchni, o którym ci mówiłem. I wyobraź sobie, że pękła im rura przy podłączaniu zmywarki, zalewa ich, a hydraulik nie odbiera. Facet jest sam, panikuje, nie ma narzędzi. Muszę mu pomóc to ogarnąć.
Zamarłam. Patrzyłam na swoje odbicie w lustrze – czerwona szminka, starannie ułożone włosy, błysk w oku, który właśnie gasł.
– Marek... dzisiaj są Walentynki. Ja jestem gotowa. Czekam na ciebie. Nie może zadzwonić po pogotowie hydrauliczne?
– Ewelina, nie bądź dziecinna. To awaria. Przecież nie zostawię kumpla z wodą po kostki. To zajmie chwilę, zakręcimy zawór, osuszymy i przyjadę. Ale na 19:00 nie zdążymy. Odwołaj stolik, zamówimy pizzę jak wrócę.
„Zamówimy pizzę”. Te słowa uderzyły mnie mocniej niż policzek.
– Pizzę? – mój głos drżał. – Marek, ja kupiłam sukienkę. Ja chciałam spędzić z tobą czas.
– O Jezu, nie rób scen. To tylko kolacja. Nadrobimy w weekend. Muszę kończyć, Jacek lata ze ścierkami. Pa.
Rozłączył się. Stałam tak z telefonem przy uchu, słuchając głuchej ciszy. Wewnątrz mnie coś pękło. To nie był smutek. To była wściekłość wymieszana z potwornym upokorzeniem.
Dolała oliwy do ognia
Usiadłam na brzegu łóżka w mojej pięknej sukience i poczułam się jak klaun, który wystroił się na przedstawienie, a publiczność poszła do domu. Odwołałam rezerwację. Recepcjonistka była miła, ale w jej głosie słyszałam litość. Zadzwoniłam do siostry, Magdy. Musiałam to z siebie wyrzucić.
– Żartujesz sobie? – Magda prawie krzyknęła do słuchawki. – Zostawił cię w Walentynki, żeby naprawiać rurę u kumpla? Ewelina, błagam cię. Ty w to wierzysz?
– No... tak powiedział. Znam Jacka, to ten wysoki, co był u nas na grillu latem.
– Rura. W Walentynki. Akurat teraz – Magda prychnęła. – Facetom pękają rury albo psują się samochody zawsze wtedy, kiedy nie chcą czegoś zrobić. Albo kiedy mają coś do ukrycia.
– Sugerujesz, że on mnie zdradza? – poczułam ścisk w żołądku.
– Nie mówię, że zdradza. Ale mówię, że to śmierdzi. Może ten Jacek ma na imię Justyna? A może po prostu woli towarzystwo kolegów i piwo niż romantyczną kolację z własną żoną, co w sumie jest równie beznadziejne. Sprawdź to.
– Co mam sprawdzić?
– Gdzie on jest. Masz adres tego Jacka?
– Wiem, gdzie mieszka. Na osiedlu Kwiatowym, kiedyś go podwoziliśmy.
– No to wsiadaj w auto i jedź. Jeśli faktycznie lata ze ścierką, to wrócisz do domu i poczekasz na pizzę. A jak go tam nie ma... to przynajmniej będziesz wiedziała, na czym stoisz.
Rozłączyłam się z mieszanymi uczuciami. Śledzenie męża było poniżej mojej godności, ale siedzenie w domu i gapienie się w ścianę było jeszcze gorsze. Chciałam zrozumieć, co jest ważniejsze ode mnie. Zmyłam makijaż – łzy i tak by go zrujnowały. Przebrałam się w dżinsy, a czerwona sukienka wylądowała na dnie szafy, zwinięta w kulkę. Czułam do niej obrzydzenie.
Czy on mnie okłamuje?
Droga na osiedle Kwiatowe zajęła piętnaście minut. W głowie układałam scenariusze, a każdy bolał inaczej. Czy kłamie i jest w hotelu z inną? Czy siedzą z Jackiem, piją i śmieją się z bab czekających w domu? A może faktycznie jest awaria, a ja jestem histeryczką? Zaparkowałam dwie kamienice dalej. Serce waliło mi jak młotem. Czułam się jak złodziej. „Co ja robię?” – pytałam samą siebie. „Mam 34 lata i bawię się w detektywa”.
Podeszłam pod blok. Wiedziałam, że Jacek mieszka na parterze. Okna wychodziły na ulicę. Było ciemno, ale w mieszkaniu paliło się ostre, techniczne światło. Żaluzje nie były zaciągnięte. Stanęłam za żywopłotem, marznąc w lutowy wieczór. Zajrzałam do środka. Wnętrze wyglądało jak po wybuchu – kartony, folie, wiadra. Faktycznie remont. I wtedy zobaczyłam Marka.
Mój mąż, w dobrej koszuli wyprasowanej rano do pracy, klęczał na podłodze z podwiniętymi rękawami. Obok stał Jacek – w dresie, z piwem w ręku, żywo gestykulując. Marek nie wyglądał na kogoś, kto ratuje świat przed potopem. Nie widziałam wody. Nie widziałam paniki. Widziałam za to Marka z wiertarką w dłoni. Wstał, podszedł do ściany, zaczął mierzyć. Śmiali się. Jacek poklepał go po plecach, podał otwarty napój. Marek wziął łyk, odstawił ją na parapet i wrócił do skręcania szafki.
To nie była awaria hydrauliczna. To była zwykła, koleżeńska pomoc w remoncie. Mój mąż odwołał naszą walentynkową kolację, moje przygotowania i starania... żeby skręcać meble z kumplem.
Patrzyłam na to i czułam, jak złość ustępuje miejsca totalnej beznadziei. Gdyby tam była inna kobieta, mogłabym zrobić awanturę. Byłaby pasja, emocja. Ale tu? Tu była po prostu obojętność wobec mnie. Wybrał wiertarkę, kurz i towarzystwo kolegów, bo to było dla niego łatwiejsze. Tam czuł się potrzebny w prosty sposób. W domu czekała żona z oczekiwaniami, z potrzebą rozmowy i bliskości – to wymagało wysiłku. Skręcenie szafki było proste.
Stałam tam jeszcze przez pięć minut. Widziałam, jak Marek zdejmuje zegarek – ten sam, który dałam mu na rocznicę – i kładzie go ostrożnie obok puszki z piwem. Wyglądał na zrelaksowanego. Szczęśliwszego niż przez ostatnie pół roku w domu. Zrozumiałam swój błąd. Nie polegał na wyborze złej sukienki czy restauracji. Łudziłam się, że dla Marka wciąż jestem priorytetem, kimś, dla kogo warto zrezygnować z „fuchy”. A prawda była taka, że stałam się opcją rezerwową. Kimś, kto poczeka, zrozumie i wybaczy.
Powrót do pustego domu
Wróciłam do samochodu na miękkich nogach. Nie weszłam tam, nie zrobiłam sceny. Co miałabym powiedzieć? „Zostaw ten śrubokręt i kochaj mnie”? To byłoby żałosne. W domu zgasiłam świece, schowałam wino. Zamówiłam pizzę – dla siebie. Zjadłam dwa kawałki, tępo patrząc w telewizor. Marek wrócił po 22:00. Brudny, śmierdzący pyłem i piwem. Wszedł do salonu z uśmiechem bohatera.
– Uff, ale robota – westchnął, rzucając się na fotel. – Mówię ci, masakra. Ledwo to ogarnęliśmy. Ale Jacek uratowany.
Spojrzał na mnie. Siedziałam w dresie, bez makijażu.
– A ty co? Już śpisz? – zapytał zdziwiony. – Myślałem, że posiedzimy chwilę.
– Rura? – zapytałam cicho, nie patrząc na niego.
– Co? A, tak. No wiesz, zawór puścił, ale przy okazji okazało się, że szafkę trzeba zdjąć, żeby się dostać, a potem złożyć z powrotem... Kupa roboty.
Kłamał. Kłamał mi w żywe oczy, nawet nie mrugając. Nie było żadnej awarii. Po prostu Jacek poprosił go o pomoc, a Marek wolał skłamać żonie w Walentynki, niż odmówić koledze.
– Jesteś głodna? – zapytał, ignorując moje milczenie. – Może jednak zamówimy coś?
– Nie – wstałam. – Jestem zmęczona. Idę spać.
– Ewelina, no weź... nie dąsaj się. Przecież to była sytuacja awaryjna. Nie mogłem go zostawić.
Zatrzymałam się w progu sypialni. Odwróciłam się i spojrzałam na mężczyznę, którego kiedyś kochałam do szaleństwa.
– Wiesz co, Marek? – powiedziałam spokojnie, zbyt spokojnie. – Najgorsze nie jest to, że tam pojechałeś. Najgorsze jest to, że dla ciebie ja zawsze jestem tą osobą, która jest na drugim planie. Którą można przełożyć na inny termin. Jak wizytę u dentysty.
– Przesadzasz – machnął ręką. – To tylko jeden wieczór.
– Nie. To całe nasze życie w pigułce. Widziałam cię dzisiaj. Byłam tam.
Zamarł. Jego ręka z pilotem zawisła w powietrzu.
– Byłaś gdzie?
– Pod oknem Jacka. Widziałam was. Widziałam piwo, śmiechy i skręcanie mebli. Nie widziałam żadnej powodzi. Widziałam męża, który woli zabawę w budowlańca z kolegą niż wieczór z żoną.
W pokoju zapadła cisza. Ta sama, która niszczyła nas od lat, ale teraz gęsta od kłamstwa, które wyszło na jaw. Marek otworzył usta, pewnie by wymyślić kolejne usprawiedliwienie, ale nie dałam mu szansy.
– Nie tłumacz się – przerwałam mu. – Po prostu idź się umyć. Śmierdzisz kłamstwem bardziej niż tym pyłem.
Zamknęłam drzwi do sypialni i przekręciłam klucz w zamku. To był pierwszy raz, kiedy odcięłam się od niego fizyczną barierą. Położyłam się, ale nie płakałam. Czułam chłód i spokój. Walentynki się skończyły, a wraz z nimi moje złudzenia. Marek spał na kanapie. Rano wyszedł do pracy, zanim wstałam. Na stole w kuchni zostawił kartkę: „Przepraszam. Wynagrodzę ci to”.
Patrzyłam na te słowa i nic nie czułam. Remont u kolegi był ważniejszy. Kolega był ważniejszy. Ja byłam tylko tłem. W te Walentynki zrozumiałam, że nie chcę być już statystką we własnym małżeństwie. Jeśli on nie zacznie o mnie walczyć, ten remont w naszym życiu skończy się wyburzeniem wszystkiego do fundamentów. Na razie milczę i czekam na jego ruch. Ale czerwonej sukienki już nie założę. Nie dla niego.
Ewelina, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W tłusty czwartek poszliśmy z teściami do kawiarni. Zrobili taki cyrk, że nawet smak pączków nie osłodził tej żenady”
- „Myślałem, że walentynki uratują moje małżeństwo. Zamiast tego zobaczyłem, kim naprawdę jest moja żona”
- „W tłusty czwartek synowa upiekła fit pączki z bitą śmietaną. W głowie mi się nie mieści, że można tak zbrukać tradycję”

