„Liczyłam, że tłusty czwartek spędzę miło przy kawie i faworkach. Jednak przytyki teściowej skutecznie odebrały mi apetyt”
„Chciałam tylko, żeby ten jeden dzień był idealny, żeby udowodnić, że potrafię zadbać o domowe ognisko równie dobrze, jak ona. Nie sądziłam, że mała zmiana w przepisie na faworki stanie się symbolem mojej życiowej porażki, a jedno zdanie wypowiedziane przy stole, niby mimochodem, przekreśli lata moich starań o akceptację”.

- Redakcja
Zapach rozgrzanego tłuszczu miał zwiastować święto, a przyniósł awanturę, której nikt się nie spodziewał. Chciałam tylko, żeby ten jeden dzień był idealny, żeby udowodnić, że potrafię zadbać o domowe ognisko równie dobrze, jak ona. Nie sądziłam, że mała zmiana w przepisie na faworki stanie się symbolem mojej życiowej porażki, a jedno zdanie wypowiedziane przy stole, niby mimochodem, przekreśli lata moich starań o akceptację.
Faworki to trzeba umieć zrobić
Kuchnia po remoncie wciąż pachniała nowością. Białe, lakierowane fronty szafek lśniły w słońcu wpadającym przez szerokie okno, a wielka wyspa na środku aż prosiła się o kulinarne eksperymenty. Kiedy planowaliśmy z Tomkiem ten remont, marzyłam o chwilach takich jak ta – Tłusty Czwartek, mąka w powietrzu, śmiech i ciepło bijące od piekarnika. Chciałam stworzyć dom, który będzie nasz, ale jednocześnie otwarty na tradycję.
Teresa, moja teściowa, od początku patrzyła na te zmiany z nieukrywanym sceptycyzmem. Dla niej wyrzucenie starego, dębowego kredensu, który pamiętał czasy jej ślubu, było nie do pomyślenia. Nawet jeśli drzwiczki się nie domykały, a szuflady zacinały, dla niej był to symbol trwałości. Moja nowoczesna indukcja zamiast gazowej kuchenki budziła w niej wręcz fizyczny wstręt.
Mimo tych napięć, postanowiłam, że w tym roku Tłusty Czwartek odbędzie się u nas. Do tej pory zawsze jeździliśmy do niej, gdzie w ciasnej kuchni smażyła góry pączków i chruścików, nie pozwalając nikomu się dotknąć. Tym razem, jako że spodziewałam się dziecka – o czym jeszcze nikomu nie powiedzieliśmy – chciałam przejąć pałeczkę. Chciałam pokazać, że jestem gotowa być matką i panią domu. Zaprosiłam ją tydzień wcześniej. Zgodziła się, choć w jej głosie wyczułam nutę wyzwania.
– Dobrze, Marzenko, przyjadę – powiedziała przez telefon. – Ale faworki to trzeba umieć zrobić. To nie jest ciasto na proszku, co się wrzuci i samo rośnie.
– Wiem, mamo. Zrobimy razem – zapewniłam, czując ścisk w żołądku.
Problem polegał na tym, że Teresa nigdy nie spisała przepisu. Wszystko robiła „na oko” i „na czucie”. Kiedy poprosiłam o proporcje, usłyszałam tylko: „Tyle mąki, ile zabierze śmietana, i tyle żółtek, żeby było żółte”. Dla mnie, osoby lubiącej precyzję i wagi kuchenne, to był koszmar. Dlatego postanowiłam zabezpieczyć się technologią. Znalazłam przepis w internecie. Tysiące pozytywnych komentarzy, zdjęcia idealnych, kruchych faworków z bąblami powietrza. Co mogło pójść nie tak?
W naszej rodzinie zawsze robiło się inaczej
Teresa pojawiła się w drzwiach punktualnie o dziesiątej rano. Przyniosła ze sobą swój fartuch – ten sam, w kratkę, który nosiła od dwudziestu lat – oraz własny wałek do ciasta.
– Ten twój silikonowy to się do niczego nie nadaje – oznajmiła na wstępie – Ciasto musi czuć drewno.
Westchnęłam w duchu, ale uśmiechnęłam się szeroko. Tomek był w pracy, więc ja musiałam znosić jej narzekanie sama. Wyjęłam składniki: najlepszą mąkę, wiejską śmietanę, którą kupiłam specjalnie na targu, jajka od kur z wolnego wybiegu.
–Tu ten przepis, który znalazłam, w internecie – wyjaśniłam, pokazując jej ekran tabletu.
Teresa spojrzała na tablet zdziwiona.
– Dziecko, rzuć ten przepis w kąt. W naszej rodzinie zawsze robiło się inaczej.
– Ale mamo, ten przepis ma świetne opinie... – próbowałam się bronić.
– Opinie obcych ludzi z internetu – prychnęła, wiążąc fartuch. – No dobrze, rób jak chcesz. To twoja kuchnia, twoje garnki. Ja będę tylko patrzeć.
To „rób jak chcesz” brzmiało gorzej niż otwarta krytyka. To była pułapka. Wiedziałam, że cokolwiek teraz zrobię, będzie poddane surowej ocenie. Mimo to, postanowiłam trzymać się planu. Zaczęłam zagniatać ciasto. Było elastyczne, gładkie, idealne. Czułam dumę, gdy pod moimi dłońmi formowała się żółta kula. Ale teściowa i tak kiwała głową z dezaprobatą.
– Źle je robisz – skomentowała Teresa, popijając herbatę. – Daj mi to.
Zanim zdążyłam zaprotestować, zsunęła się z krzesła, odepchnęła od blatu i przejęła wałek.
– Widzisz? – powiedziała – ciasto musi wiedzieć, kto tu rządzi.
Patrzyłam na nią i nagle zrobiło mi się jej żal. Ta kuchnia, ten wałek, to gotowanie – to było jej królestwo. Jedyna strefa wpływów, jaka jej została po śmierci męża i wyprowadzce syna. A ja, z moją indukcją i tabletem, odbierałam jej to kawałek po kawałku.
Czułam się jak na egzaminie
Kiedy przyszło do wałkowania i wycinania, atmosfera zgęstniała jeszcze bardziej. Moje faworki, wycinane radełkiem, były równe, niemal identyczne. Teresa kręciła głową.
– Za cienkie. Zostanie z nich wiór – mruczała pod nosem. – I za szerokie paski. Powinny być zgrabniejsze.
– Mamo, robię według instrukcji. Mają być cienkie jak papier, żeby były chrupiące – tłumaczyłam cierpliwie, choć ręce zaczynały mi drżeć.
– Instrukcja, instrukcja... Kiedyś instrukcją był smak i oko, a nie ekran.
Rozgrzałam smalec w szerokim garnku. Zapach topionego tłuszczu wypełnił dom. To był ten moment. Wrzuciłam pierwszą partię. Ciasto natychmiast wypłynęło na wierzch, pokrywając się tysiącem drobnych bąbelków. Wyglądały pięknie. Złociste, pękate, lekkie. Wyjmowałam je na ręcznik papierowy, a potem obficie posypywałam cukrem pudrem. Teresa nie odezwała się ani słowem podczas smażenia. Stała obok, obserwując każdy mój ruch. Czułam się jak na egzaminie, gdzie najmniejszy błąd oznacza dyskwalifikację. Gdy skończyłyśmy, na stole piętrzył się wielki półmisek faworków. Wyglądały jak z okładki magazynu kulinarnego. Byłam z siebie niesamowicie dumna. Udało się. Mimo komentarzy, mimo innej mąki – zrobiłam to. Około szesnastej wrócił Tomek. Wszedł do domu i od razu zaciągnął się zapachem.
– O rany, ale pachnie! – zawołał, zrzucając buty. – Moje ulubione ciastka. Czego chcieć więcej?
Wszedł do kuchni, przywitał się i powiedział pełen entuzjazmu:
– Wyglądają obłędnie – powiedział, sięgając po jeden jeszcze przed obiadem.
– Czekaj! – powstrzymałam go. – Zjemy normalnie, przy kawie. Nie psuj sobie apetytu.
Nakryłam do stołu w jadalni. Wyjęłam nową zastawę, którą kupiliśmy miesiąc temu – nowoczesną, minimalistyczną, w kolorze grafitu. Widziałam, jak Teresa przesuwa palcem po krawędzi talerzyka, jakby sprawdzała, czy nie jest wyszczerbiony. Brakowało jej tych złoceń i kwiatków, do których była przyzwyczajona.
Ty już zapomniałeś, jak smakuje prawdziwy dom
Usiedliśmy. Tomek był w świetnym humorze, opowiadał o awansie kolegi z pracy i planach na weekend. Ja nalewałam kawę, starając się, żeby ręka mi nie zadrżała. Czułam, że nadchodzi moment sądu. Teresa wzięła faworka do ręki. Obejrzała go z każdej strony, jakby szukała ukrytej wady. Potem ugryzła. Chrupnięcie było głośne, wyraźne. Ciasto rozprysło się, sypiąc cukrem pudrem na grafitowy talerzyk. Tomek jadł już trzeciego.
– Pyszne, kochanie! – powiedział z pełnymi ustami. – Naprawdę super ci wyszły. Kruche, delikatne. Mamo, prawda, że dobre?
Wstrzymałam oddech. Spojrzałam na teściową. Przeżuwała powoli, z kamienną twarzą. Odłożyła niedojedzony kawałek na talerzyk, otarła usta serwetką i poprawiła okulary.
– Inne – powiedziała krótko.
– Jak to inne? – zapytał Tomek, nie wyczuwając nadchodzącej burzy. – Faworki to faworki.
– Nie, synku – Teresa pokręciła głową, patrząc nie na mnie, ale gdzieś w przestrzeń, jakby widziała duchy przeszłości. – Są za suche i nie mają idealnego kształtu.
– Ja tam nie widzę różnicy, dobrze, że smakują – wzruszył ramionami Tomek.
– Bo ty już zapomniałeś, jak smakuje prawdziwy dom – odparła, a jej głos stwardniał.
Spojrzała na mnie, a w jej oczach zobaczyłam dziwną mieszankę triumfu i smutku. Rozejrzała się po naszej nowoczesnej jadalni, po szarych ścianach, po designerskiej lampie wiszącej nad stołem.
– Wiesz, Marzenko – zaczęła, a każde słowo ważyła jak złoto. – Pięknie tu macie. Czysto, nowocześnie. Jak w laboratorium. Ale te faworki to dowód na to, co czuję od dawna. W tym domu nic już nie smakuje jak dawniej. Nie ma tu serca, jest tylko przepis z internetu.
Zapadła cisza. Taka, która dzwoni w uszach. Tomek przestał żuć. Spojrzał na matkę z niedowierzaniem, a potem na mnie. Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. To nie była krytyka wypieku. To była ocena mnie jako żony, gospodyni, a wkrótce matki. To było stwierdzenie, że wszystko, co budujemy, jest sztuczne, gorsze, pozbawione wartości.
Tworzymy własne wspomnienia
– Mamo, przesadzasz – powiedział w końcu Tomek, ale jakoś tak cicho, bez przekonania. Nie chciał konfliktu.
– Nie przesadzam – ciągnęła Teresa, nakręcając się. – Kiedyś kuchnia była sercem domu. Teraz to jest... miejsce pracy. Wszystko na szybko, z tabletu, byle jak, byle wyglądało na zdjęciu. Tradycja się nie liczy.
Wstałam. Nogi miałam jak z waty, ale wiedziałam, że jeśli teraz nic nie powiem, to to zdanie zostanie z nami na zawsze. Będzie wisieć nad każdym obiadem, każdą wigilią, każdym świętem.
– Myli się mama – powiedziałam drżącym głosem.
Teresa spojrzała na mnie zaskoczona. Rzadko jej się sprzeciwiałam.
– Słucham?
– Myli się mama – powtórzyłam głośniej. – Te faworki smakują inaczej, bo to są moje faworki. Nie mamy. Nie babci Jasi. Moje. I ten dom też jest inny, bo jest nasz. Tworzymy własne wspomnienia.
– Dziecko, ty nie rozumiesz... – zaczęła protekcjonalnie.
– Rozumiem doskonale – przerwałam jej. – Boi się mama, że jeśli zmienimy przepis, to zapomnimy o mamie. Że jeśli kupimy nowe talerze, to te stare przestaną być ważne. Ale to nieprawda. Szanuję tradycję, dlatego zaprosiłam mamę dzisiaj. Ale nie pozwolę, żeby obrażała mama mój dom i moje starania tylko dlatego, że mój przepis na faworki jest inny. To niesprawiedliwe.
Tomek patrzył na mnie z podziwem, którego dawno nie widziałam w jego oczach. Teresa siedziała nieruchomo, z otwartymi ustami. Chyba nikt nigdy tak do niej nie mówił. Zawsze wszyscy ustępowali dla świętego spokoju.
Dzisiaj wygrałam coś ważnego
Teściowa milczała przez dłuższą chwilę. Atmosfera była tak gęsta. W końcu Teresa westchnęła ciężko, a jej ramiona opadły. Nagle wydała mi się o wiele starsza i mniejsza.
– Nie miałam zamiaru cię obrazić – powiedziała cicho, wpatrując się w swoje dłonie. – Po prostu...czuję się ostatnio mniej ważna, przynajmniej w kuchni wydawało mi się, że mam jeszcze nad czymś kontrolę.
Spojrzałam na nią z nowym zrozumieniem. Jej krytyka nie wynikała z faktu, że moje faworki były złe. Wynikała z tego, że dalej chciała być w centrum uwagi. Teresa wzięła kolejnego faworka. Ugryzła. Tym razem nie szukała wad. Zamknęła oczy.
– Twoje faworki są dobre, muszę to w końcu przyznać – powiedziała po chwili.
Tomek chwycił moją dłoń pod stołem i ścisnął ją mocno. Teresa spojrzała na mnie. W jej oczach nie było już złości, tylko jakiś rodzaj akceptacji. Przysunęła sobie talerzyk bliżej.
– Ale następnym razem, jak będziesz robić pączki, to jednak przyjdę i popatrzę. Bo z pączkami to już internet ci nie pomoże, tam trzeba czuć drożdże pod palcami – dodała, nie mogąc powstrzymać się od ostatniego słowa.
Roześmiałam się. Napięcie opadło. Wiedziałam, że nie staliśmy się nagle idealną rodziną z reklamy. Wiedziałam, że jeszcze nie raz usłyszę uwagi na temat moich metod wychowawczych, sprzątania czy gotowania. Ale dzisiaj wygrałam coś ważnego. Prawo do bycia sobą we własnej kuchni.
Marzena, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W tłusty czwartek robiłem remont kuchni u teściowej. Zamiast słodkich pączków dostałem gorzkie żale i pretensje”
- „W tłusty czwartek synowa przyniosła pączki z marketu. Niech sobie nie myśli, że pozwolę jej to postawić na moim stole”
- „Myśleliśmy, że babcia nasmaży pączków w tłusty czwartek. Nikomu nie przyszło do głowy, że ma dosyć stania przy garach”

