Reklama

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz naprawdę rozmawialiśmy — tak bez pośpiechu, nie przy kolacji, której nawet nie kończyliśmy razem, bo ktoś musiał jeszcze „coś sprawdzić” na komputerze. Ja byłam wiecznie zmęczona, on z kolei wiecznie zajęty. Od miesięcy funkcjonowaliśmy bardziej jak współlokatorzy niż małżeństwo. Dlatego kiedy Adam powiedział, że zarezerwował ferie w górach, poczułam się, jakby wreszcie ktoś mnie zauważył. W mojej głowie od razu pojawiły się obrazy: śniadania do łóżka, wieczorne spacery w śniegu, rozmowy przy winie, może nawet… trochę czułości. Marzyłam o tym, żeby znów poczuć się jego żoną. Nie współpracowniczką w projekcie pod tytułem „życie codzienne”.

Mam dla ciebie niespodziankę — powiedział z uśmiechem i wręczył mi kopertę z rezerwacją.

Pensjonat w górach, klimatyczny pokój z kominkiem, śniadania w cenie. Nie miałam pojęcia, że największą „niespodziankę” poznam dopiero na miejscu. Pakując się, czułam coś na kształt nadziei. Jakby tych kilka dni miało odmienić wszystko. Spakowałam sweter, który Adam lubił, książkę o miłości, której nigdy nie miałam odwagi czytać, i tę koronkową bieliznę, którą kiedyś uwielbiał. Jeszcze nie wiedziałam, że ten wyjazd nauczy mnie, jak bardzo można się pomylić, kochając nie tego mężczyznę, co trzeba.

Wbiłam wzrok w ziemię

Śnieg skrzypiał pod butami, kiedy wysiedliśmy z auta. Powietrze było czyste, zimne i pachniało drewnem. Gdyby ktoś mi wtedy zrobił zdjęcie, uchwyciłby kobietę z szerokim uśmiechem — naiwnie szczęśliwą. Właśnie tak się czułam. Do momentu, gdy usłyszałam znajomy głos:

— Ale się rozciągnęłam. Plecy mnie zabiły po tej jeździe — jęknęła Teresa, matka Adama, wysiadając ze swojego auta i rozprostowując nogi.

Zamarłam. Dosłownie. Miałam wrażenie, że ziemia zadrżała pod moimi nogami, mimo że przecież miałam pod nimi masę śniegu. Stałam obok samochodu, patrząc jak Adam wyjmuje jej walizkę z bagażnika.

— Adam… co to ma być? — wydukałam.

— No przecież mówiłem, że mama potrzebuje odpoczynku — odpowiedział, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.

— Nie. Nie mówiłeś.

— Myślałem, że się domyślisz. No, nie bądź taka. I tak będziemy mieli czas dla siebie — dodał tym swoim łagodnym tonem, którym zwykle mnie rozbrajał.

— Nie przejmuj się, Klaro — rzuciła Teresa, mijając mnie. — Ja wam nie będę przeszkadzać… jeśli w ogóle będziecie mieli o czym rozmawiać.

Wbiłam wzrok w ziemię. Bolało. Jakby ktoś jednym zdaniem sprawił, że przestałam istnieć. Tego wieczoru siedzieliśmy we trójkę przy stole. Teresa narzekała na jedzenie, że niedosolone, że trochę jak szpitalne, Adam potakiwał, a ja dźgałam widelcem ziemniaka, udając, że wszystko jest w porządku. Tylko że nie było. Bo to miały być nasze ferie. Nasze śniadania, nasze rozmowy. A ja właśnie zrozumiałam, że nawet tutaj, w górach, nie jestem dla niego pierwsza.

Wszystko kręciło się wokół niej

Dwa dni — tyle wystarczyło, żebym poczuła się jak niechciany gość we własnym małżeństwie.

— Klaro, dziś idziemy na kulig! Mama znalazła świetną ofertę — oznajmił Adam z entuzjazmem, jakby planował randkę życia.

— My? — zapytałam, unosząc brwi.

— No przecież fajnie będzie! Konie, śnieg, ognisko… — dodał, nie dostrzegając chyba mojej miny.

A ja już widziałam, jak to będzie wyglądać: Teresa opatulona w kożuch, zajmująca całe sanie swoją obecnością, komenderująca, dokąd jedziemy, kiedy siadamy, z kim rozmawiamy. I Adam, uśmiechnięty jak chłopczyk, który chce, żeby mama była dumna. I tak właśnie było.

Następnego dnia, gdy Teresa wybierała nam trasę na spacer, a Adam z zachwytem czytał opinie o restauracjach, które koniecznie musimy odwiedzić, nie wytrzymałam.

— Czy to są nasze ferie, czy twoje wakacje z mamusią? — zapytałam, próbując nie krzyczeć.

— Nie przesadzaj. Przecież jesteśmy razem. Masz jakiś problem z moją matką?

— Mam problem z tym, że nie umiesz jej powiedzieć nie. — Głos mi zadrżał.

Nic nie powiedział, a ja poczułam, że coś we mnie pękło. Było we mnie więcej frustracji, niż chciałam się przyznać. Każda rozmowa, każdy posiłek — wszystko kręciło się wokół niej. A ja byłam dodatkiem. Kimś, kogo się toleruje. Wróciliśmy do pensjonatu w ciszy. Teresa przywitała nas pytaniem, czy może włączyć telewizor głośniej, bo akurat leci jej ulubiony serial. A ja usiadłam na brzegu łóżka i zrozumiałam, że nawet w tej ciszy nie jestem słyszana.

Spojrzeli na mnie jak na intruza

Zeszłam po kubek herbaty. W nocy, bo nie mogłam spać. Wciąż miałam przed oczami twarz Adama — tę ze zrezygnowaną minę, gdy powiedział „nie przesadzaj”. Mój mąż, mój partner, który przez cały wyjazd ani razu nie zapytał, jak ja się czuję. Stanęłam w korytarzu i wtedy usłyszałam ich głosy.

Ona nie pasuje do ciebie, Adasiu — powiedziała Teresa. Jej głos był spokojny, miękki, ale podszyty czymś ostrym.

— Mamo, nie zaczynaj znowu.

Mówię tylko to, co widzę. Odsunęła cię ode mnie. Przez nią prawie się nie widujemy. Ona nie rozumie naszej więzi.

Zamarłam. Oparłam się o ścianę, próbując utrzymać równowagę. A więc to tak. To nie tylko wakacyjna pomyłka. To system. Układ. A ja byłam przeszkodą w ich duecie.

— Mamo, nie o to chodzi… Klarze po prostu trudno się odnaleźć. — Adam brzmiał, jakby tłumaczył dziecko.

Nie wytrzymałam. Weszłam do salonu. Spojrzeli na mnie jak na intruza.

— Trudno się odnaleźć? Ja po prostu chciałam trochę ciebie dla siebie. Czy to naprawdę za dużo?

— Klaro… — Adam podszedł do mnie, ale się cofnęłam.

— Widziałam, jak na mnie patrzycie. Jakby mnie tu nie było. Jakbym miała się zadowolić resztkami waszego wspólnego czasu. Ale ja już nie jestem dziewczynką, która się godzi na ochłapy.

— Wiedziałam, że będziesz problemem — wtrąciła Teresa lodowato. — Taka sztuczna, wyrachowana.

— Nie kłóćcie się… — Adam rozejrzał się bezradnie. — To nie miało tak wyglądać.

Ale wyglądało właśnie tak.

— Wiesz co? Może czas w końcu dorosnąć i wybrać, Adam. Albo jesteś mężem, albo synkiem mamusi.

Zapanowała cisza. Taka, która wisi w powietrzu jak grzmot przed burzą. A ja poczułam, że jeśli teraz nie postawię granicy, to już nigdy nie będę miała w tym małżeństwie głosu.

Spojrzałam w niebo

Nie wybrał. Stał w salonie z opuszczonymi rękami, jakby nie wiedział, co z nimi zrobić. Czekałam. Naprawdę czekałam, aż powie: „Masz rację. Przepraszam. Zostańmy sami”. Ale on milczał. A Teresa, zadowolona z jego ciszy, tylko poprawiła sobie poduszkę na fotelu i westchnęła teatralnie.

— Miałam rację — mruknęła do siebie, ale wystarczająco głośno, bym to usłyszała.

Wróciłam do pokoju. Spakowałam rzeczy w ciszy jak automat. Nie płakałam. Nie rzucałam walizką. Po prostu składałam ubrania, jakby to był zwykły dzień, zwykły powrót. Tylko w środku czułam coś ciężkiego, zimnego. Zostawiłam Adamowi krótką wiadomość na stole: Muszę się przewietrzyć.

Szłam przed siebie po ośnieżonych uliczkach miasteczka. Mijali mnie ludzie z dziećmi, z sankami, z termosami. Śmiali się. A ja czułam, jakby moje życie właśnie zawiesiło się w próżni. Bez dźwięku. Bez koloru. Usiadłam na ławce przy rynku. Wyjęłam telefon i zadzwoniłam do Oli, mojej przyjaciółki.

— Nie wiem, czy wrócę do tego domku. Do tego życia — powiedziałam cicho.

— A on w ogóle zasługuje, żebyś wracała? — zapytała bez wahania.

Milczałam. Nie znałam odpowiedzi. A może po prostu bałam się ją wypowiedzieć na głos. Spojrzałam w niebo, które zasnuwały ciężkie chmury. Przypomniałam sobie nasz pierwszy wspólny wyjazd — jak Adam trzymał mnie wtedy za rękę i mówił, że jestem jego domem. A teraz? Teraz ten dom miał ściany z lodu, przez które nie potrafiłam się przebić. Wstałam z ławki i ruszyłam z powrotem w stronę pensjonatu. Nie po to, by wrócić, tylko po swoje rzeczy. Po resztki godności.

To ja podjęłam decyzję

Wróciłam, kiedy już zaczynało się ściemniać. Drzwi były uchylone. Weszłam cicho, nie spodziewając się niczego poza niezręcznością. Adam siedział w kuchni, w tej samej bluzie, w której go zostawiłam. Przy stole stał kubek z niedopitą herbatą. Teresa krzątała się obok jak u siebie, rozpakowując jakieś produkty z siatki – widocznie zdążyła jeszcze pójść do sklepu. Zatrzymałam się w progu.

— Ja tylko po rzeczy — powiedziałam.

Adam poderwał się, jakby właśnie na to czekał.

— Klaro, proszę… możemy porozmawiać?

— Myślę, że powiedzieliśmy już sobie wszystko — odparłam. — Ty milczeniem, a ja słowami.

— Ale… to wszystko wymknęło się spod kontroli. Może… po prostu przesadziliśmy.

Zerknęłam na niego. Zmęczony, zagubiony, może nawet przejęty, ale nadal chłopiec, który nie umie się przeciwstawić mamie.

— Nie. Po prostu ty nigdy nie dorosłeś.

Teresa chciała coś wtrącić, już otwierała usta, ale tylko uniosłam dłoń.

— Nie, proszę. Jedno zdanie więcej i naprawdę wyjdę, nie zabierając walizek.

Zamilkła. Adam zrobił krok w moją stronę, ale się cofnęłam.

— Wracam do miasta. Jadę wcześniej. Sama.

Zabrałam walizkę, szalik i książkę, której nie zdążyłam przeczytać. Wyszłam bez pocałowania go na pożegnanie. Po raz pierwszy to ja podjęłam decyzję. Nie na próbę, nie jako szantaż emocjonalny, po prostu z troski o siebie. Wsiadłam do auta i ruszyłam w dół. Przez chwilę ogarnęło mnie uczucie pustki. Ale zaraz potem pojawiło się coś nowego: spokój. Ulgę. Cichy głos w środku, który szeptał: To dobrze. W końcu wybrałaś siebie.

Klara, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama