Reklama

Zawsze byłam realistką. Zorganizowaną, poukładaną do granic możliwości. Taka księgowa z krwi i kości – nie tylko z zawodu, ale i z charakteru. Gdy planuję wakacje, mam rozpiskę w arkuszu kalkulacyjnym, linki do noclegów, porównane ceny, a na koniec – tabelkę z listą rzeczy do spakowania. Dla niektórych to szaleństwo, dla mnie – spokój ducha.

Tym razem miało być tak samo. Ferie zimowe w Zakopanem, pierwszy tydzień lutego. Narty dla Tomka, kulig dla Oli, gorąca czekolada w kawiarni z widokiem na Giewont. W głowie już widziałam naszą rodzinę wtuloną w siebie w domku z bali – jak z katalogu. Tyle że nasze ostatnie miesiące nijak nie przypominały folderu reklamowego.

Tomek… od jakiegoś czasu był wycofany. Wracał późno, często bez słowa. Wieczorami zamykał się w swoim świecie, z nosem w telefonie, a gdy próbowałam go zagadnąć – reagował nerwowo. Zrzucałam to na stres, na „trudny okres w firmie”. Nie jestem typem, który od razu podejrzewa zdradę, ale zaczęłam się łapać na tym, że coraz częściej analizuję jego ton głosu, spojrzenia, milczenie.

Nie chciałam robić dramatu. Przecież każdy związek ma wzloty i upadki, prawda? A może wspólny wyjazd właśnie nas odbuduje? W końcu Ola tak się cieszyła – rysowała już górskie widoczki w zeszycie i dopytywała, czy będzie mogła mieć różowy kask.

Miałam nadzieję, że te ferie będą czymś więcej niż tylko odpoczynkiem. Że pomogą nam wrócić do siebie. Że jeszcze możemy być razem. I może właśnie dlatego tak bardzo bolało, kiedy rzeczywistość postanowiła wylać mi kubeł zimnej wody na głowę…

Nie chodziło tylko o pieniądze

Zalogowałam się na stronę pensjonatu, wybrałam pakiet z wyżywieniem, zaznaczyłam opcję z wypożyczeniem sprzętu narciarskiego dla Oli, wpisałam dane. Kliknęłam „zarezerwuj” i czekałam, aż system przekieruje mnie do płatności. Wpisałam numer karty, kod zabezpieczający i zatwierdziłam. Komunikat: transakcja odrzucona. Próbowałam jeszcze raz, wolniej, uważniej. To samo.

Zamknęłam komputer i sięgnęłam po telefon. Na infolinii banku musiałam przebrnąć przez kilkanaście opcji zanim usłyszałam głos konsultantki. Po krótkiej weryfikacji podała mi stan konta. Prawie pusty. Miałam ochotę zapytać, czy się nie pomyliła, ale wiedziałam, że nie. Poprosiłam o historię ostatnich transakcji.

– Wypłaty gotówki, każda po dwa tysiące, ostatnia wczoraj – usłyszałam. – Chce pani, żebym wysłała potwierdzenia na maila?

Odmówiłam. Już wiedziałam wystarczająco dużo. Zamknęłam się w sypialni i dopiero tam zadzwoniłam do Tomka. Wcześniej nie chciałam wszczynać awantury przy Oli. Odebrał po kilku sygnałach. Mówiłam spokojnie, rzeczowo, jakbym omawiała raport z pracy.

– Tomek, co to za wypłaty? Konto jest praktycznie puste.

– Firma miała opóźnienia, coś mi się nie zgadzało... Wiesz, jak to jest – burknął. Brzmiał, jakby go to wszystko męczyło.

– Ale to nasze wspólne konto – powiedziałam i po raz pierwszy tego dnia poczułam, że drży mi głos.

– Mówiłem, że jest ciężko. Nie rób z tego tragedii.

Nie odpowiedziałam od razu. Przez chwilę patrzyłam w ciemne okno, widząc w nim tylko swoje odbicie. Próbowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio spojrzał mi prosto w oczy. Rozłączyłam się. Siedziałam długo na brzegu łóżka, z telefonem w dłoni. Pustka na koncie nie bolała mnie tak bardzo jak ton, którym się do mnie odezwał. Było w nim zniecierpliwienie, chłód. Jakbym mu przeszkadzała. I nagle zrozumiałam – nie chodzi tylko o pieniądze.

Coś przede mną ukrywał

Następnego dnia wstałam wcześniej niż zwykle. Ola jeszcze spała, a Tomek już był poza domem. Podeszłam do laptopa, zalogowałam się do systemu bankowego – przynajmniej próbowałam. Hasło nieprawidłowe. Wpisałam jeszcze raz, potem trzeci. Zablokowany dostęp. Wzięłam głęboki oddech, jakby to miało pomóc. Ktoś je zmienił. A jedyną osobą, która miała do tego dostęp – był mój mąż.

Nie dzwoniłam do niego, nie wysłałam wiadomości. Zamiast tego, pojechałam do pracy wcześniej. Zaparzyłam sobie mocną kawę, przejrzałam kilka tabelek, próbowałam się skupić. Bezskutecznie. Po godzinie zamknęłam komputer i chwyciłam za telefon. Wybrałam numer Iwony, znajomej księgowej z firmy Tomka.

– Hej, Iwona… Mam trochę nietypowe pytanie. W waszej firmie były ostatnio jakieś opóźnienia z wynagrodzeniami?

– Nie… – zawahała się. – Wszystko idzie terminowo. Dlaczego pytasz?

– Tak tylko, z ciekawości – ucięłam. – Dzięki.

– Monika… coś się dzieje?

– Nie, wszystko w porządku.

Odłożyłam telefon i nie ruszałam się z miejsca przez dłuższą chwilę. Nagle zrobiło się cicho. Wmawiałam sobie, że może to tylko jakieś nieporozumienie, może jakieś przeoczenie, ale przecież znałam Tomka. Wiedziałam, kiedy kłamał. Znałam ten jego ton – wyuczony, bezpieczny, niejednoznaczny. Właśnie taki usłyszałam wczoraj.

Patrzyłam przez okno na zaśnieżony parking. Biały krajobraz za szybą nie dawał ukojenia. Zaczęłam liczyć w głowie – ile wypłat, ile oszczędności, ile rat, ile możliwości miał, by nas pogrążyć. Z każdą minutą bardziej rozumiałam, że nie chodzi o chwilowe trudności. On coś przede mną ukrywał.

Poczułam się silna

Około osiemnastej usłyszałam szczęk klucza w zamku. Ola siedziała już w piżamie, oglądała bajkę, a ja z kubkiem zimnej herbaty czekałam w kuchni. Tomek wszedł jak gdyby nigdy nic, z siatkami w rękach. Butelka czerwonego wina, jakieś mięso zapakowane próżniowo, nowy polar, paczka czekoladek dla Oli.

– Zakupy – rzucił i posłał mi uśmiech, który bardziej przypominał grymas.

Patrzyłam na niego bez słowa. Czekałam, aż powie coś jeszcze, zapyta o dzień, może udźwignie temat, który wisiał nad nami od wczoraj. Nic z tego.

Ferie jednak będą – powiedziałam w końcu, patrząc mu prosto w oczy.

– Co…? Jak to?

– Będą, ale pojedziemy tylko we dwie. Ja i Ola.

Zamilkł. Wziął jedną z siatek i zaczął powoli wykładać rzeczy na blat. Unikał mojego wzroku.

– Monika, nie wygłupiaj się. O co ci chodzi?

– Odblokuj konto. I przygotuj się, że jutro zacznę zadawać pytania.

Oparł się o krzesło i tylko pokręcił głową, jakby to wszystko było niepoważne, przesadzone. Nie odpowiedział. Nie zapytał, o co chodzi. Nie zaprzeczył.

Zdziwiło mnie, jak łatwo przeszłam nad tym do porządku dziennego. Żadnej sceny, żadnych łez. Nie krzyczałam. W tej ciszy, w tym chłodzie, który wypełnił mieszkanie, poczułam się silna jak nigdy. Nie miałam jeszcze wszystkich faktów, ale wiedziałam, że właśnie postawiłam granicę.

Nie miałam już siły udawać

Tego wieczoru nie spałam. Chodziłam z pokoju do pokoju, zbierałam rzeczy do walizki. Rzeczy Oli – ciepłe spodnie, kombinezon, skarpety, książeczki, kredki. Moje – najpotrzebniejsze. Nie chciałam zabrać zbyt wiele. Potrzebowałam tylko tego, co wystarczy na kilka dni w Zakopanem. Potrzebowałam dystansu. Ola siedziała na łóżku i patrzyła, jak się pakuję.

– Mamo, a tata jedzie z nami?

Zamarłam na moment, ale nie odwróciłam się. Złożyłam jej piżamkę i włożyłam do bocznej kieszeni torby.

– Nie tym razem, skarbie.

Usiadłam obok niej. Mała przytuliła się do mnie i oparła głowę o moje ramię. Milczała. Była mądrzejsza, niż chciałam przyznać. Nie zadawała więcej pytań. Położyłam ją spać i wróciłam do sypialni. Usiadłam na brzegu łóżka. Przez uchylone drzwi słyszałam, jak Tomek chodzi po salonie. Pewnie znowu coś analizował. Zawsze lubił planować, przewidywać, układać wersje wydarzeń. Tym razem niczego nie tłumaczył. I nie próbował.

Patrzyłam w sufit, a potem w okno. Za szybą ciemność, a w niej wspomnienia. Pamiętałam nasze początki – pierwsze wakacje, pierwszy wynajęty wspólnie pokój, kiedy gotowaliśmy makaron na czajniku, śmialiśmy się z siebie i wierzyliśmy, że damy radę. Potem kredyt, wspólne decyzje, dziecko. I drobne kłamstwa. Niepozorne, łatwe do zignorowania. On czasem coś przemilczał. Ja udawałam, że nie zauważam. Tak było wygodniej.

Z czasem przestałam zadawać pytania. Byłam zmęczona. Dziecko, praca, dom. A on zawsze znajdował wymówkę – delegacja, stres, problemy w firmie. Wierzyłam, bo chciałam wierzyć. Bo łatwiej było wierzyć niż rozgrzebywać coś, co mogłoby boleć. Teraz nie miałam już siły udawać. Nie chciałam być kobietą, która zamyka oczy. Nie tym razem.

Wszystko już wiedziałam

W kuchni pachniało kawą. Wstałam wcześniej, jak zwykle. Nawet kiedy świat się walił, nie umiałam spać długo. Usłyszałam, jak Tomek stąpa po schodach. Wszedł bez słowa, podszedł do blatu i nalał sobie filiżankę. Unikał wzroku. Działał mechanicznie, jakby codzienna rutyna mogła przykryć to, co między nami już pękło.

Usiadłam naprzeciwko. Trzymałam w dłoniach kubek, nie upiłam ani łyka.

Powiesz mi prawdę, czy mam dzwonić do prawnika?

Znieruchomiał. Powoli odłożył filiżankę. Nie spojrzał na mnie.

– Monika, to nie tak… Nie chciałem cię martwić.

– Martwić? Ukradłeś pieniądze z naszego konta.

– To też moje pieniądze. Ja też mam swoje potrzeby.

– A twoja rodzina nie ma potrzeb? Twoje dziecko? Przyznaj się, na co wydawałeś tę kasę. Albo raczej – na kogo? Bo jest ktoś, prawda? Wiem to, nie próbuj się tłumaczyć – powiedziałam ostro, patrząc mu prosto w oczy.

– Nie wiem, co mam powiedzieć – szepnął i spojrzał na swoje dłonie, jakby zobaczył je po raz pierwszy.

Nie zaprzeczył. Nie próbował się wybielić, nie tłumaczył. I to wystarczyło. Wiedziałam, że kogoś ma. Że pieniądze, które miały być na ferie dla dziecka, wydał na kochankę. A ja poczułam, jak cała ta historia się kończy – bez dramatów, bez wrzasków, bez wielkich słów. Po prostu – coś się wypaliło. Coś umarło.

Jeszcze niedawno dałabym wszystko za to, by to uratować. Teraz nie chciałam już niczego ratować. Nie z człowiekiem, który zabrał mi nie tylko pieniądze, ale też zaufanie. Wyjazd do Zakopanego był decyzją podjętą w ciszy. Walizki stały już przy drzwiach. Tomek nie zapytał, dokąd jedziemy. Nie pytał o nic. I chyba dobrze wiedział, że ten wyjazd nie był tylko na ferie.

W końcu czułam ulgę

Wysiadłyśmy z Olą na stacji w Zakopanem. Było jeszcze wcześnie, śnieg sypał lekko, cicho. Mała ściskała mnie za rękę i opowiadała o kuligu, który widziała w książce. Słuchałam jej, uważnie, jakby mówiła rzeczy najważniejsze na świecie.

Pensjonat był prosty, drewniany, z widokiem na las. Właścicielka dała nam pokój z dużym łóżkiem i oknem wychodzącym na góry. Wystarczyło. Naprawdę – wystarczyło. Wieczorem siedziałyśmy na podłodze i grałyśmy w warcaby. Ola chichotała, kiedy po raz trzeci udało jej się mnie ograć. Patrzyłam na nią i myślałam, że to właśnie tu, w tej chwili, jestem tam, gdzie powinnam. Ze sobą, z nią. Z daleka od tego, co bolało i niszczyło mnie od środka.

Po kąpieli zasnęła przy mnie, trzymając mnie za rękę. Leżałam nieruchomo, słuchając jej spokojnego oddechu. Czułam ulgę. Nie radość, nie ekscytację – po prostu ulgę. Jakby ktoś zdjął mi z ramion ciężar, który nosiłam zbyt długo.

Nie wiedziałam, co dalej. Nie miałam gotowego planu. Może wrócimy do domu i będę musiała zmierzyć się z twardą rzeczywistością. Może czeka nas rozwód, może walka o pieniądze, może kolejne rozmowy, które niczego już nie zmienią. Ale wiedziałam jedno – już nie będę kobietą, która milczy, kiedy ktoś ją rani. Nie zamknę znowu oczu.

A te ferie… spędzę z osobą, która zawsze była dla mnie najważniejsza. I nie zamierzam już więcej tego gubić.

Monika, 40 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama