Reklama

Walentynki. Ten dzień od lat wzbudzał we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony, trochę dziecinna nadzieja, że wydarzy się coś niezwykłego, a z drugiej – złość na siebie, że wciąż na to liczę, mimo doświadczeń ostatnich lat. Ostatnie walentynki, spędzone z moim mężem, Filipem, przypominały raczej smutną farsę niż święto zakochanych.

W tym roku miało być inaczej – przynajmniej tak sobie obiecywałam. Los jednak potrafi być przewrotny. Zamiast romantycznej kolacji czy kina czekała mnie przygoda, o której nie zapomnę do końca życia. Kto by pomyślał, że skończę na tylnej kanapie samochodu, z sercem bijącym jak szalone i policzkami czerwonymi nie tylko od mrozu. Być może niektórzy uznają moją historię za głupotę, inni za czyste szaleństwo. Ja wciąż nie potrafię jej w pełni zrozumieć.

Czułam tylko rozczarowanie

Tego dnia z samego rana Filip nawet nie spojrzał na mnie, kiedy wychodził do pracy. Miałam nadzieję na choćby jedno „kocham cię” albo przynajmniej liścik na stole, coś, co przypomniałoby mi, że jestem dla niego ważna. Zamiast tego zostawił po sobie tylko resztki kawy w filiżance i zmiętą gazetę. Siedziałam na kanapie, owinięta w gruby sweter, patrząc przez okno na biały, mroźny świat.

Po południu w pracy wszyscy przechwalali się kwiatami i upominkami. Ja udawałam, że nie robi to na mnie wrażenia, choć w środku czułam się jak dziecko, które nie dostało prezentu na urodziny. Wieczorem, gdy Filip zadzwonił, nie usłyszałam ani przepraszam, ani miłych słów – jedynie informację, że nie wróci na noc, bo ma pilny wyjazd służbowy.

Rzuciłam telefon na łóżko i, nawet nie płacząc, poszłam do kuchni. Wiedziałam, że nie zasnę w pustym domu. Potrzebowałam świeżego powietrza, więc narzuciłam kurtkę i wyszłam przed blok, pozwalając, by mróz szczypał mnie w policzki. Tak właśnie zaczęła się ta noc – od zwykłego rozczarowania.

Nie chciałam być sama

Szłam przed siebie, bez celu, pozwalając, by śnieg skrzypiał pod butami. Palce dłoni marzły mi tak bardzo, że musiałam co chwilę zaciskać je w pięści. Mijałam właśnie stary garaż, kiedy zauważyłam znajomą sylwetkę. To był ojciec Filipa, Wiesław. Stał przy swoim zdezelowanym kombi, próbując bezskutecznie odpalić silnik.

Zawsze miałam z nim dziwną relację – był typem człowieka, który jednym spojrzeniem potrafił zmieszać z błotem, a zaraz potem rozbroić uśmiechem i poczuciem humoru. Wahałam się chwilę, czy podejść, ale samotność wygrała. Podeszłam bliżej, udając, że przechodziłam przypadkiem.

– Sandra, co tu robisz o tej porze? – mruknął z uśmiechem, przecierając zmarznięte szyby.

– Chyba to samo co ty. Uciekam z domu – odpowiedziałam, starając się, by mój głos zabrzmiał żartobliwie.

Wiesław spojrzał na mnie uważnie, jakby widział więcej niż powinien.

– To chodź, usiądziesz, ogrzejesz się. Tu w aucie cieplej niż na dworze – zaproponował, pukając dłonią w drzwi.

Nie protestowałam. Była we mnie jakaś cicha potrzeba, żeby z kimś po prostu pobyć, nawet jeśli miał to być ktoś tak nieprzewidywalny jak on. Usiadłam na tylnej kanapie, a on włączył radio, mrugając do mnie porozumiewawczo.

Zrobiło mi się nieswojo

Wnętrze auta pachniało skórzaną tapicerką i miętą. Przez chwilę oboje milczeliśmy, słuchając cicho muzyki, która sączyła się z radia. Czułam, jak powoli wraca mi czucie w palcach, a policzki zaczynają mrowić od ciepła. Wiesław przysiadł się do mnie, wyjął termos z herbatą i podał mi kubek, nie pytając o pozwolenie. Wzięłam łyk, czując, jak gorący płyn rozlewa się po gardle. Siedział tuż przed mną, a jego spojrzenie przeszywało mnie na wskroś.

– Chyba nie takie walentynki sobie wyobrażałaś, co? – rzucił nagle, przełamując ciszę.

Westchnęłam tylko i wzruszyłam ramionami.

– Miałam nadzieję na coś innego, ale w sumie… zawsze wychodzi jak zwykle – przyznałam, unikając jego wzroku.

Usłyszałam, jak się uśmiecha.

– Filip głupi jest, że cię tak zostawia samą. Kobieta powinna czuć się ważna, szczególnie w taki dzień.

Popatrzyłam na niego, próbując wyczytać z twarzy, czy mówi to poważnie, czy tylko żartuje.

– Może po prostu nie zasługuję na więcej – powiedziałam, nim zdążyłam się powstrzymać.

Wiesław odwrócił się do mnie i przez chwilę patrzył tak intensywnie, że aż zrobiło mi się nieswojo.

– Nie mów tak. Każdy zasługuje na odrobinę szczęścia – powiedział cicho, prawie szeptem.

Granice zaczęły się zacierać

Na zewnątrz mróz wzmógł się jeszcze bardziej. Z szyb auta spływały pojedyncze krople, a wokół panowała gęsta, wieczorna cisza, jakby cały świat zapadł w sen. Siedzieliśmy obok siebie, zbyt blisko jak na zwykłą rozmowę. Miałam wrażenie, że czas zwolnił, a nawet najprostsze słowa stały się ciężkie jak ołów. Wiesław położył mi dłoń na ramieniu – najpierw nieśmiało, prawie od niechcenia.

– Wiesz… czasami człowiek robi głupoty tylko po to, żeby poczuć, że wciąż żyje – powiedział, a w jego głosie zabrzmiała dziwna nuta żalu.

Odwróciłam się lekko, czując jak jego palce suną po mojej kurtce. Był taki inny niż Filip – twardszy, pewniejszy siebie, a jednocześnie zagubiony.

Może nie powinnam tu być – szepnęłam, choć sama nie wiedziałam, czy naprawdę chcę wyjść.

Wiesław spojrzał na mnie z bliska, a ja poczułam, jak między nami coś narasta, jakby powietrze zrobiło się cięższe.

– To ty decydujesz, co powinnaś robić, a co nie – odparł, patrząc mi prosto w oczy.

W tamtej chwili granica między dobrem a złem, lojalnością i pokusą, zaczęła się rozmywać. Wiem, że powinnam była się odsunąć, ale zostałam. Nagle dotyk stał się czymś więcej niż pocieszeniem.

Tego nie da się cofnąć

Nie pamiętam dokładnie, kto zaczął. Może to był impuls, może tęsknota za ciepłem, za uczuciem, które na chwilę przyniesie ulgę. Jego usta znalazły się blisko moich, a w samochodzie zrobiło się duszno mimo trzaskającego mrozu na zewnątrz. Wszystko działo się szybko – bez zbędnych słów, bez planu, trochę jakbyśmy oboje szukali sposobu, by zapomnieć o tym, kim jesteśmy.

Czułam jego szorstkie dłonie na mojej szyi, jakby pragnął zatrzymać mnie tylko dla siebie, choć wiedziałam, że to niemożliwe. Przez szybę auta prześwitywały lampy z osiedla, rzucając blade światło na nasze splątane sylwetki. Po wszystkim usiedliśmy obok siebie, każdy z własnym ciężarem w sercu. Wiesław pierwszy przerwał ciszę.

Powinniśmy o tym zapomnieć, wiesz? – powiedział spokojnie, choć w jego głosie czuć było niepewność. – Nikt nie musi się dowiedzieć.

Skinęłam głową, czując gorycz i niepokój. Wiedziałam, że zrobiliśmy coś, czego nie da się już cofnąć. Każde z nas miało teraz własne powody, by milczeć. Otworzyłam drzwi auta i chłodne powietrze wdarło się do środka, przywracając mnie do rzeczywistości.

Muszę żyć z tym ciężarem

Wysiadłam z auta, zamykając za sobą drzwi tak cicho, jak tylko potrafiłam. Śnieg skrzypiał pod butami, a mróz szczypał mnie w twarz ostrzej niż wcześniej. Spojrzałam na światła w oknach sąsiednich bloków, zastanawiając się, ile jeszcze takich historii dzieje się obok mnie, ukrytych przed światem. Wiedziałam, że żadne słowa nie oddadzą tego, co wydarzyło się tej nocy.

Przez chwilę patrzyłam na ślady własnych stóp, prowadzące do garażu teścia i z powrotem – ślady, które rano znikną pod nową warstwą śniegu, ale w mojej głowie zostaną już na zawsze. Do domu wracałam powoli, czując się jak ktoś zupełnie obcy we własnej skórze.

Kiedy weszłam do mieszkania, nie zapaliłam światła. Usiadłam na łóżku, słuchając ciszy, i dopiero wtedy pozwoliłam sobie na łzy. Nie wiedziałam, czy płaczę z żalu, czy ulgi. Z jednej strony, czułam się winna, a z drugiej – pierwszy raz od dawna poczułam, że ktoś mnie naprawdę dostrzega. Ta noc zostawiła we mnie rysę, której nie da się naprawić. Może kiedyś wybaczę sobie ten błąd. Może nauczę się żyć z tym ciężarem.

Sandra, 31 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama