Reklama

Mój mąż odszedł nagle. Jeden moment, jedno pożegnanie. Zostałam sama z jego matką, która – chociaż zawsze wydawała się miła – w rzeczywistości tylko czekała, by przejąć kontrolę nad moim życiem. Jeszcze nie zdążyłam dobrze oswoić się z ciszą po pogrzebie, a już zaczęła układać mi dzień od świtu do zmierzchu. Nie pytała, nie proponowała – rozkazywała. Początkowo tłumaczyłam to żałobą, jej bólem. Z czasem stało się jasne, że nie chodziło o stratę syna. Ona po prostu chciała rządzić. I nie miała zamiaru się zatrzymać.

Żyłam jak w transie

– Trzymaj się, musisz być silna – powtarzali wszyscy dookoła, jakby żałoba była jakimś maratonem, w którym siła to jedyne, co się liczy. Stałam obok trumny, obok wieka, które właśnie zamknięto na zawsze. Moja dłoń zadrżała, kiedy po raz ostatni dotknęłam chłodnego drewna. Nie płakałam. Byłam zmęczona. Zbyt zmęczona, by zrozumieć, że wszystko się naprawdę skończyło.

Po pogrzebie w domu zrobiło się duszno. Kiedyś był to nasz wspólny azyl, pełen drobnych rytuałów – herbata wieczorem, seriale w soboty, jego kapcie zostawione byle gdzie. Teraz cisza dzwoniła mi w uszach, a obecność teściowej, która została na „parę dni”, tylko pogłębiała to uczucie. Przyjechała z walizką i od razu zaczęła przestawiać naczynia w kuchni.

– Te filiżanki tu nie pasują. Lepiej będzie, jak damy je na wyższe półki – rzuciła tonem, który nie dopuszczał sprzeciwu.

Nie powiedziałam nic. Kiwnęłam głową, choć czułam się, jakbym traciła kolejny kawałek siebie. Ona tymczasem wzięła się za lodówkę, wyniosła moje jogurty, a zamiast tego poustawiała pojemniki z bigosem i gołąbkami.

– W żałobie nie można jeść byle czego. Trzeba jeść porządnie – stwierdziła, poprawiając fartuch.

Moja obecność w domu, który jeszcze niedawno był nasz, zaczynała przypominać pobyt u kogoś obcego. Obserwowałam, jak każdy kąt zmienia się pod jej okiem. Miałam wrażenie, że to ona jest wdową, a ja tylko kimś, kto powinien być wdzięczny, że może tu jeszcze mieszkać.

Nowa pani domu

Minął tydzień, a ja zaczynałam czuć się, jakbym zamieszkała w cudzym mieszkaniu. Teściowa zdominowała wszystko. Każdego ranka wstawała przed świtem, parzyła kawę i siadała przy stole, oczekując, że do niej dołączę.

O tej porze zawsze rozmawiałam z synem. Ty też możesz – powiedziała któregoś dnia, stawiając przede mną kubek zbożówki, której nienawidziłam.

Zamieniłam ją na czarną, co spotkało się z marsową miną i teatralnym westchnięciem. Potem były obiady. Teściowa gotowała, jakby przygotowywała się na oblężenie – garnki pełne gulaszu, zapasy w zamrażarce, a kuchnia cała w zapachach, których nigdy nie lubiłam.

– Ty przecież nie masz głowy do gotowania, po co się męczyć – rzucała, kiedy próbowałam coś zrobić sama.

Próbowałam delikatnie zaznaczyć granice. Że może powinnam zostać sama, przemyśleć wszystko. Że jej obecność, choć początkowo cenna, już nie jest konieczna. Uśmiechała się wtedy ciepło i mówiła:

– Wiem, kochanie, ale nie możesz zostać sama. Zrobiłabyś coś głupiego z bólu. Nie zostawię cię.

Czułam, że nie mówiła tego z troski. Ona po prostu znalazła swoje nowe miejsce. Bez syna, ale z jego żoną. Próbowała przejąć stery, jakby to było naturalne. Zaczęła wybierać mi ubrania, komentować moje fryzury, sugerować, że mogłabym częściej chodzić do kościoła. A kiedy pewnego dnia zapytałam, czy nie myśli, by wrócić do siebie, spojrzała na mnie z rozbawieniem i odparła:

– Do czego? Przecież mój dom jest tu.

Przysługi, które bolą

Pewnego dnia wróciłam z pracy i zobaczyłam, że moje ubrania zniknęły z szafy. Leżały poskładane w kartonach, a na wieszakach wisiały sukienki, których nigdy nie nosiłam.

Twoje rzeczy były takie smutne. Czarne, szare… Pomyślałam, że może czas trochę rozjaśnić – powiedziała, jakby robiła mi wielką przysługę.

– I po prostu je spakowałaś? – zapytałam spokojnie, choć w środku gotowałam się ze złości.

– Nie wyrzuciłam ich. Spokojnie. Ale zobacz, jak ci będzie ładnie w błękicie – dodała, wyciągając jakąś koronkową koszulę, którą uznała za odpowiednią dla młodej wdowy.

To nie był pierwszy raz, kiedy podejmowała decyzje za mnie. Kilka dni wcześniej zadzwoniła do mojego szefa, by poinformować, że nie przyjdę do pracy, bo wciąż jestem załamana. Byłam wtedy już w drodze do biura.

– Dobrze, że mu powiedziałam. Po co masz się tam zawalać robotą? Musisz dojść do siebie – tłumaczyła mi potem, nie widząc w tym nic złego.

Zaczęła też chodzić na zakupy z moją kartą. Najpierw tylko po pieczywo, potem po większe rzeczy. Mówiła, że przecież jesteśmy rodziną, że nie będzie mnie prosić o każdą złotówkę.

Nie chciałam robić scen. Wciąż próbowałam rozumieć – może czuła się zagubiona, może szukała swojej roli po stracie syna. Jednak coraz trudniej było mi oddychać. Własne mieszkanie stało się pułapką, w której nie mogłam już podejmować nawet najmniejszej decyzji. A to, co kiedyś wydawało się chwilowe, zaczynało wyglądać na plan długoterminowy.

Miarka się przebrała

Niedzielny poranek. Obudziłam się później niż zwykle, licząc na spokojne śniadanie i chwilę ciszy. Z kuchni dobiegały głosy. Kiedy zeszłam na dół, zastałam teściową siedzącą z dwoma starszymi paniami, sąsiadkami z bloku.

– A oto ona! Moja synowa, wdowa po Krzysiu – zawołała z uśmiechem, jakby prezentowała mnie jak nową lalkę.

– Pani taka młoda, jeszcze sobie kogoś znajdzie – rzuciła jedna z kobiet z miną pełną współczucia.

Zamarłam. Spojrzałam na teściową, próbując zrozumieć, dlaczego zaprosiła ludzi do mojego domu bez pytania.

– My tu sobie tylko kawkę pijemy. Chciałam pokazać, że nie jesteś sama – wytłumaczyła, wyciągając kolejną porcję sernika.

Po wizycie usiadłam z nią i spróbowałam porozmawiać.

– To jest mój dom. Mój i Krzysia. Rozumiem, że się źle czujesz, ale nie możesz podejmować decyzji za mnie.

Popatrzyła na mnie jak na dziecko.

– Dziecko, przecież nie robię nic złego. Sama nie wiesz, co dla ciebie dobre. Ja przynajmniej trzymam to wszystko w kupie.

Nie odpowiedziałam. Poszłam do łazienki i przekręciłam klucz. Oparłam się o drzwi i wzięłam głęboki wdech. Pierwszy raz dotarło do mnie, że jej obecność nie jest chwilowa, że to, co zaczęło się od pomocy, przerodziło się w przejęcie mojego życia. Wieczorem znalazłam ogłoszenie o wynajmie mieszkania. Wiedziałam, że muszę podjąć decyzję. Albo będę dalej grać rolę, którą mi przypisała, albo zacznę wszystko od nowa, z dala od niej.

Pogrzeb niczego nie zakończył

W poniedziałek, wracając z pracy, skręciłam w inną ulicę. Weszłam do mieszkania, które oglądałam kilka dni wcześniej – niewielkie, z małą kuchnią, ale ciche i jasne. Podpisałam umowę bez dłuższego zastanowienia. Z duszą na ramieniu, ale też z ulgą. Miałam plan. Nieidealny, ale mój.

Po powrocie do domu – jeszcze mojego, choć już ledwie z nazwy – usiadłam z teściową przy stole.

– Muszę ci coś powiedzieć – zaczęłam, starając się mówić spokojnie. – Znalazłam mieszkanie. Przeprowadzam się w przyszłym tygodniu.

Jej twarz zamarła. Odsunęła filiżankę z herbatą, spojrzała na mnie z niedowierzaniem.

– Jak to? Przecież to twój dom. I mój. Nie możesz tak po prostu wyjść. Co ludzie powiedzą?

– Nie obchodzi mnie, co powiedzą ludzie. Nie mogę już tak żyć. Nie czuję się tu sobą. Wszystko kontrolujesz, decydujesz za mnie. To nie pomoc, to przejęcie życia, którego nie chcesz oddać.

Milczała długo. Potem wstała, odsunęła krzesło i bez słowa wyszła do pokoju Krzysia. Zamknęła za sobą drzwi. Nie płakałam. Spakowałam kilka rzeczy jeszcze tego wieczoru. Wiedziałam, że to nie będzie proste. Wcale nie czułam ulgi, raczej smutek. Było też coś więcej – poczucie, że odzyskuję siebie. Mój mąż odszedł, ale ja wciąż tu byłam. I nie mogłam pozwolić, by ktoś inny zamknął mnie razem z nim w tej trumnie.

Mój dom, moje zasady

Pierwsze dni w nowym mieszkaniu były dziwne. Wszystko wydawało się obce – zapach, dźwięki za ścianą, nawet światło wpadające przez okna. W tej obcości było coś kojącego. Każda rzecz, którą postawiłam na półce, była wybrana przeze mnie. Każdy kubek w szafce był mój. Cisza nie ciążyła, była potrzebna. Wreszcie miałam czas, by płakać naprawdę, nie w ukryciu, nie w pośpiechu. I mogłam przestać udawać, że wszystko jest w porządku.

Teściowa nie zadzwoniła przez kilka dni. Gdy w końcu to zrobiła, zapytała chłodno:

– Czy to znaczy, że już nie jestem rodziną?

– Jesteś, ale rodzina nie może cię ograniczać – odpowiedziałam i rozłączyłam się, zanim znów zaczęłabym wątpić.

Nie było mi łatwo. Zdarzały się wieczory, kiedy siedziałam na podłodze, wpatrzona w jedno zdjęcie Krzysia. Brakowało mi go, nie kłamałam. Teraz mogłam tęsknić po swojemu, bez oczu kontrolujących każdy ruch, bez komentarzy, że czas już „wziąć się w garść”.

Nauczyłam się mówić „nie”, choć czasem głos drżał. Nauczyłam się robić zakupy bez poczucia winy i pić czarną kawę z mlekiem migdałowym bez spojrzeń pełnych dezaprobaty. Odzyskałam swoje życie kawałek po kawałku. Trumna męża zamknęła jedno życie. Drugie musiałam zbudować sama. I choć wciąż nosiłam w sercu żałobę, wreszcie przestałam czuć się jak cień samej siebie.

Zuzanna, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama