„Latami opiekowałam się mamą bez słowa skargi. A teraz ludzie gadają, że robiłam to tylko dla spadku”
„Sąsiedzi początkowo chwalili mnie za cierpliwość. Pani Jadzia z parteru przynosiła rosół. Pan Mirek naprawił cieknący kran. Czułam, że nie jestem sama. Wszystko zmieniło się po tym, jak mama sporządziła testament”.

- Redakcja
Od kiedy mama zaczęła wymagać opieki, moje życie zwęziło się do jej mieszkania na trzecim piętrze w bloku z wielkiej płyty. Znajomi przestali dzwonić, wyjazdy przestały istnieć, a ja nauczyłam się rozpoznawać jej kroki po dźwięku kapci na korytarzu. Nigdy nie myślałam, że się poświęcam. To była moja mama. Po prostu byłam.
Zabrakło mi odwagi
Pierwsze dwa lata były najtrudniejsze. Mama nie mogła pogodzić się z tym, że potrzebuje pomocy.
– Nie jestem jeszcze staruszką – mówiła z uporem, kiedy próbowałam ją wyręczyć przy gotowaniu.
– Wiem, mamo. Po prostu chcę, żebyś odpoczęła – odpowiadałam, wyjmując z jej rąk ciężki garnek.
Z czasem przywykła do mojej obecności. Zrezygnowałam z pracy w biurze rachunkowym, przeszłam na zlecenia z domu. Moje mieszkanie wynajęłam, żeby mieć dodatkowe pieniądze. Brat mieszkał w innym mieście. Dzwonił raz na kilka tygodni.
– Trzymaj się tam, siostra. Wiesz, że ja bym pomógł, ale kredyt, dzieci… – tłumaczył się zawsze tak samo.
– Rozumiem – odpowiadałam, choć wcale nie było mi lekko.
Sąsiedzi początkowo chwalili mnie za cierpliwość. Pani Jadzia z parteru przynosiła rosół. Pan Mirek naprawił cieknący kran. Czułam, że nie jestem sama. Wszystko zmieniło się po tym, jak mama sporządziła testament. Notariusz przyjechał do domu, bo mama nie miała siły wychodzić. Jacek też przyjechał. Siedzieliśmy przy stole w małym pokoju, a mama mówiła spokojnie:
– Chcę, żeby mieszkanie zostało przepisane na Elę. To ona jest ze mną każdego dnia.
Zapadła cisza. Jacek spojrzał na mnie tak, jakby zobaczył kogoś obcego.
– Czyli ja już nie jestem twoim synem? – rzucił chłodno.
– Nie o to chodzi – odpowiedziała mama drżącym głosem. – Ty masz swoje życie. Ela oddała mi swoje.
Po jego wyjeździe atmosfera na klatce schodowej zrobiła się dziwnie ciężka. Któregoś dnia, kiedy wracałam z zakupów, usłyszałam szept za plecami.
– Widzisz? Opłaciło się jej siedzenie przy starej – powiedziała cicho pani Jadzia do kogoś.
– Sprytna jest – padła odpowiedź.
Stanęłam jak wryta. Torby z zakupami wbiły mi się w dłonie. Chciałam odwrócić się i zapytać, jak mogą tak mówić, ale zabrakło mi odwagi. Weszłam do mieszkania i oparłam się o drzwi.
– Coś się stało? – zapytała mama z fotela.
– Nic, mamo. Ludzie po prostu lubią mówić – odpowiedziałam, próbując się uśmiechnąć.
Tamtego wieczoru długo nie mogłam zasnąć. Po raz pierwszy pojawiła się we mnie myśl, że może rzeczywiście wszyscy tak uważają. Że w ich oczach nie byłam córką, tylko kimś, kto czeka na klucze do mieszkania.
Nie oczekiwałam pochwał
Plotki nie zniknęły. Zaczęły narastać, jakby ktoś celowo dolewał oliwy do ognia. Szybko zrozumiałam, kto tym kimś był. Jacek przestał dzwonić bezpośrednio do mnie. Kontaktował się z mamą, kiedy byłam w kuchni albo w łazience. Pewnego popołudnia wróciłam z apteki i usłyszałam podniesione głosy. Mama włączyła na głośnomówiący, o tak było jej łatwiej.
– Mamo, zastanów się jeszcze. Testament można zmienić – mówił twardo przez telefon.
– Nie chcę o tym rozmawiać – odpowiedziała zmęczona. – Ela jest przy mnie każdego dnia.
– Bo jej się to opłaca!
Stanęłam w progu pokoju. Mama spojrzała na mnie bezradnie.
– Daj mi go – powiedziałam cicho.
Wzięłam telefon.
– Co ty wygadujesz? – zapytałam, starając się mówić spokojnie.
– Wszyscy wiedzą, że nie robisz tego za darmo – odparł. – Sąsiedzi mówią, że od początku chodziło ci o mieszkanie.
– A ty w to wierzysz?
– Nie wiem, w co wierzyć. Wiem tylko, że mama była zawsze sprawiedliwa.
Zabolało mnie to bardziej niż plotki na klatce.
– Sprawiedliwość to nie dzielenie wszystkiego po równo – odpowiedziałam. – To jest docenienie tego, kto naprawdę jest.
Rozłączył się bez słowa. Od tamtej rozmowy mama przygasła. Coraz częściej patrzyła w okno, jakby wypatrywała kogoś na podwórku.
– Nie chcę, żebyście się kłócili przeze mnie – powiedziała pewnego wieczoru. – Może powinnam wszystko podzielić po połowie.
Usiadłam obok niej.
– Mamo, nie rób nic pod wpływem presji. Nie jestem tutaj dla mieszkania. Jeśli trzeba, zrzeknę się wszystkiego.
Spojrzała na mnie ostro.
– Nie pozwolę ci. Widziałam, ile razy odwoływałaś spotkania, ile nocy przy mnie siedziałaś. Myślisz, że ja tego nie pamiętam?
Złapała mnie za rękę. Jej dłoń była chłodna, ale uścisk pewny. Kilka dni później natknęłam się na panią Jadzię. Stała w drzwiach z miną pełną współczucia.
– Elu, ludzie różne rzeczy mówią… Może powinnaś trochę częściej wychodzić, żeby nie wyglądało, że pilnujesz majątku – rzuciła niby żartem.
– Ja pilnuję mamy, nie majątku – odpowiedziałam, czując, jak coś we mnie pęka.
– No wiesz… Każdy by tak chciał mieć mieszkanie w centrum.
Wróciłam do mieszkania i oparłam czoło o chłodną powierzchnię. Nagle poczułam zmęczenie nie ciałem, ale sercem. Przez lata nie oczekiwałam pochwał. Wystarczyłoby, żeby inni docenili moje starania. Najgorsze przyszło miesiąc później. Mama trafiła do szpitala na kilka dni obserwacji. Jacek przyjechał i przejął inicjatywę. Rozmawiał z lekarzami, z personelem, ze mną prawie wcale.
– Teraz ja się tym zajmę – oznajmił chłodno. – Odpocznij sobie.
Kiedy mama wróciła do domu, zauważyłam, że coś się zmieniło. Była bardziej zdystansowana.
– Jacek mówił, że jesteś przemęczona – zaczęła ostrożnie. – Może rzeczywiście powinnam rozważyć dom opieki?
Patrzyłam na nią w osłupieniu.
– Chcesz tam iść? – zapytałam.
– Nie wiem. Nie chcę być ciężarem.
Te słowa bolały najbardziej. Przez lata starałam się, by nigdy tak się nie czuła. Tamtej nocy długo siedziałam przy kuchennym stole. Po raz pierwszy pomyślałam, że może powinnam odejść. Zostawić wszystko, wrócić do swojego mieszkania, odzyskać własne życie. Skoro i tak w oczach wielu byłam wyrachowana, to może nie warto już walczyć o opinię. Jednak kiedy rano weszłam do pokoju mamy i zobaczyłam ją śpiącą, z dłonią wysuniętą spod kołdry, wiedziałam, że nie potrafię. Niezależnie od plotek, od Jacka, od testamentu. Tylko że nie wiedziałam jeszcze, jak bardzo ta sprawa miała się zaostrzyć.
Nie żałowałam
Decyzja zapadła szybciej, niż się spodziewałam. Kilka tygodni później mama nagle bardzo osłabła. Siedziałam przy jej łóżku, kiedy poprosiła, żebym zadzwoniła po Jacka. Przyjechał jeszcze tego samego dnia. W pokoju panowała cisza, jakiej nigdy wcześniej tam nie było. Mama spojrzała na nas oboje i skinęła, żebyśmy usiedli bliżej.
– Nie chcę, żebyście po moim odejściu byli sobie obcy – zaczęła cicho. – Jacek, wiem, że czujesz się pominięty.
Brat spuścił wzrok.
– Mamo, ja tylko… nie rozumiałem.
– Nie musisz wszystkiego rozumieć – przerwała mu łagodnie. – Ale musisz wiedzieć jedno. Ela nie została tu dla mieszkania. Została, bo ma serce.
Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu.
– Testament zostaje bez zmian – dodała stanowczo. – To moja decyzja. Ty masz dom, rodzinę, stabilność. Ela poświęciła dla mnie swoje życie. Chcę, żeby miała coś, co po mnie.
Zapadła długa cisza. W końcu Jacek podniósł głowę.
– Myślałem, że mnie odsunęłaś – powiedział cicho. – A ty po prostu wybrałaś inaczej.
Mama uśmiechnęła się słabo.
– Miłość to nie zawsze równe części.
Kilka dni później odeszła spokojnie, w domu, przy mnie. Trzymałam ją za rękę do samego końca. Po pogrzebie spodziewałam się najgorszego. Szeptów, chłodnych spojrzeń, może nawet otwartego oskarżenia. I rzeczywiście, kiedy wracałam z cmentarza, usłyszałam na klatce:
– No i ma swoje – mruknął ktoś.
Tym razem się odwróciłam.
– Tak – powiedziałam spokojnie. – Mam wspomnienia, nieprzespane noce i świadomość, że zrobiłam wszystko, co mogłam. Tego nie da się zapisać w testamencie.
Nie czekałam na odpowiedź. Najważniejsze wydarzyło się jednak wieczorem. Jacek przyszedł bez zapowiedzi. Stał w przedpokoju, niepewny, jakby był gościem.
– Mogę wejść? – zapytał.
Usiedliśmy przy kuchennym stole, przy którym mama przez lata piła herbatę.
– Byłem zły – przyznał. – Łatwiej było uwierzyć, że masz w tym interes, niż przyznać, że mnie przy niej nie było. To ja powinienem częściej przyjeżdżać.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Przez tyle miesięcy zbierała się we mnie gorycz, a teraz nagle straciła grunt.
– Nie cofniesz czasu – odpowiedziałam w końcu. – Ja też nie. Jednak możemy przestać się oskarżać.
Jacek skinął głową.
– Nie chcę walczyć o mieszkanie. Chcę mieć siostrę.
To był moment, w którym coś we mnie puściło. Nie chodziło o metry kwadratowe ani o pieniądze. Chodziło o to, żeby ktoś wreszcie zobaczył prawdę. Minęło pół roku. Wróciłam do pracy stacjonarnej. Mieszkanie wyremontowałam, ale nie po to, by je sprzedać. Zostawiłam pokój mamy prawie bez zmian. Czasem siadam tam wieczorem i słyszę w pamięci jej głos. Sąsiedzi w końcu przestali szeptać. Znaleźli sobie nowy temat. A ja przestałam potrzebować ich aprobaty. Opiekowałam się mamą nie dlatego, że liczyłam na nagrodę. Zrobiłam to, bo tak podpowiadało mi serce. I choć zapłaciłam za to latami wyrzeczeń i oskarżeń, wiem jedno – gdybym mogła cofnąć czas, zrobiłabym dokładnie to samo.
Elżbieta, 42 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Dzieci brata podlizują mi się, bo liczą na mój majątek. Myślą, że w spadku dostaną dom i ziemię na mazurskiej wsi”
- „Podczas ferii w górach mąż stale biegał do sklepu. Okazało się, że robił zakupy nie tylko dla nas”
- „Teściowa panoszyła się w moim domu. Pilnowała, by jej synek miał czyste gacie i dwudaniowy obiad”

