„Kurz z remontu mieszkania odsłonił prawdę o moim małżeństwie. Żona kłamała mi prosto w oczy przez kilka miesięcy”
„Złość mieszała się ze wstydem. Przez tyle miesięcy niczego nie dostrzegłem. Byłem zajęty pracą, zmęczony. Wracałem do domu i siadałem przed telewizorem, zamiast zapytać, co naprawdę u niej słychać. Ale czy to usprawiedliwiało podwójne życie?”.

Dwanaście lat małżeństwa mieściło się w trzech pokojach naszego mieszkania. Kiedyś było w nim głośno od śmiechu, teraz częściej słychać było tylko krótkie komunikaty i trzask zamykanych drzwi. Remont miał być symbolem nowego początku. Mariola zabrała Zuzię i Bartka do swoich rodziców, a ja zostałem sam wśród obdartych ścian. Myślałem, że odświeżam dom. Nie wiedziałem, że spod warstwy farby wyjdzie coś znacznie gorszego.
Coś mnie tknęło
Pierwsze dni po wyprowadzce Marioli i dzieci były dziwnie lekkie. W mieszkaniu panowała cisza, ale nie ta napięta, do której przywykłem. To była cisza robocza – przerywana stukotem młotka i szelestem folii ochronnej. Chodziłem w roboczych butach po gołej podłodze i wmawiałem sobie, że razem z odchodzącym tynkiem zniknie też chłód między nami.
Trzeciego dnia zabrałem się za opróżnianie szafki w salonie. Wysunąłem pierwszą półkę, a spod sterty dokumentów wysunął się jej laptop. Wyglądał, jakby tylko czekał na odkrycie.
– No pięknie, Mariola… – mruknąłem pod nosem. – O wszystkim pamięta, tylko nie o tym.
Chciałem go schować do kartonu z rzeczami „ważne”. Coś sprawiło, że go włączyłem. Gdy ekran rozbłysnął, powiadomienia z komunikatora pojawiły się jedno po drugim. Ciągle powtarzało się jedno imię: Wiktor. Zatrzymałem się. Serce zabiło mi szybciej, choć nie potrafiłem jeszcze powiedzieć dlaczego. Wiktor – kolega z pracy. Często wspominała, że świetnie sobie radzi z klientami, że jest ambitny. Nigdy nie zwróciłem na to szczególnej uwagi.
Usiadłem na podłodze, oparty plecami o zimną ścianę. Kurz unosił się w promieniu światła wpadającego przez okno. Wpatrywałem się w ekran, jakby miał sam zgasnąć i uwolnić mnie od decyzji. „To nie twoje” – pomyślałem. – „Odłóż”. Nie odłożyłem.
Kliknąłem w ostatnią rozmowę. Najpierw czytałem pobieżnie, szukając zwykłej koleżeńskiej wymiany zdań.
– „Dzięki za dziś. Bez ciebie to spotkanie byłoby nie do zniesienia”.
– „Nie przesadzaj. Po prostu dobrze nam się współpracuje”.
Uśmiechnąłem się krzywo. Nic nadzwyczajnego. Chciałem już zamknąć okno, kiedy zobaczyłem kolejną wiadomość.
– „Szkoda, że musiałaś tak szybko wracać do domu”.
– „Też wolałabym zostać dłużej”.
Poczułem, jakby ktoś ścisnął mnie za gardło. Przewinąłem rozmowę wyżej.
– „Myślałem o tobie cały wieczór”.
– „Nie powinnam tego pisać… ale ja o tobie też”.
Litery zaczęły mi się rozmazywać. Otarłem twarz dłonią, zostawiając smugę z kurzu na policzku. „To przecież tylko słowa”, próbowałem się przekonać. „Niewinne. Może wyrwane z kontekstu”. Ale kontekst był. Widziałem go w kolejnych linijkach.
– „Brakuje mi twojego uśmiechu, gdy nie jesteś obok mnie”.
– „W domu nikt tego nie zauważa”.
W domu. Zrobiło mi się zimno, choć kaloryfery były włączone. Czy to chodziło o mnie? Ja jej nie zauważam? Przypomniałem sobie ostatni wspólny obiad. Zuzia opowiadała o konkursie plastycznym, Bartek śmiał się z własnego żartu, a Mariola siedziała cicho, przeglądając coś w telefonie.
– Słuchasz nas w ogóle? – zapytałem wtedy pół żartem.
– Oczywiście – odpowiedziała bez podnoszenia wzroku.
Teraz wiedziałem, do kogo pisała.
Zamknąłem laptopa, ale po chwili otworzyłem go z powrotem. Jakbym musiał upewnić się, że to nie sen. Każda kolejna wiadomość była jak uderzenie młotka w ścianę. Kurz opadał powoli, odsłaniając pęknięcia, których wcześniej nie widziałem. Siedziałem tak długo, aż zrobiło się ciemno. W mieszkaniu pachniało świeżą farbą i czymś jeszcze – rozczarowaniem. Wiedziałem już, że przekroczyłem granicę. Ale miałem też przeczucie, że to dopiero początek.
Okłamywała mnie miesiącami
Nie spałem tej nocy. Laptop leżał na stole w kuchni, jakby był kolejnym narzędziem remontowym. Tyle że zamiast śrub i kabli odsłaniał coś znacznie bardziej bolesnego. Wróciłem do wiadomości następnego dnia rano z kubkiem kawy w dłoni i naiwną nadzieją, że może coś źle zrozumiałem. Archiwum sięgało wiele miesięcy wstecz. Przewijałem kolejne tygodnie, a wraz z nimi przesuwały się obrazy z naszego życia. Zwykłe, codzienne chwile, które teraz nabierały innego znaczenia.
Data z czerwca. Dzień zakończenia roku szkolnego. Pamiętałem, jak Bartek stał dumny z dyplomem, a Mariola robiła mu zdjęcia. Tego samego wieczoru napisała do Wiktora:
– „Dziękuję, że byłeś dziś obok. Bez ciebie bym tego nie przetrwała”.
Obok? Przecież byliśmy wtedy razem jako rodzina. Przesunąłem rozmowę dalej.
– „Myślę o naszym wyjeździe” – pisał on.
– „Też o tym myślę. To będzie tylko nasze”.
Słowo „nasze” uderzyło mnie bardziej niż wszystko inne. My przez lata budowaliśmy coś wspólnego. A teraz to słowo miało inne znaczenie. Zacząłem analizować konkretne dni. Wrzesień – kiedy powiedziała, że musi zostać dłużej w pracy, bo zamykają projekt. Pamiętam, jak siedziałem z Zuzią przy biurku i pomagałem jej w zadaniu z matematyki.
– Mama znowu w pracy? – zapytała wtedy.
– Tak, kochanie. Ma dużo obowiązków – odpowiedziałem, próbując brzmieć spokojnie.
Tamtego wieczoru napisała do Wiktora:
– „Jeszcze chwila i wychodzę. Spotkamy się tam, gdzie ostatnio?”.
Zrobiło mi się słabo. Oparłem się o blat kuchenny, jakby ziemia nagle straciła stabilność. Czy to była tylko emocjonalna bliskość? Czy przekroczyli granicę, której ja nawet nie chciałem sobie wyobrażać? Nie znalazłem jednoznacznej odpowiedzi. Były jednak wyznania, które nie pozostawiały złudzeń co do uczuć: „Przy tobie czuję się zauważona”, „Z tobą mogę być sobą”. Czy przy mnie nie mogła? A może przestała próbować?
Złość mieszała się z wstydem. Czytałem teraz jej prywatne rozmowy, a przez tyle miesięcy niczego nie dostrzegłem. Byłem zajęty pracą, zmęczony, często milczący. Wracałem do domu i siadałem przed telewizorem, zamiast zapytać, co naprawdę u niej słychać. Ale czy to usprawiedliwiało podwójne życie?
Wstałem i przeszedłem się po mieszkaniu. Nowa podłoga w salonie lśniła w świetle lampy. Dotknąłem świeżo pomalowanej ściany. Była gładka, równa, bez skaz. Zupełnie inaczej niż moje małżeństwo. Nagle przypomniałem sobie jedną z naszych ostatnich rozmów.
– Emil, my w ogóle ze sobą nie rozmawiamy – powiedziała kiedyś Mariola, stojąc przy zlewie.
– Nie przesadzaj, rozmawiamy – odpowiedziałem wtedy. – Po prostu jesteśmy zmęczeni.
Teraz widziałem, że ona już wtedy była gdzie indziej. Obok kogoś, kto słuchał jej uważniej niż ja. Zamknąłem laptopa i usiadłem w ciszy. Czułem zazdrość, ale też coś bardziej gorzkiego – świadomość, że przez miesiące żyłem w przekonaniu, że to tylko „gorszy okres”. Tymczasem ona budowała coś nowego, równolegle do naszego życia. Spojrzałem wokół siebie. Remont był już prawie skończony. Miał być dla nas. A ja coraz wyraźniej czułem, że odnawiam tę przestrzeń już tylko dla siebie.
Wróciła, ale nie do mnie
Dzień ich powrotu był chłodny, w kalendarzu wciąż widniała zima. Stałem w przedpokoju i patrzyłem na nowe drzwi, które sam montowałem dwa dni wcześniej. Wszystko było gotowe. Ściany jasne, podłogi lśniące, zapach farby jeszcze unosił się w powietrzu. Dom wyglądał tak, jak sobie wyobrażaliśmy na początku – świeży, uporządkowany. Tylko ja nie byłem już tym samym człowiekiem.
Usłyszałem klucz w zamku. Najpierw wbiegła Zuzia.
– Tato! Ale tu pięknie! – zawołała, rzucając plecak w kąt.
Bartek przeszedł powoli przez salon.
– Serio sam to zrobiłeś? – zapytał z podziwem.
– Z małą pomocą fachowców – odpowiedziałem, próbując się uśmiechnąć.
Mariola weszła ostatnia. Rozejrzała się uważnie, jakby oceniała nie tylko mieszkanie, ale i mnie.
– Jest naprawdę pięknie, Emil – powiedziała miękko. – Wiedziałam, że dasz radę.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. W jej oczach dostrzegłem coś znajomego – może wdzięczność, może ulgę. A może tylko przekonanie, że wszystko wraca na swoje miejsce.
Wieczorem dzieci były zajęte rozpakowywaniem. Zuzia układała książki na nowej półce, Bartek sprawdzał, czy jego biurko stoi dokładnie tam, gdzie chciał. Poprosiłem Mariolę, żeby usiadła ze mną w kuchni.
– Coś się stało? – zapytała, siadając naprzeciwko.
– Tak – odpowiedziałem spokojnie. – Stało się już dawno temu.
Zmarszczyła brwi.
– O czym mówisz?
Wziąłem głęboki oddech. Przez te dni powtarzałem sobie w myślach te słowa setki razy.
– Czytałem twoje wiadomości na laptopie. Z Wiktorem.
Jej twarz zbladła, jakby ktoś nagle zgasił światło.
– Emil… – zaczęła, ale zabrakło jej dalszych słów.
– Nie szukałem ich – dodałem. – Natknąłem się na to przypadkiem. A potem już nie potrafiłem przestać czytać.
Zapadła cisza. Z pokoju Zuzi dobiegł śmiech, który brzmiał teraz jak coś z innego świata.
– To tylko rozmowy – powiedziała w końcu cicho. – Nic więcej.
– „Przy tobie czuję się zauważona” – zacytowałem bez podnoszenia głosu. – „Myślę o naszym wyjeździe”. To też tylko rozmowy?
Zacisnęła dłonie na blacie stołu.
– Czułam się samotna – wyszeptała. – Ty byłeś ciągle w pracy. Wracałeś zmęczony. Nie rozmawialiśmy.
– A on słuchał? – zapytałem.
Nie odpowiedziała od razu. Pokiwała tylko głową. W jej oczach pojawiły się łzy.
– To nie miało tak wyglądać – powiedziała w końcu. – To po prostu… się stało.
Poczułem, jak coś we mnie stygnie. Nie było we mnie krzyku ani chęci oskarżania. Tylko zmęczenie.
– Wiesz, co jest najgorsze? – powiedziałem. – Nie to, że pisałaś do niego. Tylko że przez miesiące siedziałem obok ciebie i nie miałem pojęcia, że już cię tam nie ma.
Milczała.
– Czy planowaliście razem wyjazd? – zapytałem jeszcze.
Spojrzała w bok. To wystarczyło. W tej jednej sekundzie zrozumiałem, że nie walczę już o małżeństwo. Walczyłem wcześniej, choć nawet o tym nie wiedziałem. Teraz została tylko prawda.
– Nie chcę, żebyś tu wracała – powiedziałem spokojnie.
Uniosła głowę gwałtownie.
– Co?
– Mieszkanie jest gotowe. Ale my nie jesteśmy. Nie chcę już udawać, że wszystko da się zamalować.
Siedzieliśmy naprzeciwko siebie przy nowym stole w świeżo wyremontowanej kuchni. Wszystko wokół było odnowione. Tylko między nami nie było już czego poprawiać.
Nie potrafiłem jej wybaczyć
Mariola patrzyła na mnie tak, jakby próbowała rozpoznać kogoś obcego. Jeszcze chwilę wcześniej mówiła o zasłonach do salonu i nowym dywanie do pokoju dzieci. Teraz siedziała nieruchomo z dłońmi splecionymi na stole.
– Emil, nie możesz tak po prostu przekreślić dwunastu lat – powiedziała drżącym głosem. – To był błąd. Pogubiłam się.
– Pogubiłaś się na kilka miesięcy? – zapytałem spokojnie. – To nie był jeden wieczór. To była codzienność.
Wstała i zaczęła chodzić po kuchni.
– Zerwę z nim kontakt. Zaraz to zrobię. Zmienię pracę, jeśli trzeba. Możemy pójść na terapię. Dla dzieci.
Kiedy wypowiedziała ich imiona, poczułem ukłucie w klatce piersiowej. Zuzia i Bartek byli w swoich pokojach, zachwyceni nowymi ścianami. Nie mieli pojęcia, że ich świat właśnie się przesuwa.
– Nie chcę, żeby cierpiały – powiedziałem cicho. – Ale nie chcę też żyć w ciągłej niewiedzy, czy mówisz prawdę.
– Czy naprawdę nie widzisz dla nas szansy? – zapytała.
Spojrzałem na nią. Widziałem w jej oczach strach. Może o mnie. Może o siebie. Nie potrafiłem tego rozdzielić.
– Gdybym nie znalazł tych wiadomości, powiedziałabyś mi kiedyś? – zapytałem.
Nie odpowiedziała. Ta cisza była ostateczna.
Wieczorem usiedliśmy z dziećmi w salonie. Mariola powiedziała, że przez jakiś czas pomieszka u dziadków, bo „mama i tata muszą uporządkować pewne sprawy”. Zuzia zmarszczyła czoło.
– To znaczy, że się pokłóciliście? – zapytała.
– Trochę – odpowiedziałem. – Ale oboje bardzo was kochamy.
Bartek przytulił mnie bez słowa. Ten gest był prosty, a jednocześnie rozdzierający.
Oboje byliśmy winni
Kiedy drzwi zamknęły się za nimi późnym wieczorem, mieszkanie znów opustoszało. Usiadłem na podłodze w salonie, dokładnie tam, gdzie kilka dni wcześniej czytałem wiadomości. Ściany były gładkie, jasne, nieskazitelne. Wszystko było równe, stabilne. Tylko moje życie straciło dawną formę.
Zastanawiałem się, czy mogłem coś zrobić inaczej. Może powinienem wcześniej zapytać, co ją naprawdę boli. Może powinienem częściej odkładać telefon, wracać z pracy szybciej, słuchać uważniej. Ale prawda była taka, że nawet jeśli popełniłem błędy, ona wybrała milczenie i tajemnicę. A z tajemnicy nie da się zbudować domu.
Minęło kilka tygodni. Ustaliliśmy stały plan opieki nad dziećmi. Spotykaliśmy się spokojnie, bez podniesionych głosów. Wiktor zniknął z jej życia – przynajmniej tak powiedziała. Nie sprawdzałem. Nie chciałem już żyć w roli kontrolera.
Któregoś dnia, gdy odprowadzałem dzieci do niej, zatrzymała mnie w drzwiach.
– Żałuję – powiedziała cicho. – Naprawdę.
Skinąłem głową.
– Ja też – odpowiedziałem. – Ale żal nie cofa czasu.
Wróciłem do mieszkania, które miało być naszym wspólnym nowym początkiem. Teraz było po prostu moim domem. Nie takim, jaki planowałem, ale prawdziwym. Remont odsłonił pęknięcia, których wcześniej nie chciałem widzieć. To bolało, ale lepiej żyć w czystej, trudnej przestrzeni niż w pięknej iluzji. Pierwszy raz od dawna spojrzałem w lustro i nie odwróciłem wzroku.
Emil, 39 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wynajęliśmy pokój, żeby uzbierać na remont mieszkania. Zamiast podliczać oszczędności, liczyłam na romans z lokatorem”
- „Na rocznicę zamiast róż dostałam od męża wiadro i kurz. W nagrodę za 10 lat małżeństwa dostałam remont”
- „Zainwestowałem moje oszczędności w remont domu rodziców. Szybko wyciągnęli ręce po więcej kasy”

