Reklama

Zawsze starałam się być babcią z prawdziwego zdarzenia – troskliwą, pomocną, obecna na każde zawołanie. Dawałam wnukom wszystko, czego potrzebowali, zanim jeszcze zdążyli o to poprosić. Radość na ich twarzach była moją największą nagrodą. Tak przynajmniej myślałam. Przez lata wydawałam setki złotych na prezenty – na urodziny, święta, bez okazji. Aż przyszedł Dzień Babci i coś we mnie zgasło. Dostałam bombonierkę. Tanią, najpewniej z promocji. Żadnej kartki, żadnego „kocham cię, babciu”. Wtedy uświadomiłam sobie, że nie jestem dla nich kimś ważnym. Jestem sponsorowaną usługą.

Mogli na mnie liczyć zawsze

– Babciu, a kupisz mi te buty? Proszęęę… Mama mówiła, że nie ma teraz pieniędzy…

Zosia patrzyła na mnie swoimi wielkimi oczami, jakby ode mnie zależał jej cały świat. Miała wtedy może dziewięć lat. Buty kosztowały prawie trzysta złotych, ale nie umiałam jej odmówić. Kupiłam. Tak samo jak wcześniej nowy tablet dla Adasia, rolki dla Michała i sukienkę na bal dla Jagódki. Nie liczyłam. Odkładałam na emeryturze złotówka po złotówce, by mieć coś na czarną godzinę, ale ich potrzeby zawsze wydawały mi się pilniejsze niż moje.

Zawsze sobie powtarzałam: „Jak nie ja, to kto?”. Rodzice w ciągłym biegu – praca, kredyty, problemy. Ja miałam czas. Ja miałam chęć. Ja miałam serce. I chociaż nie raz słyszałam od znajomych: „Ty to się dajesz wykorzystywać!”, zbywałam to uśmiechem.

– Dzieci to nasza przyszłość – mawiałam. – Trzeba je wspierać.

Czułam, że tak właśnie wygląda miłość. Dbanie, kupowanie, dawanie. Aż któregoś dnia usłyszałam, jak wnuczka powiedziała do swojej koleżanki:

– Babcia? Eee, ona zawsze coś kupi, wystarczy pomarudzić.

Zastygłam wtedy z talerzem zupy w dłoni. I choć uśmiechałam się dalej, pierwszy raz pomyślałam, że może jednak przesadzam.

Bliskość jest złudna

Często opowiadałam znajomym, jak cudowne mam wnuki. Że wpadają do mnie, że lubią spędzać ze mną czas, że bez skrępowania rozmawiają. Chwaliłam się, jak to Michał pomagał mi nieść zakupy, jak Zosia zrobiła dla mnie laurkę z napisem „Najlepsza Babcia na Świecie”, jak Jagódka sama zadzwoniła, żeby zapytać, jak się czuję po operacji kolana.

Tyle że to wszystko było... kiedyś. Dwa, może trzy lata temu. Teraz coraz częściej dzwoniły tylko, gdy czegoś potrzebowały. Przychodziły, ale z telefonem w ręku, jednym okiem zerkając na TikToka, drugim – na zegarek. Nawet jak zostawały na obiedzie, nie było już tych długich rozmów przy herbacie, śmiechów w kuchni, wspólnego pieczenia ciasta. Szybko, byle jak. I zaraz trzeba lecieć, „bo koleżanka czeka”, „bo trening”, „bo zadanie”.

Zauważyłam to, ale nie chciałam przyznać sama przed sobą. Usprawiedliwiałam ich. Przecież mają swoje życie. Młodzi są. Ja też taka byłam. Tylko że kiedyś, jak wnuczka się przewróciła, to biegła do mnie. Dziś – wrzuca zdjęcie otartego kolana na Instagrama i czeka na lajki. Zaczęłam się zastanawiać, czy to, co mieliśmy, to była miłość… czy raczej wygodna relacja z korzyścią tylko dla jednej strony.

Ten jeden dzień w roku

W Dzień Babci zawsze starałam się wyglądać najlepiej, jak potrafiłam. Sukienka wyprasowana, ciasto upieczone, stół nakryty białym obrusem. Czekałam na wnuki z bijącym sercem, jak dziecko na Mikołaja. W tym roku też się przygotowałam. Kupiłam ich ulubione ciastka, sok z mango, który piją tylko u mnie, nawet nowe świece na stół, bo przecież święto.

Usiedli jak zawsze. Z telefonu leciała jakaś muzyka, której nie rozumiałam, a oni wymieniali się spojrzeniami i półsłówkami. Po piętnastu minutach wnuk wyjął z torby bombonierkę.

– To dla ciebie, babciu – rzucił, nie patrząc mi w oczy. – Od nas wszystkich.

Podał mi ją, jakby oddawał dług. Bez karteczki, bez uścisku, bez uśmiechu.

– Dziękuję… – wymamrotałam, przyglądając się pudełku. Tani kartonik, z naklejoną ceną. Przecenione. Dwanaście złotych.

Jagódka nawet nie podniosła wzroku znad telefonu. Zosia rzuciła:

– Musimy lecieć, pa babciu!

I wyszli. Tak po prostu. Zostałam sama w kuchni, z bombonierką w dłoni. Stałam tak długo, w ciszy, jakby coś miało się jeszcze wydarzyć. Może wrócą? Może zapomnieli o liściku? Nie wrócili. I niczego nie zapomnieli. Po prostu tyle jestem dla nich warta.

Naprawdę to przeżyłam

Po tamtym dniu długo nie mogłam dojść do siebie. Próbowałam zająć się czymś innym – porządkami, czytaniem, nawet krzyżówkami – ale myśli wciąż wracały. Do bombonierki. Do ich obojętnych twarzy. Do tego, jak szybko zamknęły się za nimi drzwi. I do tego, jak bardzo się pomyliłam.

Nie zadzwonili przez tydzień. Żadne „jak się czujesz, babciu?”, żadnego „fajnie było”, nawet emotki na Messengerze. Zupełnie jakbym przestała istnieć. W końcu to ja się odezwałam – wysłałam wiadomość, pytając, co u nich. Odpowiedzi były krótkie, zdawkowe. Spoko. Ok. Zaraz lekcje.

Nie mam żalu o to, że są młodzi i zajęci. Mam żal o to, że nawet przez moment nie pomyśleli, że może warto się zatrzymać. Że może babcia czekała. Może się starała. Może zasługuje na coś więcej niż bombonierka z przeceny. Kiedyś wydawało mi się, że miłość bezinteresowna to dawanie bez oczekiwań. I rzeczywiście – nie chciałam prezentów. Chciałam gestu. Ciepła. Serca.

Dostałam chłód. Dystans. Zignorowanie. Chyba pierwszy raz w życiu zrozumiałam, że nie tęsknią za mną. Tęsknią za moim portfelem. A ja już nie mam ochoty płacić za iluzję bliskości.

Nie jestem już bankomatem

Po Dniu Babci postanowiłam, że muszę coś zmienić. Nie z dnia na dzień, nie z krzykiem ani awanturą. Po cichu, spokojnie – tak jak przez lata dawałam im wszystko, co miałam. Tyle że tym razem nie będą to pieniądze.

Zaczęłam od drobnych rzeczy. Gdy wnuczka zapytała przez telefon, czy mogłabym „pożyczyć” jej dwieście złotych na kurtkę, powiedziałam:

– W tym miesiącu nie dam rady. Sama muszę kupić sobie leki i opłacić rachunki.

Zapadła cisza. Taka, jakiej wcześniej nie było. Nawet się nie pożegnała. Kilka dni później wnuk wpadł z pytaniem, czy zapisałabym go na kurs językowy. Dotąd płaciłam bez zastanowienia. Tym razem odparłam:

– Spytaj rodziców. Ja już nie mam takich możliwości.

I nagle zrobiło się… pusto. Przestali dzwonić. Przestali wpadać. Najpierw pomyślałam: może się obrażą, może już nigdy nie przyjdą. Ale później przyszła ulga. Nie będę więcej kupować ich zainteresowania. Nie chcę być babcią z portfelem, którą odwiedza się, gdy czegoś trzeba. Chcę być kobietą, która zaczyna żyć dla siebie. Spokojnie, bez łez i poczucia winy. Jeśli kiedyś zatęsknią naprawdę – drzwi będą otwarte. Ale niech przyjdą z sercem, nie z oczekiwaniem.

Nie dam się wykorzystywać

Minął miesiąc. W moim mieszkaniu zrobiło się cicho. Nikt nie dzwonił z nagłą prośbą, nikt nie prosił o podwózkę, przelew czy korepetycje. Nie ukrywam – przez pierwsze dni było mi ciężko. Czułam się, jakbym kogoś straciła. Jakby ta decyzja była rodzajem żałoby po relacji, która istniała tylko w mojej wyobraźni. A potem… zaczęłam oddychać.

Zrobiłam porządki w szafach. Zaczęłam chodzić na spacery, zapisałam się na jogę dla seniorów. Kupiłam sobie nowy szalik, z tych droższych, na które zawsze szkoda mi było pieniędzy. Poszłam do fryzjera, nie „po taniości”, ale tam, gdzie zawsze tylko zaglądałam przez szybę. Nikt mnie nie pochwalił. Nikt nie zapytał: „Babciu, jak się czujesz?”. I dobrze. Bo zaczęłam sama siebie pytać. I wreszcie słuchać.

Wnuki milczą. Czekam spokojnie. Nie z gniewem, nie z rozpaczą. Po prostu – jestem. Dla siebie. Nie dla ich zachcianek. Może kiedyś zrozumieją. Może wrócą z czymś więcej niż bombonierką. A jeśli nie? Przeżyłam już wystarczająco dużo, by wiedzieć, że szacunek nie powinien kosztować.

Krystyna, 68 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama