„Kupuję każdy fajny ciuch, a nie mam co na siebie włożyć. Nie wiem, ile wytrzyma ze mną mąż, bo dom wygląda jak magazyn”
„Kiedyś ukrywałam paragony, teraz po prostu przestaliśmy o nich rozmawiać. Przychodziłam do domu z torbami, rzucałam je na łóżko i liczyłam, że przejdzie to bez echa. Czasem mąż tylko zerkał spod okularów i milczał. To milczenie było gorsze niż każda kłótnia”.

Zakupy zawsze były dla mnie formą terapii. Kiedy miałam zły dzień, kupowałam bluzkę. Gdy czułam się niepewnie — nową parę butów. Ubrania dawały mi iluzję kontroli, jakbym dzięki nim mogła ulepić lepszą wersję siebie. Problem w tym, że po latach tej „terapii” nasza sypialnia zamieniła się w jeden wielki magazyn, a ja w kobietę, która nie ma się w co ubrać, mimo że nie widzi już dna w szufladach. Mąż coraz częściej patrzył na mnie z wyrzutem, a jego komentarze przestały być żartobliwe. Pewnego dnia powiedział coś, czego nie byłam gotowa usłyszeć…
Patrzyłam na własne odbicie
— Przecież ty masz więcej ubrań niż cały dział damski w galerii — rzucił z irytacją mój mąż, gdy po raz kolejny jęknęłam, że nie mam się w co ubrać.
Stałam przed szafą, która ledwo się domykała. Sukienki opadały na siebie jak osunięte karty domina, bluzki upychałam między swetry, a buty... no cóż, część leżała pod łóżkiem, część w kartonach na strychu. Mimo tego bogactwa, codziennie rano miałam wrażenie, że nic do siebie nie pasuje. Że nic nie oddaje tego, kim chciałabym być.
— Przymierzam i wszystko wygląda źle — tłumaczyłam zrezygnowana, próbując wepchnąć kolejny wieszak.
— Może przymierzaj mniej, a zacznij używać to, co masz? — syknął, zamykając z trzaskiem drzwi szafy.
Nie rozumiał. Dla niego to tylko ubrania, dla mnie sposób na przetrwanie. W pracy czuję się niewidzialna, wśród koleżanek niedopasowana. Ciuchy były jedynym sposobem, żeby poczuć się chociaż trochę lepiej. Nie odpowiedziałam nic. Patrzyłam na własne odbicie w lustrze: blada twarz, rozczochrane włosy, stary T-shirt. Znowu spóźnię się do pracy, bo szukam siebie w stercie ubrań, które do mnie nie pasują.
Nie chciałam z nim walczyć
Kiedyś ukrywałam paragony, teraz po prostu przestaliśmy o nich rozmawiać. Przychodziłam do domu z torbami, rzucałam je na łóżko i liczyłam, że przejdzie to bez echa. Czasem mąż tylko zerkał spod okularów i milczał. To milczenie było gorsze niż każda kłótnia.
— Ile znowu? — zapytał któregoś wieczoru, gdy otworzył aplikację bankową. — Czterysta złotych w Zarze? Dwieście w Reserved? Ty chyba naprawdę myślisz, że jesteśmy milionerami.
— Przesadzasz. To była promocja — odpowiedziałam, ale nawet ja nie brzmiałam przekonująco.
— Promocja? Ty wydajesz połowę pensji na rzeczy, których nawet nie nosisz. Masz sukienki z metkami, które wiszą od miesięcy!
— Bo się nie nadają... Źle leżą... — mruknęłam, unikając jego wzroku.
— Nie nadają się?! — Podniósł głos. — A może to twoje myślenie się nie nadaje? Zamiast oszczędzać, pakujesz pieniądze w ciuchy i wciąż chodzisz w tych samych legginsach! Przepraszam, ale ja tak dalej nie dam rady.
Poczułam, jak coś we mnie się kurczy. Nie chciałam z nim walczyć. Chciałam tylko wyglądać dobrze, poczuć się choć trochę wartościowa. Czy to naprawdę takie niezrozumiałe?
Nie potrafiłam odpowiedzieć
To był zwykły piątek. Weszłam do centrum handlowego tylko po balsam, ale wyszłam z torbą nowej odzieży i kolejnym poczuciem winy. W przymierzalni spędziłam prawie godzinę. Przymierzałam sukienkę za sukienką, każdą inną, ale z każdą było coś nie tak. Jedna opinała biodra, inna była zbyt obcisła w ramionach. Patrzyłam na siebie w lustrze i czułam się, jakbym próbowała ubrać obcą kobietę.
— Przepraszam, coś dorzucić do kabiny? — zapytała miła ekspedientka.
— Nie, dziękuję — odpowiedziałam cicho, zdejmując kolejną rzecz, która nie wyglądała na mnie tak, jak powinna.
W końcu kupiłam bluzkę. Niebieską, oversize. Typową „bezpieczną”. Wróciłam do domu, wrzuciłam ją do szafy i zapomniałam, że w ogóle ją mam. Następnego dnia znalazłam ją z metką, ściśniętą między innymi podobnymi. Wieczorem mąż wrócił z pracy. Nie powiedział nic, tylko spojrzał na torby przy drzwiach.
— Znowu? — rzucił krótko.
Nie potrafiłam odpowiedzieć. Bo przecież nie chodziło już o rzeczy. Chodziło o to, że nawet ubrania przestały mi pomagać, a ja coraz bardziej czułam, że nie wiem, kim jestem.
Wojna o miejsce na wieszaku
Szafa stała się polem bitwy. Każdy wieszak wydawał się za mały, każda półka zbyt ciasna. Próbowałam poukładać ubrania według kolorów, fasonów i okazji, lecz po kilku minutach wszystko znów wyglądało jak przypadkowy stos. Marcin patrzył z boku, marszcząc brwi, jakby oglądał katastrofę w zwolnionym tempie.
— Ty naprawdę myślisz, że to normalne? — spytał. — Ile razy mam ci powtarzać, że żyjemy jak w lumpeksie, a ty kupujesz kolejne rzeczy, których nie nosisz?
— To nie o liczbę chodzi, tylko o… o poczucie siebie! — odpowiedziałam, podnosząc ręce w geście bezradności.
— Poczucie siebie? — prychnął. — Wiesz, co myślę? Że wystarczy ci nowa metka, żeby poczuć się lepiej, a w rzeczywistości masz coraz mniej miejsca i wciąż narzekasz, że nie masz w co się ubrać!
Czułam, jak napięcie rośnie we mnie i w jego tonie. Szarpałam wieszaki, próbując wcisnąć kolejne rzeczy, Marcin zbliżył się, gestykulując rękami.
— Przestań! — krzyknęłam, a jednocześnie sama nie wiedziałam, czy krzyczę na ubrania, czy na niego.
Przez chwilę panowała cisza, przeszywana jedynie szelestem materiału. Stałam tam, otoczona stosem ubrań, i zdałam sobie sprawę, że wojna o miejsce na wieszaku to tak naprawdę wojna o naszą codzienność, o moje poczucie wartości i jego cierpliwość.
Zawahałam się
Stałam przed lustrem, przeglądając kolejne ubrania, które w teorii miały mnie odmienić. Patrzyłam na siebie i na sterty materiałów wokół. Widziałam zmęczoną twarz, oczy, które straciły błysk pewności siebie, i usta, które nie pamiętały, kiedy ostatni raz się uśmiechały bez powodu.
— Naprawdę myślisz, że te wszystkie rzeczy coś zmienią? — usłyszałam głos Marcina zza pleców.
Nie odpowiedziałam. Słowa były niepotrzebne. Wystarczyło spojrzenie w lustro. Czułam ciężar winy i pustkę. Bluzki, które kupiłam z nadzieją, że będą nowym początkiem, wisiały obok starych, bez wyrazu, nie noszone.
— Może powinnaś spojrzeć na siebie tak, jak patrzę ja — powiedział spokojnie, ale stanowczo. — Wiesz, że nie chodzi o ubrania. Chodzi o nas. O to, że się oddalamy, bo ty szukasz czegoś w rzeczach, a nie w nas.
Zawahałam się. Trudno było przyznać mu rację, bo w głowie wciąż krążyła myśl, że jeśli kupię coś nowego, poczuję się lepiej. Jednak patrząc na swoje odbicie, po raz pierwszy od dawna zobaczyłam siebie prawdziwą — nie przez pryzmat metek, promocji czy modnych fasonów, ale przez oczy zmęczonej kobiety, która chciała być zauważona i kochana. Ten moment był bolesny, ale jednocześnie potrzebny. Wiedziałam, że jeśli chcę coś uratować, muszę zacząć od siebie, a nie od szafy.
Uśmiechnęłam się niepewnie
Postanowiłam zacząć od małych kroków. Wyjęłam z szafy kilka ubrań, których naprawdę potrzebowałam, i odłożyłam resztę na półkę do przemyślenia. Każda rzecz, którą zostawiałam, musiała mieć dla mnie znaczenie, a nie tylko świecić metką. Marcin patrzył uważnie, nie komentując, pozwalając mi odnaleźć własną równowagę.
— Wiesz… może spróbujemy inaczej — powiedział cicho. — Razem, powoli. Nie chodzi o ubrania, tylko o nas.
Uśmiechnęłam się niepewnie. Pierwszy raz od dawna nie czułam presji, że każda decyzja musi być idealna. Wybrałam kilka klasycznych rzeczy, które pasowały do wszystkiego, i ułożyłam je starannie w szafie. W głowie miałam jasny plan: kupować tylko to, co naprawdę potrzebne, i przestać szukać szczęścia w metkach. Wieczorem siedliśmy oboje przy herbacie, ja i Marcin, w ciszy, która wcale nie była ciężka. Poczułam, że to nie ubrania sprawiają, że czuję się wartościowa, tylko to, że mogę spojrzeć prawdzie w oczy i zmienić coś dla siebie.
Wreszcie znalazłam spokój — nie w sklepie, nie w przymierzalni, ale w sobie samej. Wiedziałam, że przed nami jeszcze wiele rozmów i trudnych chwil, ale po raz pierwszy od dawna czułam, że możemy je przejść razem.
Katarzyna, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Rodzina traktowała babcię jak świętą, ale ona nie była aniołem. Na Dzień Babci nie zapalę nawet świeczki na jej grobie”
- „Pojechałam na ferie z rodziną, by trochę odpocząć. Nie sądziłam, że przez cały wyjazd będę robić za ich służącą”
- „Nie miałam pieniędzy na prezenty na Dzień Babci i Dziadka. Wstydziłam się prawdy, więc wybrałam coś zupełnie innego”

