Kiedy w końcu odebrałam klucze do mojego własnego mieszkania, czułam, że zaczynam nowy rozdział w życiu. Kamienica była stara, z pięknymi, wysokimi oknami i skrzypiącym, drewnianym parkietem, w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Wreszcie coś swojego, własny kąt po latach wynajmowania klitek z dziwnymi współlokatorami. Cieszyłam się jak dziecko, planując, gdzie postawię kanapę, a gdzie regał z książkami. Nie przypuszczałam, że mój wymarzony azyl szybko zamieni się w miejsce, w którym będę bała się własnego cienia.

WIDEO…

player placeholder

Sąsiadka miała bardzo czuły słuch

Wszystko zaczęło się dość niewinnie, zaledwie kilka dni po przeprowadzce. Wracałam z pracy, obładowana siatkami z zakupami. Próbowałam otworzyć drzwi, kiedy usłyszałam ciche trzaśnięcie na dole. Z mieszkania pode mną wyszła starsza kobieta. Miała siwe, nienagannie ułożone włosy i wzrok, który od razu sprawił, że poczułam się nieswojo.

– Dzień dobry, jestem Ewa – powiedziała chłodnym tonem, nie siląc się na uśmiech. – Mieszkam pod panią.

Zobacz także:

– Dzień dobry, Anna. Bardzo mi miło – odpowiedziałam, próbując być uprzejma, choć jej postawa zwiastowała kłopoty.

– Chciałam tylko poprosić, żeby pani trochę uważała. Te podłogi są bardzo cienkie. Wczoraj wieczorem słyszałam, jak pani chodziła po mieszkaniu. A o szóstej rano chyba coś pani spadło.

Zatkało mnie. O szóstej rano faktycznie upuściłam grubą książkę, ale żeby usłyszeć to piętro niżej? Przeprosiłam, tłumacząc, że to dopiero początki, że jeszcze się urządzam i że na pewno będę uważać. Myślałam, że to załatwi sprawę. 

Przyjaciółka radziła odpuścić

Myliłam się jednak, bo skargi stały się niemal codziennością. Pani Ewa potrafiła zapukać do moich drzwi o dwudziestej pierwszej, narzekając, że za głośno rozmawiam. Innym razem zaczepiła mnie na klatce, twierdząc, że mój odkurzacz brzmi jak startujący samolot. Czułam się podsłuchiwana. Zaczęłam chodzić po własnym mieszkaniu na palcach. Zrezygnowałam z kapci z twardą podeszwą, kupiłam grube dywany, żeby wygłuszyć kroki. Nawet telewizor oglądałam ze ściszonym dźwiękiem.

Moja przyjaciółka, Karolina, pukała się w głowę, kiedy jej o tym opowiadałam.

– Anka, daj spokój. Jesteś u siebie. Nie możesz żyć jak w klasztorze, bo jakiejś babci przeszkadza, że nosisz kapcie – mówiła, siorbiąc kawę podczas jednej z wizyt.

– Wiem, ale ona mnie wykańcza. Czuję się, jakbym była pod ciągłą obserwacją – westchnęłam, nerwowo zerkając na podłogę. – Jak tu przyszłaś, to znowu pukała w sufit miotłą, słyszałaś?

– Słyszałam. I wiesz co? Powinnaś to zignorować. Im więcej będziesz ustępować, tym bardziej wejdzie ci na głowę.

Starałam się wziąć sobie rady Karoliny do serca. Postanowiłam, że nie dam się zwariować. Przecież miałam prawo normalnie funkcjonować. Niestety, sytuacja szybko wymknęła się spod kontroli w sposób, jakiego w ogóle się nie spodziewałam.

Sąsiadka mnie podsłuchiwała

Pewnego wtorkowego popołudnia wróciłam z pracy wyjątkowo wściekła. Szef zrzucił na mnie projekt w ostatniej chwili, a do tego pokłóciłam się z moim byłym chłopakiem, Maćkiem. Chodząc po kuchni, rozmawiałam z Karoliną przez telefon. Nie krzyczałam, ale też nie szeptałam.

– Mówię ci, on nie rozumie słowa „nie”. Tłumaczyłam mu, że to koniec, że z tej mąki chleba nie będzie, a on wyskakuje z tekstami, że zapłaci za te wakacje w Hiszpanii, które planowaliśmy. Jakby mnie to obchodziło! – mówiłam, krojąc warzywa na obiad.

Karolina coś tam potakiwała, a ja wylewałam z siebie całą frustrację. Następnego dnia rano, kiedy wychodziłam do pracy, spotkałam panią Ewę na klatce schodowej. Stała przy skrzynkach na listy.

– Dzień dobry – rzuciłam, chcąc szybko ją minąć.

– Dzień dobry, pani Aniu – odpowiedziała, a w jej głosie usłyszałam dziwną nutę satysfakcji. – Wie pani, tak sobie myślałam o tej Hiszpanii.

Zatrzymałam się w pół kroku. Serce zabiło mi mocniej.

– Słucham?

– No, o tych wakacjach. Jeśli ten chłopak chce zapłacić, to może powinna pani pojechać. Młoda pani jest, trzeba korzystać, a nie odrzucać takie okazje. I to z powodu jakichś głupich kłótni.

Stałam jak wryta. Zrobiło mi się gorąco. Patrzyłam na nią, nie wierząc własnym uszom.

– Skąd pani... – zaczęłam, ale głos uwiązł mi w gardle.

– Och, te podłogi są takie cienkie, moja droga. Mówiłam pani – uśmiechnęła się słodko. – A Maciek wygląda na porządnego chłopaka. Szkoda by było.

Odwróciła się i spokojnie weszła do swojego mieszkania. Zostałam sama na klatce, zszokowana i przerażona. To nie było zwykłe narzekanie na hałas. Ona podsłuchiwała. Znała imię mojego byłego, wiedziała o Hiszpanii. Rozmowa w kuchni nie była na tyle głośna, żeby usłyszeć ją przez strop, a może... może wcale nie przez strop?

Własne śledztwo

Przez cały dzień w pracy nie mogłam się skupić. Myśli krążyły wokół sąsiadki. Czułam się obdarta z prywatności, obnażona. Jak to możliwe, że słyszała każde słowo? Wieczorem, zamiast odpocząć, zaczęłam przeszukiwać mieszkanie. Sprawdzałam kratki wentylacyjne, szukałam dziur w podłodze przy listwach, czegokolwiek, co mogłoby przenosić dźwięk tak wyraźnie.

W łazience zauważyłam starą rurę grzewczą, która pionowo przechodziła przez sufit i podłogę. Podeszłam bliżej i przyłożyłam ucho do otworu w posadzce, przez który przechodziła rura. Usłyszałam wyraźny dźwięk telewizora z dołu. To był ten sam pion. Ale czy to wystarczyło, żeby usłyszeć cichą rozmowę w kuchni? Nie dawało mi to spokoju.

Zaczęłam testować panią Ewę. Kiedy rozmawiałam przez telefon z mamą, celowo podniosłam głos, narzekając na problemy w pracy. Wymyśliłam historię o złośliwej koleżance, Beacie. Dwa dni później, podczas kolejnego spotkania na klatce, sąsiadka jakby mimochodem rzuciła:

– Ludzie w pracy potrafią być okropni. Zwłaszcza takie zazdrosne koleżanki, prawda?

Poczułam dreszcz. Byłam pewna. Ona mnie szpiegowała.

– Pani Ewo – powiedziałam ostro, nie wytrzymując dłużej. – Przepraszam bardzo, ale to już przesada. Pani podsłuchuje moje rozmowy. To jest naruszanie mojej prywatności.

Kobieta zmrużyła oczy. Jej uśmiech zniknął.

– Naruszanie prywatności? – prychnęła. – To pani krzyczy na całe gardło w tym swoim mieszkaniu! Ja tylko siedzę w swoim fotelu i chcę mieć spokój. Jeśli pani nie umie się zachować, to nie moja wina, że wszystko słychać.

– Nie krzyczę. Rozmawiam normalnie. A pani powtarza szczegóły z mojego życia prywatnego. Proszę natychmiast przestać, bo inaczej... – zająknęłam się, nie wiedząc, czym mogłabym jej zagrozić.

– Bo co? Zadzwoni pani na policję, że sąsiadka słyszy, jak pani gada o Beacie? Proszę bardzo. Ciekawe, co powiedzą – zaśmiała się sucho i trzasnęła drzwiami przed moim nosem.

Jestem skazana na podsłuch

Czułam się bezsilna. Policja faktycznie by mnie wyśmiała. Przecież nie miałam żadnych dowodów na to, że pani Ewa robi to celowo. Może naprawdę budynek był aż tak akustyczny? Zaczęłam paranoicznie unikać rozmów telefonicznych w domu. Z Karoliną spotykałam się na mieście, do mamy dzwoniłam z drogi do pracy. Moje wymarzone mieszkanie stało się więzieniem, w którym musiałam ważyć każde słowo.

Przestałam zapraszać gości, bo wiedziałam, że cokolwiek powiemy, dotrze to do uszu kobiety z dołu. Zaczęłam sypiać w stoperach, bo każdy dźwięk przypominał mi o jej obecności. Czułam, że tracę zmysły.

Minęły dwa miesiące. W końcu nie wytrzymałam. Wynajęłam fachowca, żeby obejrzał podłogę i sprawdził, czy da się coś z tym zrobić. Pan Janusz, postawny mężczyzna z wąsem, zdjął kawałek listwy w salonie i zajrzał pod deski.

– Pani kochana – powiedział, drapiąc się po głowie. – Tu nie ma żadnej izolacji. Kiedyś te kamienice budowano na słowo honoru. Pomiędzy pani podłogą a jej sufitem jest pusta przestrzeń. Działa jak pudło rezonansowe. Ona słyszy wszystko, co pani mówi, a pani słyszy ją.

– Da się to jakoś wygłuszyć? – zapytałam z nadzieją.

– Da się, ale to oznacza zerwanie całej podłogi, wylanie nowej wylewki, położenie maty wygłuszającej... Koszt? Kilkadziesiąt tysięcy. I kupa kurzu.

Opadłam na krzesło. Nie miałam takich pieniędzy. Włożyłam wszystkie oszczędności w zakup i remont tego mieszkania. Byłam uwięziona.

Teraz siedzę na kanapie w absolutnej ciszy. Słyszę, jak na dole pani Ewa włącza radio. Audycja publicystyczna. Potem szuranie krzesła. Kaszel. Wiem, że ona wie, że ja tu jestem. Czasem, żeby przerwać tę ciszę, włączam telewizor i zagłuszam myśli. Moje wymarzone miejsce stało się pułapką, z której nie mam jak uciec, a każda moja rozmowa, każdy śmiech i każdy płacz mają swoją wierną, choć nieproszoną słuchaczkę.

Anna, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: